• Od teraz przez jakiś czas będę pisała ja, Ola (wcześniej pisaliśmy wspólnie).Jak wiecie nie przepadam za zorganizowanymi wyjazdami. Nie przepadam też za samotnym podróżowaniem (przy czym przez samotne rozumiem bez kogoś, kogo wcześniej już znałam, ten typ tak ma, lubię tylko tych ludzi, których już znam). Od paru lat nie wyobrażam sobie też, że mogłabym wyjechać gdzieś bez Maćka i Kaliny (przynajmniej dłużej niż na 3 dni). Ale ... różne przypadki chodzą po ludziach.
  • Grecja

    Jest kilka wspomnień, które na pewno na zawsze zostaną szufladce "Kerala" w mojej głowie po tym wyjeździe: soczysta zieleń herbacianych pól, zapachy przypraw zrywanych prosto z drzewa, hałasy keralskiej ulicy, smak kokosa. Ale moim ulubionym

  • Od razu muszę zaznaczyć, że na jedzeniu się nie znam. To znaczy znam się na tyle, że lubię jeść i pewne rzeczy mi smakują a inne nie, ale na tym mniej więcej moja znajomość tematu się kończy. Zwykle zwiedzając różne zakątki świata staram się jeść w lokalnych jadłodajniach (często takich, do których żaden szanujący się turysta by nie wszedł), nie stronię też od jedzenia ulicznego.

Pojechałam do Kerali nic o niej nie wiedząc. Wróciłam zakochana w jej plażach, herbacianych polach i backwaters – kanałach, po których pływałam łodzią mieszkalną. Zrozumiałam, czemu nazywają ją “God’s own country”. Ten położony w południowo-zachodnich Indiach stan zwiedzałam wraz z 27 blogerami z całego świata w ramach Kerala Blog Express.