Są takie miejsca na świecie, z którymi relacje bywają, w terminach znanych z FB, skomplikowane. Dla nas takim miejscem jest krakowska Nowa Huta. Bardzo chcieliśmy ją polubić i całkowicie się na nią otworzyliśmy. Ale jak to mówią, mieliśmy bad timing. Poznaliśmy się w lutym 2014 roku i mieliśmy ledwie kilka popołudniowych godzin. Było mgliście, zimno i nijako, a na dodatek dwie z ośmiu stóp były mocno niedysponowane zdrowotnie. Zupełnie nam to spotkanie nie wyszło.

Do Nowej Huty trafiliśmy wtedy dzięki Nowohuckiemu Centrum Kultury. Zostaliśmy zaproszeni na Festiwal Navigator. To były początki naszego blogowania i naszych publicznych wystąpień. O festiwalu nie wiedzieliśmy nic. NCK kojarzył nam się z instytucją rangi Klubu Lira na warszawskim Bródnie, do którego zaglądaliśmy oboje w dzieciństwie. Taki pawilon wciśnięty między bloki.

Tymczasem NCK zaskoczył nas ogromną salą i kilkoma setkami gości na pokazie. Poszło nam chyba całkiem nieźle. Nie zjadła nas trema, prezentację mieliśmy dopracowaną, a że wróciliśmy dopiero co z półrocznej podróży z małymi dziećmi po obcym, dzikim kontynencie, gdzie Indianie, McDonaldy i kosmiczne rakiety, więc chcąc nie chcąc nadal lekką poświatą bił od nas efekt “wow”. Było sporo stresu, ale w NCK udowodniliśmy sobie, że potrafimy nie tylko podróżować z dziećmi, ale też opowiadać o tym na sali pełnej ludzi, co zresztą potem wiele jeszcze razy robiliśmy. Sentyment pozostał.

Nowohuckie Centrum Kultury

Irracjonalna słabość do socrealizmu

Do Krakowa wróciliśmy turystycznie dopiero w październiku 2019 roku. I, dzięki Kajtostanom oraz wielu innym niezwykle miłym ludziom, właśnie w Nowej Hucie znalazły się dla nas tymczasowe cztery kąty. A to dało nam okazję do szybkiego spaceru po dzielnicy i ponownej wizyty w NCK.

Do nowohuckiej architektury mamy jakąś trudno dla nas wytłumaczalną słabość. Czym dłużej się nad nią zastanawiamy, tym chyba mniej rozumiemy skąd się bierze. Bo niby co może w niej pociągać? Monumentalizm? Klasyczne umiłowanie schodków, żeby było jeszcze mniej dostępnie i bardziej wyniośle? Wielkie przestrzenie, żeby uwypuklić wielkość zamierzenia? Ciężko ciosane detale podkreślający ciężki robotniczy los? Może to tylko takie ciepłe uczucie, jak do przerośniętego, zapuszczonego i zaniedbanego psa ze schroniska?

Ten dobrze nam znany warszawski socrealizm bardzo słabo poradził sobie w nowej rzeczywistości. Sam Pałac Kultury nadal dumnie góruje nad stolicą, ale jego okolice pozostały betonową pustynią, która sezonowo zamieniała się w wielki bazar, wesołe miasteczko albo dziki parking. Rachityczna zieleń radziła sobie różnie, a nawet przeszła częściową reprywatyzację. Czy ktoś chodzi pod Pałac pospacerować? Wszyscy przemykają tam do metra, na Dworzec Centralny, do Złotych Tarasów, albo tych kilku instytucji, które w socrealistycznym wieżowcu mają swoje siedziby.

Inną sztandarową budową socrealistycznej Warszawy był MDM – Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa przy pl. Konstytucji. MDM miał tą przewagę nad Pałacem Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, że w jego budowę zaangażowało się kilkoro zdolnych architektów. Przemycili oni w detalach na fasady zarówno wątki sztuki ludowej jak i na przykład warszawskie syrenki. Pobawiono się też stylami ale monumentalizm placu i gmachów z przytłaczającymi arkadami jest dojmujący. Do MDMu mamy bardzo mieszane uczucia. Szczególnie, że transformacja ustrojowa uroku mu nie dodała  Po MDMie wiatr nie hula wyłącznie dzięki zmotoryzowanym gościom. Pl. Konstytucji to asfalt, beton i samochody, miejsce mało przyjazne dla pieszych i mocno pozbawione zieleni. Co nie znaczy, że kiedyś było lepiej. Centrum MDMu samochody opanowały jeszcze w latach 60-tych, na długo przed gierkowskim samochodowym boomem.

Śmiemy za to twierdzić, że ze swojego potencjału zaczyna korzystać pl. Hallera, dawny pl. Leńskiego, czyli osiedle zbudowane dla kadr Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu. Tu na szczęście środek placu pozostawiono dla ludzi i zieleni, spychając parkowanie na bok, ale Praga nie należy do najbogatszych dzielnic, stąd zarówno podwórka, jak i same budynki z roku na rok były coraz bardziej zapuszczone. A jednak do pl. Hallera mamy sentyment. Może to kwestia tęsknoty dzieci z blokowisk do zwartej zabudowy o uregulowanych fasadach, a nie rozrzuconych klockach bloków? Może poczucie namiastki miasta z centralnym placem, przy którym toczy się życie z w miarę zorganizowaną przestrzenią, o co na blokowiskach w teorii było łatwo, a w praktyce wychodziła jedna wielka prowizorka jako-takich podwórek. Nigdy nie byliśmy skłonni przekreślić grubą kreską socrealistycznych osiedli i zawsze nas coś tam ciągnęło.

Nowa Huta – socrealistyczne miasto-ogród

Jak Nowa Huta znosi upływ czasu? Na jednych polach lepiej, na innych gorzej. Wielki piec wygaszono na początku grudnia 2019 roku, podobno tymczasowo, ale jednak. Tymczasem mieszkaniowa Nowa Huta nie gaśnie. Wybudowana w latach 50-tych miała być domem dla pracowników powstającego kombinatu metalurgicznego im. Lenina. Było to największe przedsięwzięcie tamtych czasów, które pochłaniało 1/3 zasobów inwestycyjnych kraju. A przecież był to kraj, który dopiero odradzał się po wojnie i miał ogromne potrzeby, wykraczające poza produkcję stalowej surówki. Choć architektura reprezentacyjnych części Nowej Huty wpisywała się w nurt socrealistyczny, to twórca Nowej Huty Tadeusz Ptaszycki wprowadził do niej wiele różnych architektonicznych nurtów. Dodatkowo układ urbanistyczny wyrastał z idei miasta idealnego i nawiązywał do promieniście rozchodzących się miast-ogrodów (jak choćby przedwojennej podwarszawskiej Podkowy Leśnej). W te zamierzenia wpisywano samowystarczalne jednostki skoncentrowane wokół szkół i tego typu dziś niemodnej infrastruktury. Starano się przy tym, by były różnorodne architektoniczne, ale powiązane komunikacyjnie i koncepcyjnie.

Nowa Huta miała być osiedlem bez pomników. Dużo wysiłku wkładano za to w detale i małą architekturę, co oczywiście szybko zweryfikowało życie i możliwości finansowe rodzącego się PRL. Swoje zrobiła potem zupełna beznadzieja lat 80-tych i dziki początek kapitalizmu III RP, kiedy kwestie estetyki i dbałości o detale poszły w zupełną odstawkę. Teraz Nowa Huta trochę odżywa. Co prawda, w rewitalizację zapuszczonych podwórek chyba nikt nie wierzy (nie należy się poddawać, na warszawskim pl. Hallera jedna ze wspólnot przeprowadziła nawet modelową modernizację), ale pl. Centralny robi bardzo przyzwoite wrażenie. Al. Róż jest co prawda ciągle aleją betonu, częściowo zamienioną w parking, ale może kiedyś stanie się miejscem do życia, a nie jedynie przemknięcia do swojej klatki.

Nowa Huta – najlepsze lody w mieście

Takie miejsca jak Nowa Huta czy warszawski pl. Hallera stoją teraz na rozdrożu. Z jednej strony czas nieubłaganie zamienił je w stare osiedla. Ich mieszkańcy, w dużej mierze emeryci, walczą z irytującymi schodkami i nie wnikają już tak bardzo czy nowa farba na elewacji ma odpowiadać historycznym i estetycznym prawidłom skoro wszystko będzie lepsze niż wstrętne bohomazy. Gentryfikacja tym miejscom raczej nie grozi, a stopniowy napływ młodych mieszkańców szukających dostępnych finansowo i w sumie przyjaznych infrastrukturalnie osiedli może im bardzo pomóc. Tak było na warszawskim pl. Hallera, gdzie w ostatnich latach otworzyło się kilka kulturalnych i społecznie zaangażowanych miejsc, rodzą się też lokalne, osiedlowe inicjatywy. A tężnia solankowa z budżetu obywatelskiego jest wręcz okupowana przez wszystkie pokolenia.

Nowa Huta ma prężnie działające NCK, przybywa też knajp, a nowohuckie lody zaczynają już nabierać statusu legendarnych. My, dzięki rekomendacjom Kajtostanów, wybraliśmy się na (podobno) najlepsze lody w Krakowie, czyli do Lodowej Huty. Lodziarnia jest czynna niestety tylko w sezonie (w połowie października trafiliśmy dosłownie przedostatniego dnia działania lodziarni w tym roku), ale ma lody tak obłędnie pyszne (a przy okazji olbrzymie porcje i bardziej niż przyjazne ceny), że nawet Ola, która na co dzień lodami raczej gardzi, była zachwycona! A jeśli Lodowa Huta Wam nie podejdzie, to tuż obok macie (też niestety sezonowe) Good Lood. Wychodzi na to, że jak do Nowej Huty, to tylko latem! Szczególnie, że nowohucka zieleń  i poukrywane w niej place zabaw dają wytchnienie od betonowego życia.

Beksiński razy 250 w NCK

Nowohuckie Centrum Kultury do pl. Centralnego pasuje jak pięść do oka. Zupełnie nie warto tego budynku estetycznie przyjmować, a już najgorszym pomysłem jest go obchodzić naokoło, bo trochę bolą oczy. Ale te wszystkie grzechy rekompensuje swoją kulturalną ofertą – choćby Navigatorem, gdzie można zobaczyć takie gwiazdy, jak my. Ale nie tylko, bo całym szeregiem wystaw, wydarzeń, zajęć, koncertów i tak dalej.

Kiedy się okazało, że nocujemy (i głosujemy bo nasza wizyta przypadała na weekend wyborczy) tuż obok NCK, z zainteresowanie spojrzeliśmy, co tam się teraz dzieje. I kiedy okazało się, że właśnie wystawiane są prace Zdzisława Beksińskiego, nie mogliśmy sobie odmówić. “Właśnie” to lekki eufemizm, bo 250 prac Zdzisława Beksińskiego z prywatnej kolekcji Anny i Piotra Dmochowskich wisi na ścianach NCK już od 2016 roku i powisi jeszcze trochę, ale nasze trwanie jest bardziej ulotne niż sztuka Beksińskiego, więc akurat właśnie tu i teraz byliśmy w Nowej Hucie. Tu i teraz okazało się nawet kilkadziesiąt minut za wcześnie, bo w NCK pojawiliśmy się około godz. 11, a wystawa w niedzielę otwiera się od godz. 12, ale nic to. Niedziela była wyborcza, więc poranek wypełnił nam obywatelski obowiązek, czyli głosowanie.

Wczuwając się w artystyczny klimat zrobiliśmy z tego mały performance, głosując na znajomego wykładowcę z IS UW, który kiedyś dał nam zdecydowanie wyższe oceny z zajęć niż zasługiwaliśmy. I tak głosując na lewicowego demokratę daliśmy przykład dość prymitywnego klientelizmu. Jeśli czytają nas wykładowcy akademiccy, to pamiętajcie: bądźcie mili dla studentów, kto wie czy na starość nie zapragniecie zjeść schabowego w stołówce na Wiejskiej. Albo wyjść trzaskając drzwiami z audycji politycznej w publicznym radiu.

Czy warto iść z dziećmi na wystawę Zdzisława Beksińskiego? Zdecydowanie! Najlepiej bez dzieci, ale jeśli akurat są pod ręką, to nawet się przydadzą. Można przy nich wyjść na znawców i koneserów sztuki. Kolekcja zgromadzona w NCK nie jest wielkościowo szczególnie wyjątkowa, a umieszczenie jej między salami, gdzie w niedzielę trwają zajęcia z karate i judo dla maluchów nie nadaje jej szczególnego splendoru, ale to wszystko traci znaczenie w momencie przekroczenia progu czarnej sali. Bardzo dobre wrażenie zrobiło na nas niezwykle profesjonalne oświetlenie prac mistrza, które wydobywało detale, a jednocześnie pozwalało wejść w obraz i skupić na nim w pełni uwagę. W czarnej przestrzeni galerii silne punktowe oświetlenie czyniło z obrazów artystyczne kolorowe kosmiczne dziury wciągające cały sens – wszystko i wszystkich w obręb dzieła. Dobrze zarysowano narrację i kolejne fazy twórczości mistrza. Całość sprawiała wrażenie przemyślanej i sprawnie zakreślonej kompozycji. Może nawet aż za bardzo w obliczu apokaliptycznych wizji, ale tak to bywa z profesjonalistami.

Nowa Huta. Beksiński w NCK

Beksiński – wystawa w NCK

Jak się okazało, w niedzielny poranek drugiej połowy 2019 roku sztuka Beksińskiego nie przyciąga zbyt wielu gości. Właściwie poza nami nie przyciągneła nikogo, ale godz. 12 w niedziele to nie jest w tym kraju czas na chodzenie po galeriach. Nawet tych handlowych. I tak mogliśmy z naszą młodzieżą swobodnie zgłębiać wizje apokalipsy, rozpadu, tego co zakryte i tego co Beksiński odkrywa, potęgi natury i ewolucji upadku. Chyba nawet udało nam się zainteresować dzieciaki naszymi interpretacjami i wierzymy, że coś z tego wyniosły, a pytania “czy możemy iść już na plac zabaw albo na lody” były jedynie strategią nakreślenia sensu i załagodzenia napięcia między tu i tam, tym co pozornie znane i tym co przeniknięte… No bo przecież nie znudzenia…

Kompaktowość tej wystawy może stać się dla rodziców ogromnym plusem. My byliśmy zachwyceni, zarówno pracami, jak i tym, że możemy je pokazać naszym dzieciom, podsuwając tropy do samodzielnej interpretacji, a one nie znudziły się na tyle, żeby zepsuć nam to doświadczenie. Poza tym ledwie kilka minut od apokaliptycznych wizji Beksińskiego rozciągają się łąki nowohuckie. U niego natura zderza się z cywilizacją, a tu? Sielankowy obraz zieleni i błękitu domykają przemysłowe kominy. Rozchodzące się wierzby przechodzą w kontury fabrycznych instalacji. Naturalne cumulusy zdają się tańczyć z przemysłowymi wyziewami z elektrociepłowni. Sielanka prawie jak na warszawskich Siekierach. Jak śpiewał bowiem najlepszy warszawski zespół przełomu XX i XXI wieku:

Puszysta łąka, dookoła trawa, widać siekierki, to chyba Warszawa (Ztvorki, “Warszawa”)

Galeria Zdzisława Beksińskiego w Krakowie
Kolekcja Anny i Piotra Dmochowskich
Wtorek-sobota: 11.00-19.00, niedziela: 12.00-19.00
Bilety wstępu do galerii: 10/8 zł (normalny/ulgowy).

Gdzie spać w Nowej Hucie?

O tym gdzie spać w Krakowie pisaliśmy w jednym z poprzednich wpisów, ale skupiliśmy się tam na nieco bardziej turystycznych okolicach. Ale jeśli akurat macie taką fanaberię, żeby zanocować w Nowej Hucie, i tu bez problemu coś znajdziecie. Koniecznie zajrzyjcie na airbnb, i jeśli wcześniej nie korzystaliście z tego serwisu, to do logowania użyjcie tego linka – dzięki temu zaoszczędzicie ponad stówkę na pierwszej rezerwacji!

Jeśli z kolei wolicie bardziej zinstytucjonalizowane noclegi, to przy samym pl. Centralnym znajdziecie Hotel Centrum, w którym nocowaliśmy podczas naszej pierwszej nowohuckiej przygody. Od tego czasu hotel poszedł chyba bardzo mocno w stronę biznesową, ale i tak, trójkę da się tam wyrwać nawet za 170 zł za noc. Pozostałe miejsca hotele i hostele są trochę na uboczu Nowej Huty, albo nie zachęcają ofertą. Ale jeśli znacie jakiś nocleg wart polecenia w Nowej Hucie albo okolicach, to podzielcie się w komentarzach, chętnie dopiszemy do naszej listy!

Booking.com

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *