Wyjazd z Sajgonu nad morze do Ho Tram i Binh Chau miał być naszym skuterowym chrztem bojowym. Przez zatłoczony Sajgon, potem promem, pełną ciężarówek autostradą i bocznymi, wiejskimi drogami. Ponad 100 km różnymi drogami na niemłodych skuterach zapakowanych nami, dzieciakami i bagażami. Poszło nam znakomicie!

Może dlatego, że podeszliśmy do tego zupełnie inaczej niż zwykle. A mianowicie spędziliśmy całkiem sporo czasu na planowaniu optymalnej trasy, punktowaniu potencjalnych zagrożeń i wymyślaniu sposobów ich ominięcia. Przede wszystkim uznaliśmy, że z naszym dość jeszcze skromnym doświadczeniem skuterowym, będziemy się w Sajgonie trzymać bocznych dróg. I tak, odrzuciliśmy od razu opcję wyjazdu z Ho Chi Minh autostradą nr 1 – jedynym mostem na południe przez rzekę Soài Rạp, no bo w końcu sama nazwa brzmi groźnie i zapewnie nieprzypadkowo ma w sobie więcej auta niż skutera. Życie pokazało, że nie była to najlepsza decyzja. Na sajgońskim odcinku “jedynka” to całkiem przyjazna trasa z ruchem skuterowym oddzielonym od samochodowego. Dopiero potem, trasą, którą i tak musieliśmy jechać, oba żywioły się łączą.

Decyzja jak wyjechać skuterem z miasta na południowy-wschód była więc łatwa. Jeśli nie most na “jedynce”, to musi być prom z Cat Lai. Zresztą do Cat Lai jest bliżej, szybciej i łatwiej dojechać niż nakładać drogi “jedynką”. No i wiadomo, skuter + prom = dwa razy więcej atrakcji. Do przystani Cat Lai z centrum Sajgonu prowadzi szeroka dwupasmówka. Trasa omija jednak szerokim łukiem miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, dlatego google maps zaproponował nam wąską i totalnie zapchaną równoległą drogę – Nguyễn Thị Định. Nie protestowaliśmy. Uznaliśmy, że lepiej wczujemy się w skuterowy rytm Wietnamu na takiej drodze niż na pełnej samochodów i ciężarówek ekspresówce. Znów błąd. Na większość dużych wylotówek z Sajgonu ruch jest oddzielony i ciężko je zakorkować tak jak wąskie, ale nadal przelotowe trasy. A i jeździ się po nich wbrew pozorom prościej i bezpieczniej.

Blog Vietnam Coracle, nasze główne wsparcie w planowaniu, sugerował, żeby w tą trasę ruszać jak najwcześniej, najlepiej o godz. 4.30 rano. Wyjazd o każdej późniejszej godzinie oznacza bowiem stanie w korkach. No ale przecież byliśmy skuterami i wyjeżdżaliśmy w niedzielę, więc chyba bez przesady. No cóż. Okazało się, że skuterowe korki w niedzielę, to nic nadzwyczajnego. Przyjechaliśmy na wakacje, więc o wstawaniu bladym świtem nie było mowy, zamiast tego skupiliśmy się na wynajdowaniu pozytywów w każdej sytuacji. W korku spokojnie przyzwyczajaliśmy się do skuterów, na których mieliśmy spędzić bardzo dużo czasu przez kolejne trzy tygodnie. Dzieciaki zaprzyjaźniały się z sąsiadami, a wszyscy razem mogliśmy na spokojnie wybrać sobie jakąś jadłodajnię, by posilić się ostatni raz w Sajgonie przed wyjazdem na prowincję. Jeśli jednak chcecie uciec z miasta, jak najszybciej, to główną trasą pójdzie Wam to pewnie co najmniej dwa razy szybciej niż bocznymi uliczkami.

Z Sajgonu nad morze, czyli gdzie?

Nasz ogólny pomysł na skuterowy Wietnam był taki, żeby na północ ruszyć wybrzeżem, jechać jakieś 10 dni, dojechać do Hoi An i wrócić w podobnym tempie intereriorem przez Da Lat. W Sajgonie spędziliśmy ledwie kilka dni, tyle żeby odespać podróż i znaleźć skutery, i na dłużej nie mieliśmy ochoty. Ciągnęło nas na prowincję, na bezludne, piaszczyste plaże i rozciągające się po horyzont pola ryżowe. Szum morza miał zagłuszać dźwięk skuterowych silników a słońce przyjemnie rozgrzewać nasze pamiętające jeszcze pekiński mróz kości. Tak to sobie trochę naiwnie i romantycznie wyobrażaliśmy… W ciągu kolejnych kilku dni nasze wyobrażenia boleśnie zderzyły się z rzeczywistością.

Wietnam, plaża

Jedźcie do Wietnamu, mówili, słońce, upały, mówili…

Spojrzeliśmy na mapę i w przewodniki. Najpopularniejszym plażowym kurortem na południe od Ho Chi Minh jest Vung Tau. To spore miasto (około 3000 tysięcy mieszkańców), w dodatku z najbliżej od stolicy położoną ładną plażą. Można więc sobie wyobrazić, co tu się dzieje w weekendy, aczkolwiek podejrzewamy, że Nha Trang z dziesiątkami tysięcy rosyjskich turystów jest zdecydowanie bardziej wymagającym cierpliwości doświadczeniem.

Historia Vung Tau sięga XVIII wieku, kiedy piraci założyli w tym miejscu swoją bazę. Samo miasto powstało pod koniec XIX wieku i doznało błyskawicznego rozwoju w kolejnych dekadach. Z tamtych czasów pozostało kilka wartych uwagi kolonialnych zabytków. Poza nimi warto jeszcze wspomnieć ładne widoki z okalających miasto wzgórz i w miarę czyste i przyzwoite plaże. W dodatku jego popularność wśród sajgończyków gwarantuje, że pod względem kulinarnym i noclegowym każdy znajdzie coś w naszym guście i budżecie. Vung Tau i jego przedłużenie, czyli plaża w Long Hai, wypadły jednak z naszych planów przez niechęć do dużych miast i fakt, że musielibyśmy do nich zboczyć kilkadziesiąt kilometrów na zachód.

W opisie wycieczki po południowo-wschodnich okolicach Sajgonu na Vietnam Coracle przeczytaliśmy za to kilka dobrych słów o odległej o mniej więcej 100 km od Ho Chi Minh plaży w Ho Tram, a że tak mniej więcej wypadał nasz pierwszy nocleg, to nie mieliśmy problemów z decyzją. Postanowiliśmy tylko nie sugerować się w 100% zaproponowaną przez Toma z VC trasą i z autostrady zjechać nie w Ba Ria, ale przy pierwszej lepszej okazji i dalej zamiast zatłoczoną autostradą ruszyć bocznymi drogami przez wsie i miasteczka.

Wietnam. Skuter na plaży niedaleko Ho Tram

Wietnamskie drogi

Prom w Cat Lai, czyli uciec z Sajgonu

Jak się łatwo domyśleć, nie dojechaliśmy na prom o godz. 4.30 rano, tak jak radzi Vietnam Coracle, nie dojechaliśmy nawet w południe. Najpierw utknęliśmy w korkach, a potem zgłodnieliśmy i uznaliśmy, że skoro i tak stoimy w korku, to lepiej będzie usiąść przy stoliku. Na szczęście, w przeciwieństwie do zakorkowanych ulic, prom w Cat Lai wydaje się odporny na tłumy. Sama przeprawa jest szybka i bezbolesna. Przy bramie płaci się 3.000 VND (0,5 PLN), następnie czeka się przy kolejnej bramie otwieranej w czasie załadunku promu. Te pływają 24 godziny na dobę (!), teoretycznie co 15 minut w dzień i co 30 minut po zmroku.

Skuter na promie z Cat Lai

Prom w Cat Lai

Ale zdarza się, że przerwa między promami jest krótsza niż 15 minut. Nam brama zamknęła się przed nosem i na kolejny prom czekaliśmy około 10 minut. Niewiele dłużej trwa sama przeprawa promem przez Soài Rạp. Wystarcza to głównie na sesję zdjęciową dla kilku sąsiednich załóg skuterowych. Jeśli znajdziecie się w środku niewielkiego w sumie promu, to możecie się nawet nie zorientować, że płyniecie. My przed sobą widzieliśmy samochody i las głów, za nami było podobnie, a po bokach są zabudowane ściany statku. Dopłynięcie zwiastują włączane silniki, potem można poczuć lekkie szarpnięcie przy dobijaniu do brzegu i można ruszać.

Po drugiej stronie Soai Rap…

Przez pewien czas po zjechaniu z promu jechaliśmy jeszcze w typowej wiejskiej ulicówce, a potem w końcu mieliśmy chwilę wytchnienia. Pojawiła się zieleń, plantacje kauczukowca, gdzieniegdzie nawet dało się dostrzec pasące się krowy, które tak nagle i całkiem niedawno zniknęły z polskiego krajobrazu. Ale już prawie wszędzie agresywnie wgryza się miasto. Na położone trochę niżej niż droga pola ciężarówki zrzucają ziemię i gruz. Czasem powstaje tam mały prywatny sklep, czy domek, ale częściej zasypuje się całe hektary pól pod ogromne inwestycje. Wietnam tak szybko się rozwija, że nie ma czasu na sentymenty. Ogromne bloki stają przy małych chałupkach, fabryki i magazyny powstają przy pasących się krowach. Miejscami przypomina to obrazki z wielkich inwestycji PRL-u, które zresztą oboje pamiętamy z dzieciństwa, kiedy wśród chałupek stojących między blokami warszawskiego Bródna biegaliśmy się bawić na porzuconej na lata budowie Trasy Toruńskiej.

Po kilkudziesięciu kilometrach resztki zieleni ostatecznie ustąpiły przed industrializacją. Wygodna dwupasmówka dowiozła nas do strefy przemysłowej Nhon Tranch. W niedzielę okolica nie wygląda źle, na drodze jest spokojnie, fabryki po obu stronach jakby wyczekują do skoku w nowy tydzień. Część ma już w sobie ten kapitalistyczny sznyt efektywności, inne mocno tkwią w komunistycznym przekonaniu, że fabryka to nie tylko miejsce produkcji, ale też wizytówka klasy robotniczej. To nic, że chodzi o 8 czy 10 godzin ciężkiej, wykańczającej pracy, musi być brama jak łuk triumfalny, mur jak wokół pałacu i jeszcze reprezentacyjny podjazd przed główny budynek. Wietnam za to w tym miejscu już ostatecznie porzucił wszelkie rewolucyjne slogany. Na próżno wypatrywaliśmy wielkich czerwonych banerów i portretów robotników ufnie patrzących w urządzoną przez proletariat przyszłość. Widać takie przesłania już do nikogo nie trafiają. Efektywniej pewnie byłoby teraz kupić odpowiednio stargetowane reklamy na fejsie, bo tam pewnie zaglądają wszyscy jak tylko wyjdą z fabryki.

Jeśli chodzi o samą trasę na południe, to strefa przemysłowa wcale nie jest taka zła, bo zapewnia jakieś pozadrogowe wrażenia. Za to potem niestety trzeba wjechać na ekspresówkę QL51, która nawet w niedzielę jest pełna ciężarówek. To było nasze pierwsze zetknięcie z wietnamską trasą “szybkiego” (a tak naprawdę głównie ciężarowego) ruchu i od razu wiedzieliśmy, że nie będzie to związek przepełniony miłością. Tu nie będziemy się nad tym szczególnie rozwodzić, bo wszystkie nasze wrażenia, ostrzeżenia i porady na temat jazdy po wietnamskich drogach znajdziecie w obszernym poradniku o skuterowym survivalu w Wietnamie:

Skuterem po Wietnamie. Przewodnik

Na QL51 możecie się z dużą dozą prawdopodobieństwa spodziewać patrolu drogówki. Policmajstry zazwyczaj stoją kilka-kilkanaście kilometrów za DT25B, którą dojechaliśmy do ekspresówki. Warto więc obserwować jak zachowują się inni skuterowcy i kierowcy, najlepiej znaleźć sobie jakąś ciężarówkę i zastosować się do porad, które zawarliśmy w naszym poradniku o skuterach w Wietnamie.

Z QL51 odbiliśmy na wschód w Mỹ Xuân na równie tłoczną, a jeszcze mniej przyjemną, bo wąską i jednopasmową drogę. Akurat na tej trasie chyba lepiej zostać na QL51 i zjechać z niej kilka kilometrów dalej – w Phu My, by już zupełnie lokalnymi drogami kierować się na Ho Tram i Ho Coc. Z drogi Mỹ Xuân – Ngãi Giao nad morze odbiliśmy dopiero na DT328, prowadzącej prosto na południe. Krajobraz przez ten czas to nic ciekawego – taki najprostszy wiejski Wietnam. Trochę brzydkiej i nijakiej ulicówki z prostymi domkami przy samej drodze, trochę pól i łąk. Już kilka kilometrów od plaży zaczynają się hotele, wypełnionych głównie zorganizowanymi wycieczkami dowożonymi tu turystycznymi autokarami.

Plaża Ho Tram – smaki, widoki i …tyle dobrego

Przez chwilę kusił nas jedyny w okolicy hotel z basenem w rozsądnej cenie – Sapphire Motel, ale kiedy zobaczyliśmy jak bardzo jest na uboczu i daleko od wody oraz miejsc, gdzie można zjeść kolację, to odpuściliśmy. W Ho Tram po raz pierwszy też odczuliśmy brak namiotu. Nie spodziewaliśmy się, że w Wietnamie pola namiotowe są już całkiem popularnym rozwiązaniem. Są to częściej hipsterskie “glampingi” niż kempingi, a więc rozbicie własnego namiotu będzie was kosztowało niewiele mniej niż dający sporo prywatności pokój w motelu. No ale w bonusie nierzadko jest basen, czysta plaża i bar z widokiem na morze oraz międzynarodowe towarzystwo. W okolicach Ho Tram i Ho Coc znajdziecie co najmniej pięć kempingów (River Ray Estates, The Beach House, Phi Lao, Saigon Container, Huu Nghi), gdzie możecie albo rozbić własny lub wypożyczony namiot w cenie od 50.000 do 95.000 VND (od 8 do 15,5 PLN). Ich mapę i krótkie recenzje znajdziecie na Vietnam Coracle.

My wybraliśmy na pierwszy nocleg poza Sajgonem trochę bardziej luksusowe rozwiązanie. Pojechaliśmy prawie nad samą wodę i zanocowaliśmy w hotelu Hoa Bien (są ich dwie sztuki, my weszliśmy do tego bliżej morza). Byliśmy na tyle blisko plaży, że wieczorem słyszeliśmy fale. Gorzej było z widokiem. Za oknem mieliśmy nadmorską wydmę i schowane za nim hałdy śmieci, łodzie rybackie oraz zaplecza straganów z owocami morza przyrządzanymi na miejscu.

Wietnam. Hotel Hoa Bien w Ho Tram

Hotel Hoa Bien w Ho Tram

Nie było luksusów, nie było widoków, ale były inne plusy. Po pierwsze, rozsądna cena jak za czysty motel tuż przy morzu (400.000 VND, czyli ok. 65 PLN, podobno da się jeszcze trochę stargować). Po drugie, okazało się, że plażowe karaoke skończyło się po bożemu przed północą, a po trzecie, że na terenie hotelu mieszka dziewczynka w wieku jakoś pomiędzy naszymi dziećmi, co skończyło się kilkoma godzinami wspólnej zabawy Maćka, Kaliny i nowej koleżanki. A po czwarte…

Nie jesteśmy wielkimi znawcami ani smakoszami ryb i owoców morza. Ale dobre rzeczy w rozsądnej cenie nasze podniebienie (i portfel) potrafią docenić. A Ho Tram skrywa takie miejsce, które łączy smakowitość i oszczędność. To restauracja Mỹ Lệ. Wietnamska atmosfera rodzinnych biesiad, luz, wyrozumiała i cierpliwa obsługa, z którą najlepiej w sumie dogadać się gestami i pokazać, z której miski chcemy rybę/owoce morza. No i ceny jak marzenie: za porządną kolację składającą się z dwóch świeżo złowionych i sporych ryb, wielkiej michy ryżu, jakiejś zieleniny, piwa i napojów non-alko zapłaciliśmy 170.000 VND, czyli niecałe 28 PLN! Nie dziwne, że mimo kilkudziesięciu miejsc trudno było znaleźć wolny stolik! Tylko nasze dzieci były mało pocieszone. Gustują w rybach i owocach morza zdecydowanie mniej niż my…

Sama plaża przy rybnym targowisku była niestety masakrycznie brudna i zaśmiecona. By mieć trochę więcej spokoju i trochę mniej śmieci, trzeba przejść przez skałki i skierować się na wschód – w stronę Ho Coc, ale to co najmniej kilometrowy spacer. Pewnie nawet byśmy tak zrobili, gdyby nie dodatkowa niespodzianka, a mianowicie pogoda.

Byliśmy w Wietnamie w styczniu. W Sajgonie temperatura cały czas oscylowała wokół przyjemnych 30 stopni. Tymczasem nad morzem było wyraźnie chłodniej, pochmurno  i wiał porywisty wiatr. Było jak nad Bałtykiem! Może nie w styczniu tylko w lipcu, niemniej jednak głównie dlatego nie przepadamy za polskim morzem (również za tłumami i cenami z kosmosu). W Ho Tram poprzestaliśmy więc na spacerze i delektowaniu się miejscową kuchnią.

Ho Tram i Ho Coc – nowy szyk wietnamskiego wybrzeża

Ho Tram większości Wietnamczyków i wielu turystom nie kojarzy się pewnie z zaśmieconą plażą i tanimi hotelami oraz My Ly. To miejsce najbardziej znane jest teraz z The Grand Ho Tram Strip – potężnego kasyna i kompleksu hotelowo-golfowo-co-dusza-zapragnie, które rozsiadło się trochę na północ od właściwego Ho Tram.

Kasyno nie jest zresztą jedynym takim przybytkiem w okolicy. Zaczynająca się trochę dalej Ho Coc to doskonały obraz tego, w jakim kierunku idzie wietnamskie wybrzeże. Spokojne i ciche plaże przetykane rybacko-karaokowymi osadami ustępują miejsca turystycznym molochom. Obok The Grand Ho Tram rozsiadło się już kilka innych, bardziej kameralnych ale nie mniej luksusowych resortów. I tak zamiast dramatycznych krajobrazów fal rozbijających się o piasek i skały długimi kilometrami za Ho Tram oglądaliśmy nieskazitelnie przycięte drzewka i trawniki oraz wysokie mury chroniące turystyczne enklawy. Przy bramach stali tylko ochroniarze patrzący z lekkim zainteresowaniem i zdziwieniem, jakby to widok ekipy na podstarzałych skuterach był tu dość rzadkim widokiem.

A może chodziło o to, że nie daliśmy się skusić ich ofertą? Warto bowiem wspomnieć, że do większości z tych miejsc można wejść za opłatą i skorzystać z czystej plaży, leżaków czy basenów, czy też oczywiście innych uroków jakie można znaleźć chociażby w kasynie. Ceny takich przyjemności wahają się od 50.000 do 550.000 VND (od 8 do 90 PLN) za osobę. Dobre zestawienie wraz z opisem znajdziecie w vietnamcoralowym przewodniku po Ho Tram i Ho Coc.

Wietnam. The Grand Ho Tram

The Grand Ho Tram, w tle powstaje już kolejny gigant

Binh Chau – gorące źródła podane na luksusowo

O gorących źródłach marzyliśmy jeszcze w dość gorącym Sajgonie, ale kiedy przewiało nas na skuterach i plaży wizyta w nich stała się obowiązkowa. Co prawda przeczytaliśmy, że są mocno skomercjalizowane, ale jeszcze do końca właściwie nie wiedzieliśmy, co oznacza wietnamska komercjalizacja. A że źródła znajdują się ledwie kilkanaście kilmetrów od wybrzeża, to postanowiliśmy dać im szansę. Tym bardziej, że droga między Ho Tram a Binh Chau, to prawdziwa przyjemność. Nie licząc fragmentów z murami turystycznych folwarków, prowadzi nad samym morzem, między piaszczysto-skalnymi plażami a zielonym lasem otaczającym Ho Tram i Ho Coc. Szczególnie poza weekendem ruch jest dosyć niewielki i można na spokojnie i bez stresów cieszyć oczy widokami.

Komercjalizacja naturalnych atrakcji w Wietnamie takich jak wodospady, czy gorące źródła to zresztą temat niezwykle fascynujący. Zwiedziliśmy takich miejsc przez prawie miesiąc kilkanaście i za każdym razem byliśmy w mocnym szoku. Niektóre z nich ociekały luksusem i nowością. Inne były opuszczone, ale nadal widać było ogrom włożonych pieniędzy i wylanego asfaltu. Rozpadające się budki strażnicze, rozgrabione ogrodzenia, pływające samopas resztki wielkich metalowych łabędzi. Wyglądało to czasem jak scenografia do horrorów.

Biletowanie takich atrakcji jeszcze rozumiemy. Można za te pieniądze otoczyć je opieką, wyznaczyć szlak, punkt widokowy, zapewnić sprzątanie. Ale Wietnamczycy dorzucają do tego ogromną potrzebę opanowania i ujarzmienia przyrody. Jeśli punkt widokowy, to wielki taras ze zbrojonego betonu. Drzewa zasłaniają widok? Wytniemy, a zamiast nich zrobimy betonowe ozdoby w kształcie pni. Gorące źródła? Otoczymy je basenami, a wodę doprowadzimy rurami. Wodospad? Mało! Wybudujemy jeszcze staw i przystań z rowerami wodnymi. Piękna okolica? Zrobimy ścieżkę spacerową, ale zamiast lekkiego tylko ingerowania w ekosystem, zalejemy wszystko betonem i dorzucimy gdzieniegdzie fontannę albo kioczwatą rzeźbę. A potem zapomnimy o remontach i konserwacji, bo przecież i tak nikt tam nie chodzi. A cały ten betonowo-żelazno-marmurowy kicz ukryjemy za wysokimi murami i wysokimi cenami biletów. Żeby nie daj boże nie pałętał nam się nikt przypadkowy.

Wietnam. Gorące źródła w Binh Chau

Wybetonowane gorące źródła w Binh Chau (tak, nawet balustrada jest betonowa)

Gorące źródła w Binh Chau wpisywały się w ten klimat. Zamiast prostego kąpieliska korzystającego z naturalnych źródeł powitał nas “resort” – kompleks w marmurach. Ceny? 100.000 VND (16 PLN) za wejście na teren bez możliwości skorzystania z basenów, 260.000 VND (42 PLN) za pakiet z basenami. W Polsce zapłacilibyśmy podobną cenę za 2 godziny w termach, chociażby w Hotelu Gołębiewskim w Wiśle.  No ale skoro dotarcie tu zajęło nam trochę więcej niż do Wisły i wszyscy nakręciliśmy się na gorące źródła, to pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu.

Jak było? Przede wszystkim miło, bo prawie prywatnie, nie licząc jednej rosyjskiej głośnej rodziny (podobno Rosjanie to lwia część miejscowej klienteli). Sam kompleks składa się przede wszystkim z dwóch, w sumie niewielkich rozmiarów basenów, z których jeden ma wodę w bardzo “wannowej” temperaturze (Ola była gotowa w nim zamieszkać), a drugi chłodniejszą – ale nadal pozwalajacą na zupełny bezruch w rozleniwiającym cieple. Baseny ociekają marmurami, ale żeby zbilansować wrażenie, dobudowano do nich stylizowane na groty betonowe pomieszczenia na przepompownię. Z daleka wyglądają nawet w miarę naturalnie, za to z bliska widać niewykończone wnętrza i “sztuczność” całej konstrukcji. Tuż obok zbudowano również kilkanaście “prywatnych” baseników, które podczas naszego pobytu (poniedziałek) były nieczynne. O ich cenę, dla własnego zdrowia psychicznego, nawet nie pytaliśmy.

Ta część kompleksu, wraz z okolicznymi budynkami i tak prezentowała się całkiem znośnie. Dalej było tylko ciekawiej. Za małymi basenikami stały rozpadające się pawilony zamknięte szlabanami oraz wyzierający miejscami wietnamski kicz, prawdopodobnie z czasów, kiedy gorące źródła były bardziej dla klasy robotniczej niż klasy zarządzającej. Podejrzewamy, że przy ogromnym kapitale, który teraz przelewa się przez wietnamską branżę turystyczną za rok czy dwa w tym miejscu będą już nowe atrakcje.

Nie jest jednak tak, że zniknie kicz. Ten najbardziej objawił się w części, gdzie można było zwiedzać gorące źródła. O ile przez część z nich po prostu prowadziła dydaktyczna ścieżka, tak fragment zabetonowano i nazwano “źródłem gotowanych jajek”. Na ten kompleks składa się kilka wybijających źródełek wrzącej wody zamkniętych w wielkich nadłuczonych skorupach jajek ze zbrojonego betonu. Wokół tego wszystkiego pomiędzy krzakami widać wielkie, nieczynne chyba od jakiegoś czasu łabędzie używane do pływania po kanałach na terenie kompleksu.

Moglibyśmy tak jeszcze ponarzekać, ale przyznajemy, że jeśli chodzi o lenistwo w ciepłej wodzie, to łatwo nas udobruchać. Większość kompleksu była dość zadbana i przyjemna, szczególnie główne baseny, a jajcarski kicz, choć bolał nasze oczy i ekologicznie nastawione dusze, to jednak miał zabawny urok. Podsumowując: mimo wszystkich swoich wad kompleks gorących źródeł w Binh Chau jest bardzo przyjemnym miejscem na przystanek i odpoczynek w trakcie objazdowej (najlepiej oczywiście skuterowej) wyprawy, o ile nie przeszkadzają Wam nie wysokie ceny. Z Ho Tram najbardziej polecamy przystanek na owoce morza w My Le, ale pięknych plaż radzimy szukać gdzie indziej.

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *