Coś nas podkusiło, żeby zobaczyć jak wygląda morze po drugiej stronie buta. Wsiedliśmy więc do samochodu, wpisaliśmy w nawigację “Capo Rizzuto”, ruszyliśmy na południowy-wschód i dwie godziny później zobaczyliśmy błękit morza Jońskiego. Czy było warto? Zanim odpowiemy Wam na to pytanie, musimy podzielić się pewną geograficzno-socjologiczną refleksją.

Wielu ludziom świat jawi się jako mozaika krajów przedzielonych granicami. Po jednej stronie wurst und kartofeln, po drugiej kiełbasa i ziemniaki. Po jednej stronie spaghetti, po drugiej makaruni. Po jednej harissa, po drugiej sterylizowane feferony… Mijamy słupy graniczne i wita nas nowa rzeczywistość. Nowa kultura, inna historia, krecik zamiast Reksia, lentilki zamiast delicji.

Piaszczyste plaże wschodniego wybrzeża Kalabrii

Morze po drugiej stronie

Wielu z Was, podobnie jak my, w młodych latach w czeskim Cieszynie kierowało pierwsze kroki do sklepu spożywczego, by zakupić owe legendarne lentilki szybko zapijane kofolą. Ach, ten smak Czech… w starszych latach lentilki były popijane już innymi, trochę bardziej wyskokowymi, lecz równie czesko-egzotycznymi napojami. Dla nas była to granica tak twarda, jak lentilkowa skorupka.

A tak naprawdę czesko-polska kultura mieszała się tu od wieków. Zresztą nie tylko polska i czeska, bo niemiecko-żydowski pierwiastek w Cieszynie wcale nie był taki nikły. Ten ostatni po II wojnie światowej znikł, ale Polacy i Czesi dalej się mieszają. Jest w tym współżyciu i historyczna zadra w postaci zaboru Zaolzia, jest i ekonomiczny rachunek, kiedy mieszkania w czeskich blokowiskach okazują się kilka razy tańsze od tych po polskiej stronie. I tak, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, w knajpach po polskiej stronie słychać czeski a na blokowiskach za Olzą mówi się “dzień dobry”.

Podobnie zresztą jak za Odrą. Przed wejściem Polski do Unii Europejskiej jej przeciwnicy ostrzegali, że zły Niemiec wykupi Polskę, a przynajmniej jej zachodnią, odebraną kiedyś germańskiej Rzeszy część. Dobry wykład można było o tym usłyszeć chociażby na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, gdzie ustawiło się kółko różańcowe i miesiącami odprawiało modlitwy o prawdziwą Polskę. Dalej zresztą tam stoją. Tylko nie codziennie, a co miesiąc i odrobinę się przesunęli.

Le Castella. Wschodnie wybrzeże Kalabrii

Le Castella, Capo Rizzuto

Z tymi granicami małego olśnienia doznaliśmy kiedyś czytając Stefana Mullera w “Gazecie Wyborczej”. Opowiadał jak to jest być Niemcem w Polsce. Ale zaczął od tego jak to jest być zachodnim Niemcem we wschodnich Niemczech. Z tego co pamiętamy pochodzi z okolic Frankfurtu i kiedy powiedział swoim rodzicom, że wyjeżdża do Berlina, ci byli załamani. Na Wschód? Przecież tam jest strasznie! Ludzie są inni, żyje się inaczej. Wschód, stepy, Azja Tuhajbejowicz, wilki jakieś, polarne niedźwiedzie. W domyśle dało się słyszeć “to już bardziej Polska niż Niemcy”.

A nam się w głowach zakodowało, że Niemcy to Niemcy. NRDówek był tylko kaprysem historii i nikt o nim nie pamięta, a Wschód, ta inna mityczna kraina zaczyna się z perspektywy Berlina czy Hamburga w Świecku. To tam robi się przaśnie, a autostrada zwęża się do 2-i-pół pasa – do tej idealnej szerokości, gdzie każdy cwaniak zmieści się na trzeciego, chyba, że z naprzeciwka jedzie akurat cwaniako-tirowiec. Ale co się będziemy martwić zawczasu, przecież Polak zawsze da radę (czeska święta prawda). Chyba, że nie da i pobocze ozdobi kolejny krzyż.

I Olza, i Odra to jednak tylko rzeki. W dodatku dzieląca bratnie narody chrześcijańskiej Europy. Co innego Morze Śródziemne – bastion dzielący nas przed afrykańskimi uchodźcami. Akwen nieprzyjazny i trudny, który w ostatnich latach zabił tak wielu ludzi szukających lepszego, czy chociażby jakiegokolwiek życia. Wielki Błętkit dzielący Kalabrię z eposów Homera od spękanej od słońca Sahary, wielbłądów, śpiewów muezzinów. A właściwie to pizzę od szałarmy.

Le Castella. Wschodnie wybrzeże Kalabrii

Le Castella, Capo Rizzuto

Kalabria, czyli nasze małe deja vu

Kiedy wylądowaliśmy na zachodnim wybrzeżu Kalabrii, chodziło za nami dziwne uczucie, że skądś znamy to miejsce, mimo, że nigdy tu wcześniej nie byliśmy. Czasem już prawie udało nam się uchwycić widok, który w 100 procentach oddałby nasze wspomnienia, ale zawsze coś zbyt włoskiego wchodziło w kadr. Zazwyczaj były to wymuskane kilkusetletnie starówki, budzące respekt mury zamków czy kościołów, odpicowane placyki, imponujące estakady przecinającej Kalabrię autostrady A3. A potem zagłębialiśmy się w nowsze osiedla i uderzała nas bylejakość domów, wszechobecny beton, wylewający się asfalt, brak chodników, hałdy śmieci na poboczach i za każdym większym murkiem… Znów to było prawie to.

Brakowało jednak kropki nad i. I znaleźliśmy ją po drugiej, wschodniej stronie Kalabrii. Było tam takie miejsce, gdzieś po drodze do Capo Rizutto, kiedy wjechaliśmy w niby-miasteczko, ulicówkę z obu stron zamkniętą magazynową architekturą ze schodami w terakocie schodzącymi prosto na asfaltową drogę, ze śmieciami, z byle jak zaparkowanymi samochodami, z betonowymi ogrodzeniami i bocznymi uliczkami bez asfaltu prowadzącymi do eleganckich willi. A poza sezonem jeszcze z pustymi, zaśmieconymi i zaniedbanymi plażami. Miasteczko w dzień wymarłe, którego przedmieścia wieczorem nagle zapełniały się migratami z czarnej Afryki, na rowerach wracającymi z plantacji i fabryk, gdzie spędzili większość dnia.

Wschodnie wybrzeże Kalabrii

Wybrzeże po drugiej stronie buta

I już wiedzieliśmy czym jest wschodnia Kalabria. Nie granicą, nie bastionem i na pewno nie Mediolanem. To forma przejściowa między Europą a północną Afryką. Taka Libia+, gdzie plusem są knajpy, lepsza kuchnia, wino i ogólnie mocno poluzowany gorset życia. Ale klimat jest bardzo podobny do Trypolitanii, traktowanie przestrzeni również, obecność migrantów z czarnej Afryki też. W sezonie te podobieństwa pewnie łatwiej ukryć pod masą turystów, a i pewnie o estetykę przestrzeni latem dba się jakby bardziej, ale w październiku kalabryjska przejściowość wychodzi ze zdwojoną siłą. Udało nam się znaleźć miejsca, które mogłyby posłużyć jako plenery w filmach o przedrewolucyjnej Libii. I wbrew pozorom wielu z kalabryjczyków mogłoby wystąpić w roli trypolitańczyków bez większych inwestycji w kostiumy czy makijaż.

A co ciekawe, jeśli chodzi o starsze zabytki, to libijskie wybrzeże jest zdecydowanie bardziej włoskie niż sama Kalabria. W tej ostatniej zamki i wieże mają często normańsko-aragońsko-szwabski sznyt. A Libia to najpiękniejsze rzymskie miasta z Leptis Magna na czele. Niewykluczone, że Cesarstwo Rzymskie miało więcej cesarzy urodzonych w północnej Afryce niż w Kalabrii, choć to już wymagałoby porządnego historycznego liczenia.

Leptis Magna, Libia

Leptis Magna, Libia

Nie jest więc Morze Śródziemne taką granicą kulturową, jak nam się wydaje. I po zjechaniu kilku krajów nad nim położonych możemy powiedzieć o Kalabrii, że jest prawdziwie śródziemnomorska. Ma w sobie coś z Libii, Libanu, Izraela i pewnie również z Tunezji (choć tam jeszcze nie dotarliśmy, więc to raczej nasza intuicja). I to zarówno tych dobrych cech, jak i złych, co wcale nie umniejsza jej wyjątkowości.

Jak zatem było na wschodnim wybrzeżu Kalabrii? Capo Rizzuto jakoś nas nie porwało. Zamknięta mała latarnia morska, tonąca w śmieciach wieża obronna – Torre Vecchia na cypelku, plaża, która byłaby nawet ładna, gdyby nie śmieci. Morze dużo bardziej agresywne niż po tyrreńskiej stronie. I absolutne pustki.

Poskakaliśmy chwilę przez fale i zniechęceni ruszyliśmy dalej, do Le Castella. Nie oczekiwaliśmy zbyt wiele. A jednak, to co zobaczyliśmy wynagrodziło nam za cały dzień. Ze wszystkich zamków, które widzieliśmy w Kalabrii, a było ich niemało, ten był zdecydowanie najbardziej niesamowity. Majestatyczna forteca na wyspie połączonej z lądem cienką groblą wygląda jak żywcem wyjęta ze średniowiecznych legend. Wstęp jest płatny 3 € za dorosłego, i były to najlepiej wydane pieniądze tego dnia.

Zwiedziwszy zamek wybraliśmy się jeszcze na spacer deptakiem pełnym sklepików z pamiątkami, zjedliśmy rybę miecz w restauracji, w której obsługa wyglądała, jakby miała zaraz zapaść w sen zimowy, wróciliśmy na plażę, oczywiście pełną śmieci, choć już na tym etapie chyba byśmy się zdziwili, gdyby było inaczej, obejrzeliśmy zachód słońca i pełni mieszanych uczuć i budzących się w tyle głowy wspomnień z Libii wróciliśmy na tą bardziej włoską stronę, nad morze Tyrreńskie.

Le Castella. Wschodnie wybrzeże Kalabrii

Le Castella po zmroku. Jedna z najpiękniejszych twierdz Kalabrii

Czy warto więc przedzierać się przez cały interior, by po kilku godzinach wylądować na wschodnim wybrzeżu Kalabrii? Przewodniki polecają ten rejon Włoch, jako mniej zurbanizowaną część buta, płaską, z wieloma piaszczystymi, odludnymi plażami. Zachwalane są greckie ruiny z wykopaliskami starożytnego miasta Sibari na czele. Wszyscy zachwycają się Capo Colonna z samototną kolumną na skalnym półwyspie. Bardzo chcieliśmy tam dotrzeć, ale jak zwykle zabrakło nam czasu.

Nie żałujemy jednak, bo nijakość mijanych okolic (jak może zauważyliście prawie cały wpis jest ozdjęciowany zamkiem z Le Castella) pozwoliła nam skupić się na socjologiczno-kulturowych rozważaniach. Nie zrozumcie nas źle, nie chcemy Was zniechęcać. Wschodnie wybrzeże Kalabrii naprawdę warto zobaczyć. Nie jest tak intensywnie jak na Zachodzie, ale na Wschodzie też jest jakaś cywilizacja! I tak zatoczyśliśmy koło. Niby granice są tylko w naszych głowach, ale ten Wschód zawsze ma pod górkę…

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *