DSC

Czując się trochę po wizycie na mormońskim Placu Świątynnym jak osadnicy wysłani na południe (szczególnie, że lekko umorusani i styrani podróżowaniem), wyruszyliśmy ku tym wszystkim słynnym parkom narodowym. Postanowiliśmy zacząć od południowego-zachodu. Na pierwszy ogień poszedł Zion.

Trasę z SLC do parków narodowych na południu stanu da się zrobić w jeden dzień nawet kamperem. Do bram najbardziej na południe położonego Zionu jest niecałe 300 mil – bez przystanków do przejechania w pięć godzin. My jednak nie chcieliśmy za bardzo męczyć ani jeepa, ani siebie (Maciek już wcale nie tak radośnie jak na początku tej podróży znosi dłuższe kawałki i szybko robi się marudny i humorzasty), dlatego podzieliśmy sobie trasę na dwa kawałki z darmowym noclegiem po drodze.

Darmowe noclegi w Utah

Tu uwaga praktyczna. W trakcie podróży po południu Utah w szukaniu noclegów będziemy się posiłkowali dwoma źródłami. Jedno to niezrównane Free Campsites, gdzie nawet zaczęliśmy zamieszczać opinie. Drugie to przewodnik „RV Boondocking In Southern Utah. A Frugal Shunpiker’s Guide” autorstwa Marianne Edwards, założycielki Boondockers Welcome, którego można kupić w pdfie. To bardzo przydatne źródło. W innych stanach dało się jako tako żyć bez wskazówek z książek Marianne, ale w Utah w wielu miejscach będziemy często do niej sięgać. Postanowiliśmy bowiem w ogóle nie nocować na utahańskich płatnych kempingach, chyba że naprawdę będziemy musieli. Idealnie byłoby nie wydać nic w tym stanie na noclegi. Zobaczymy, czy nam się uda.

Po drodze na południe zanocowaliśmy w Burraston Ponds pod miejscowością Mona. To zaledwie około 100 mil od SLC, ale potem nie było już żadnych rozsądnych noclegów. Niestety Marianne zjeździła tylko południe i o tych rejonach nie pisze. Co więcej, Burraston Ponds było* podobno jedynym bezpłatnym kempingiem w całym Utah. Nie tyle terenem BLM albo parkingiem pod supermarketem/wjazdem do parku, ale jedynym terenem stanowym/miejskim dopuszczającym całonocny, a nawet kilkudniowy postój kamperem/przyczepą czy rozstawienie namiotu. Podobno, bo tak uzasadniano jego zamknięcie. Tymczasem mapa darmowych noclegów w Utah na Free Campsite jest naprawdę długa.

*UWAGA, w 2015 roku zawieszono działanie kempingu w Burraston Ponds. W okolicy pozostało jednak kilka wolnych miejsc, np. plaża nad Utah Lake. Pamiętajcie jednak, że to zaledwie 1-2 godziny jazdy od Provo i SLC, więc może być średnio cicho i przyjemnie, szczególnie w weekendy. Co oczywiście oznacza, że prawdopodobnie będzie ciszej i milej niż na jakimkolwiek płatnym kempingu na Mazurach.

Darmowy kemping przy Burraston Ponds

Darmowy kemping przy Burraston Ponds

Drogę wiodącą nad stawy, mimo dobrych wskazówek z Free Campsites nie łatwo było znaleźć. Jeśli ktoś kiedyś by się tam wybrał, to podpowiadamy, żeby szukać jej za ostatnim domem w Mona po prawej. Jednak sam nocleg był całkiem miły i, gdyby wyciąć górę Nebo (prawie 4000 m n.p.m.), to byłoby jak na Mazurach. Trochę głośnych dłużej tam mieszkających gości, komary, woda… Jako miejscówkę na jedną noc po drodze, serdecznie polecamy, szczególnie poza sezonem. Jako postój na dłużej, już niekoniecznie. Miejsce jest łatwo dostępne i popularne. W weekendy zapewne zjeżdża się tam trochę młodzieży i leje się sporo alkoholu. Warto mieć to na uwadze.

Było to też pierwsze miejsce, gdzie zobaczyliśmy jak w Utah nocuje się na dziko. Tuż obok nas był namiot, przy którym w ciągu tych kilkunastu godzin jak tam byliśmy, nikogo nie zauważyliśmy. Przed namiotem suszyły się ubrania, leżał ponton, trochę różnych gadżetów kempingowych, buty. To trochę, ale jeszcze niezupełnie (w Pawła przypadku) pozbawiło nas oporów, by w niedługo zacząć zostawiać w zupełnie dzikich miejscach odpiętą przyczepę.

Mormońska prowincja

Drugiego dnia podróży na południe postanowiliśmy zjechać z międzystanówki (Interstate 15) i przejechać się po historycznych mormońskich miasteczkach. Te trochę rozczarowały, z wyjątkiem Manti. Zazwyczaj to malutkie, raczej średnio zamożne osady. Przy głównej drodze lub na głównym skrzyżowaniu kilka sklepów, stacja benzynowa i właściwie tyle.

W Manti za to znajduje się jedna z bardziej urokliwych mormońskich świątyń. Zbudowana w 1888 roku z białego kamienia na dość sporym wzniesieniu jest widoczna już z daleka i wręcz przyciąga swoim blaskiem. To wrażenie jest jeszcze silniejsze jak się do niej dojedzie. Co prawda do świątyni nie można wejść, nie będąc mormonem (a ekipa na recepcji raczej się nie nabierze na szybką ściemę – pewnie mają zdigitalizowaną listę ochrzczonych), ale nam wystarczył spacer dookoła.

Akurat jak tam byliśmy, parking był pełny samochodów, a wokół świątyni kręciły się dziesiątki wyznawców. Uprzejmość, otwartość i pełen najsłodszych nut ton głosu jest mniej więcej takim szokiem jak pierwszy dzień na amerykańskiej prowincji. Trudno było minąć kogokolwiek w białym garniturze lub skromnej spódnicy, żeby nie zostać wypytanym skąd jesteśmy, a dlaczego tu, a jak nam się podoba. W sumie to dobrze, że nie mogliśmy wejść do świątyni, bo wydostać się byłoby trudniej niż z Pahrump, NV. Podobnie chyba jak z samej religii

Świątynia mormonów w Manti

Świątynia mormonów w Manti

Naszą bazę wypadową do pierwszego parku narodowego, który chcieliśmy zobaczyć, czyli Zion, wyszukaliśmy w „RV Boondocking In Southern Utah. A Frugal Shunpiker’s Guide”. Akurat pod względem darmowych noclegów okolice Zion są całkiem przyzwoite. Wiele osób nocuje po zachodniej stronie parku w Springdale po prostu parkując przy ulicy i do parku wjeżdżając darmowym autobusem.

My postanowiliśmy zamieszkać z drugiej strony parku, ponieważ chcieliśmy wziąć jeszcze udział w loterii na wejściówkę do The Wave. A ta odbywała się w Kanab. Idealnym miejscem było więc coś w połowie drogi między Kanab i Zion. Takie miejsce miała dla nas Marianne, całkiem malownicze, z widokiem na białe klify z formacji piaskowca Navajo (tak, szybko nauczyliśmy się ją rozróżniać) oraz z miejscem na ognisko, co skrzętnie dwa razy wykorzystaliśmy. W sumie zostaliśmy tam cztery noce, przez trzy dni przyczepa stała sama. Nic się jej nie stało, nikt jej nie ruszył.

Darmowe noclegi w Utah

Darmowe noclegi w Utah. Jeep i Eddie na tle białych klifów

Zion – tunelem do raju

Tymczasem w Zion… To chyba najsłynniejszy park narodowy na południu Utah. Może dlatego, że większość wakacyjnych turystów zaczyna wakacje w Las Vegas, a to zaledwie niewiele ponad 100 mil od Zion na południowy-zachód. Także z SLC droga jest prosta i szybka. Cały czas autostradą, jadąc równo z ograniczeniem prędkości można tam być w teorii w cztery godziny.

Ale oddajmy Zionowi sprawiedliwość. Łatwy dojazd na pewno mu pomaga, ale park broni się własnym pięknem. To właśnie dzięki niemu Zion jest najstarszym parkiem narodowym Utah, ustanowionym już w 1909 roku. Odwiedza go corocznie ponad 2,5 miliona ludzi, odwiedziliśmy i my.

Słońce nad Zion

Słońce nad Zion

Bilet wstępu do Zion kosztuje 25 USD za samochód, ale my na szczęście nie musieliśmy nic płacić dzięki karcie America the Beautiful. Po parku oczywiście jeździ darmowy autobus, ale żeby do niego dojechać od wschodu trzeba przejechać kilka mil pomiędzy zapierającymi dech w piersiach górami, i pokonać długi na ponad milę tunel. To jedne z piękniejszych kilku mil amerykańskich dróg. Dlatego warto ją pokonać nawet tylko dla widoków oraz tunelu. Oddany do użytku w 1930 roku był wtedy najdłuższym tunelem w USA i prawdziwie mistrzowskim osiągnięciem inżynieryjnym.

Niestety inżynierowie z tamtych czasów nie wzięli pod uwagę szerokości i wysokości współczesnych rv, dlatego tunel ma ograniczenia. Każdy pojazd szerszy niż 7 stóp i 10 cali, albo wyższy niż 11 stóp i 4 cale wymaga zamknięcia tunelu dla ruchu z przeciwnej strony, bo musi jechać środkiem. Taka przyjemność kosztuje 15 USD. Nasz Eddie prawdopodobnie rzutem na taśmę zmieściłby się w tych wymiarach, ale na wszelki wypadek nie próbowaliśmy. Czekaliśmy za to z jednej strony 15 minut, aż większa klasa C się przeciśnie.

Do Zion dojechaliśmy późno, trochę po godz. 11. Dlatego z miejscem do parkowania nie było łatwo. Większa część parku jest otwarta tylko dla darmowych autobusów, więc samochód zaparkować gdzieś trzeba, czym bliżej autobusowego przystanku, tym lepiej. Nam się jednak udało (co było drugim przejawem szczęścia tego dnia, o pierwszym napiszemy w kolejnym wpisie), i ciągając za sobą pojękującego Maćka (który od poprzedniego wieczoru miał gorączkę) poszliśmy zwiedzać.

Zion

Majestatyczne skały na Zion

Z Zionem zaczęliśmy trzecią część przygody z płaskowyżem Kolorado. Pierwszą był Kamienny Las, potem Wielki Kanion, aż wreszcie przyszedł czas na parki narodowe Utah, do których bramą była dla nas Tama Hoovera na rzece Kolorado. Nie będziemy was zanudzać historią geologiczną płaskowyżu. Wiele milionów lat temu, więcej niż żydowskich i masońskich spisków w Radiu Maryja, na terenie środkowych Stanów była inwazja waranów, tzn. ocean. Potem ocean wysechł, pojawiła się pustynia, odłożyły się kolejne warstwy i formacje różnych skał. Jakieś 180 milionów lat temu ruchy tektoniczne zaczęły wynosić płaskowyż, aż skończył kilka tysięcy stóp wyżej niż był. Następnie do roboty przystąpiły żywioły. Woda rzeźbiła kaniony, a swoje dorzucał wiatr i słońce. I z tego wyszło to, co mamy teraz. Aczkolwiek z tą wodą rzeźbiącą kaniony jest trochę jak z ewolucją. Widząc efekt końcowy trudno uwierzyć, że to sama woda. Ale w końcu Utah to stan wiary, więc wierzyć trzeba.

Nazwę Zion nadali temu miejscu oczywiście mormońscy osadnicy w połowie XIX wieku. Była to dla nich bezpieczna przystań, nie tyle przed prześladowaniami, bo docierali tu już z SLC, ale bardziej żyzna kraina otoczona przez nieprzyjazną pustynię. Zaczęli się osiedlać w okolicy uprawiając głównie bawełnę. Wkrótce potem pojawił się park narodowy, drogi, tysiące turystów i okolica się trochę pozmieniała. Co nie znaczy, że nic się tu już nie uprawia. Ilość wody lanej na pola na południu Utah przyprawia o zawrót głowy. Leje się i leje, co jest trochę irytujące, szczególnie kiedy nam w przyczepie zaczyna się kończyć woda.

Panorama Zion

Panorama Zion

Szlaki Zion – bardziej dla dorosłych niż ich dzieci

W Zion udało nam się przejść tylko dwa z wielu szlaków (patrz: Maciek i gorączka oraz: nie wszystkie szlaki są dla dzieci), doszliśmy do Emerald Pools, trzech maleńkich jeziorek, do których droga prowadziła między innymi pod wodospadem, a który niestety chwilowo pokapywał dwoma małymi strumyczkami. To jeden z łatwiejszych i najczęściej polecanych szlaków, dlatego tłum trochę przypomina ten po drodze na Rysy od słowackiej strony.

Potem przeszliśmy sobie spacerkiem wzdłuż rzeki. To miły i spokojny spacerek na koniec dnia, do zrobienia nawet z wózkiem. Widoki często zasłaniają jednak drzewa, tuż obok jest droga (część otwarta dla samochodów), dlatego bezdzietnym radzimy odpuścić. Ten szlak to przy okazji wewnątrzparkowa ścieżka rowerowa, jakby ktoś chciał pojeździć na dwóch kółkach. Południowa Utah pod tym względem jest bardzo przyjazna, no może poza tym, że tunel na „9” jest dla rowerów zamknięty.

Maciek w Zion

Maciek w Zion

Zion robi niesamowite wrażenie, trochę przypomina Wielki Kanion, tyle że oglądaliśmy go z dołu, a nie tak jak jego sławnego kuzyna – z góry. Ludzi jest trochę mniej ale nadal sporo. Park jest piękny, ale musimy się przyznać, że największe wrażenie zrobiła na nas sama droga od wjazdu do visitors center.

Rozważaliśmy powrót do Zion na jeszcze jeden dzień, ale na mieliśmy już zaplanowaną wyprawę, której nie mogliśmy przełożyć. Potem musielibyśmy wrócić w długi weekend, kiedy problemy z parkowaniem i korki na szlakach byłyby pewnie dużo gorsze. Na kolejne dni wybraliśmy zatem trasy poza parkiem – mniej uczęszczane, a kto wie czy nie bardziej malownicze.

Zion to park, który niestety najbardziej można docenić, kiedy zwiedza się go albo bez dzieci, albo z trochę większymi pociechami niż nasze. Dwa najbardziej polecane szlaki to Angel’s Landing i Narrows. Wszyscy, z którymi rozmawialiśmy przed wizytą, koniecznie je nam polecali, a wszyscy, z którymi rozmawialiśmy po wizycie w Zion, pytali, jak nam się na nich podobało. Niestety, nie podobało nam się, bo nie byliśmy. Narrows to całkiem płaski, ale długi, bo ponad 15-kilometrowy, szlak z miejscami, gdzie idzie się w wodzie po pas w wąskim kanionie wyrzeźbionym przez Virgin River. Zdobył nawet nieoficjalny tytuł najlepszego szlaku w parkach narodowych USA. Następnym razem go nie odpuścimy, nawet jeśli dzieci będą musiały zostać w przyczepie.

W Zion nad rzeką

W Zion nad rzeką

Angel’s Landing jest krótszy, bo ma zaledwie 8,7 km, ale do tego prawie 500 metrów różnicy wzniesień. Prowadzi po grani na szczyty nad Zion z ostatnią częścią, na której dla ułatwienia i bezpieczeństwa zamontowano łańcuchy. Z dwiema Kalinami dalibyśmy radę, ale Maciek by się porządnie zmęczył i znając życie trzeba by go było przenosić. Plecy wysiadłyby nam baaardzo szybko. W każdym razie widoki na dolinę ze szczytu są podobno nieziemskie.

Najlepsza metoda transportu w Zion

Najlepsza metoda transportu w Zion

Są jeszcze inne przepiękne trasy, na które potrzeba już specjalnych zezwoleń. Wszystkie trafiają na listę do zrobienia następnym razem, jak dzieci podrosną, albo pojadą sobie gdzieś na kolonie. Na szczęście, jak przystało na amerykańskie parki narodowe, nie trzeba się porywać na najtrudniejsze szlaki, żeby poczuć trochę samotności i w spokoju napawać się widokami i dziką przyrodą. Nawet w sezonie można być prawie pewnym, że trasy opisywane jako średnio trudne będą prawie puste. I takich pustych szlaków w Zion (oraz miejsca na parkingu) wszystkim życzymy (takie spóźnione życzenia na Dzień Dziecka).

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Heh, my planujemy zrobic Narrows z dzieciakami… moze padniemy po drodze 5 razy, ale zrobimy :)))

    • My odpuściliśmy, głównie dlatego, że Maciek tego dnia miał gorączkę, ale już do Wave’a i z powrotem go przeciągnęliśmy i dał radę;)

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *