Gęsia Szyja

Wokół autokaru kręciło się więcej dorosłych niż dzieci. Jakby to oni jechali na obóz. Upychanie walizek w luku bagażowym, całuski wysyłane w stronę przyciemnianych okien, ostatnia chwila żeby oddać kadrze uzupełnione karty obozowe, opisane leki czy kopertę z dziesięciozłotówkami, po jednej na każdy dzień wyjazdu, dla tych, którym lepiej nie dawać całej kasy na raz, bo wydadzą od ręki.

“Chodź, pokażę ci gdzie będę siedziała, Zosia zajęła mi miejsce” mała, ciepła rączka złapała moją i pociągnęła mnie do środka. Wsiadłam i na chwilę przeniosłam się w czasie. Ten moment, tuż przed wyruszeniem w kolejną przygodę. Zapoznawanie się z sąsiadami, albo, jeśli jechało się ze zgraną ekipą, rozsadzanie się tak, żeby dla nikogo nie zabrakło miejsca. Najfajniej zawsze było z tyłu autobusu. Upychanie plecaka z kanapkami na półce nad głową, wieszanie kurtek, śmiech, a jak już ruszyliśmy ktoś wyciągał gitarę i przez kolejne godziny zdzieraliśmy gardła. Te przyjemne, niemal namacalne uczucie bycia poza czasem i przestrzenią, przejścia do innego wymiaru, gdzie byłam ja, moi towarzysze podróży i miejsca, w które docieraliśmy. Poza tym świat nie istniał.

Chyba to od zawsze najbardziej pociągało mnie w podróżach. Ta sławna ucieczka od rzeczywistości. Oderwanie. Zapominanie o tym co zostawiłam za sobą, o tym do czego wrócę. Jest tylko tu i teraz i nic innego nie ma. Czas. Przestrzeń. Wolność. Najpiękniejsze uczucie jakie znam.

“Mamo, idziesz?” – głos Kaliny przywołał mnie do tego drugiego tu i teraz. To nie moja podróż, nie moje oczekiwanie… Wyostrzyłam słuch. W autokarze było cicho. Żadnych rozmów, szeptów, chichotów. Czyżbyśmy były pierwsze? Rozejrzałam się. Za oknami rodzice z zapamiętaniem machali wierząc, że dodają otuchy swoim pociechom. W środku siedziały dzieciaki, w różnym wieku. Łączyło ich jedno: smartfony. Każde wpatrywało się w niewielki ekran, to było ich tu i teraz, niektórzy nawet nie zdjęli szalików i czapek, siedzieli parami nie zwracając najmniejszej uwagi na siedzącą obok osobę, na mnie i Kalinę, ani na żegnających ich rodziców.

Kilka godzin później zerknęłam na fejsbuka żeby sprawdzić czy już dojechali. Organizator nie opublikował jeszcze żadnej informacji, ale pod zdjęciem z rana rodzice wymieniali się informacjami gdzie są nasze dzieci i gdzie zatrzymały się po drodze żeby zjeść. Permanentna inwigilacja. Wielki brat czuwa.

Jesteśmy z pokolenia, które chodziło z kluczem na szyi. Z podwórka wracaliśmy o zmroku, chyba że mama wcześniej zawołała nas z balkonu a my byliśmy na tyle blisko, żeby usłyszeć. Jako dziecko bawiłam się na budowie Trasy Toruńskiej, zbierałam maki i chabry nad kanałkiem Żerańskim, z psem chodziłam na spacery tam, gdzie dzisiaj jest centrum handlowe na Głębockiej, a wtedy jeszcze nie było tam nic. Latem brałam plecak i jechaliśmy w Polskę, na obozy wędrowne, których trasa kształtowała się na bieżąco. Czasem wysyłałam do domu kartkę, choć częściej zapominałam. Jako nastolatka jeździłam autostopem, spałam na dziko i – jako matka przyszłych nastolatków – dla własnego dobra wolę nie pamiętać co jeszcze wyprawiałam.

Moi rodzice tygodniami nie wiedzieli gdzie jestem i co robię. Ufali mi. I z perspektywy rodzica domyślam się, że nie było to łatwe. Martwię się za każdym razem jak Maciek i Kalina znikają na podwórku. Gdy spóźniają się do domu jestem kłębkiem nerwów, lecz gdy przekraczają próg mieszkania jestem siłą spokoju. Nie chcę obciążać ich moimi lękami. Wiem, że Maciek chodzi na sąsiednie podwórka spotkać się z kolegami, a w tym celu musi przejść przez ulicę – tego chyba boję się najbardziej, że moje dziecko “wtargnie na pasy” wprost pod jakiegoś jadącego “szybko ale bezpiecznie” debila z pedałem gazu zamiast mózgu. Chociaż wtedy to nawet smartfon nie pomoże.

Gdy jadą na wakacje, jasne, że lubię zerknąć na zdjęcia wrzucane na fejsa przez organizatorów, ale gdy z ostatniego obozu Kalina zadzwoniła tylko raz (z pierwszego dzwoniła codziennie), zamiast niepokoju czy poczucia zawodu poczułam dumę, że moje dziecko potrafi odciąć pępowinę, nie potrzebuje mojej aprobaty, rady czy pocieszenia w każdym dniu swojego życia. Przed wyjazdem na kolejny umówiłyśmy się, że będzie dzwonić tylko wtedy gdy naprawdę będzie potrzebowała, ale upewniłam się, że wie, że nie musi dzwonić, że nie czekam na jej raporty, że to jest jej czas, a ja zadowolę się opowieściami po powrocie. Mam nadzieję, że za parę lat weźmie plecak i pojedzie w Bieszczady szukać miejsc bez zasięgu, o ile jeszcze takie będą.

Trudno znaleźć wyjazd dla dzieci, na którym nie byłoby telefonów. Na większości obozów jest wolna amerykanka, albo w najlepszym razie telefony reglamentowane na “tylko po obiedzie” czy “na godzinkę wieczorem” (tu zachęcam gorąco wszystkich rodziców żeby przypomnieli sobie kiedy ostatnio ich pociecha do nich zadzwoniła i rozmawiała z nimi przez godzinę), a wszystko to na wyraźne żądanie… no właśnie, wcale nie dzieci a rodziców! Na spotkaniu przed jednym z obozów, mimo wyraźnych sugestii organizatora, to rodzice zagłosowali za wzięciem telefonów. Głównym argumentem było… wykluczenie! “Bo co jeśli ustalimy, że nikt nie bierze a potem wszyscy wezmą i tylko moje dziecko będzie odstawać?” Strach zapytać co będzie jak wszyscy zaczną jarać szlugi na przerwach…

Gdy kiedyś podzieliłam się z Wami moimi rozterkami na fejsbuku, podniósł się raban, że jak to tak bez telefonu, a bezpieczeństwo? I wiecie co? Nie kupuję tego wytłumaczenia. To organizator ma zapewniać dzieciom bezpieczeństwo, a jeśli nie ufamy oranizatorowi, poszukajmy innego wyjazdu. Poza tym w 99% sytuacji zagrożenia, które jestem sobie w stanie wyobrazić, telefon raczej nie pomoże, a nawet jeśli, to i bez niego spokojnie można sobie poradzić. Pozostały 1% zdarza się tylko w filmach.

Przeraża mnie to, że dzieciaki wolą patrzeć w telefon zamiast bawić się z rówieśnikami, że rośnie pokolenie małych zombie, nie widzących ani nie słyszących co się wokoło dzieje, nie mających potrzeby interakcji, skupionych tylko i wyłącznie na niewiele wnoszących ruchomych obrazkach. Przeraża to, że mimo iż potwierdzono naukowo jakie zmiany w mózgu powoduje gapienie się w ekrany, nic z tym nie robimy, choć patrząc na katastrofę klimatyczną i powszechną obojętność wobec tematu, chyba nie powinnam się dziwić. Ale poza tym najoczywistszym wątkiem, zastanawiam się nad jeszcze jednym aspektem problemu.

Jakimi ludźmi będą te dzisiejsze dzieciaki? Czym będą się różnić od nas, wychowanych bez smyczy, bez GPSa, bez czujnego oka nieustająco na nas patrzącego? Czy ciągła kontrola nie świadczy o braku zaufania? Czy to, że w każdej chwili wiemy gdzie są, a oni wiedzą, że my wiemy, w jakiś sposób wpłynie na ich samodzielność? Niezależność? Jeszcze coś innego? A może wcale nie, może będą mieli większe poczucie przynależności, bezpieczeństwa, nie będą miotali się rozpaczliwie w poszukiwaniu wolności, tak jak my się miotamy? Nie wiem. Macie jakiś pomysł?

Podziel się swoją opinią: