
Bratki, czyli łobuziaki na półce z książkami
„Nasza rodzina spędza każde wakacje nad morzem w przyczepie kempingowej. Wszyscy gnieciemy się wtedy w sypialence wielkości samochodowego bagażnika” – tak zaczynają się „Bratki”. A skoro książka ma w pierwszym zdaniu przyczepę kempingową, to jasne było, że w końcu musi do nas trafić.
„Pięciu nieznośnych braci – w domu, w szkole i na wakacjach. Nad morzem prześladują ich straszni piraci, w szkole upiorna bibliotekarka Matylda Bulwa, a w domu… W domu rodzice wychodzą z siebie, żeby w ogóle przeżyć, zupełnie jak w rodzinie niesfornych Jaśków” – tak pokrótce opisuje historię Wydawnictwo Znak, od którego dostaliśmy książkę do recenzji. Bardzo ładnie wydaną książkę – zacznijmy od pierwszego wrażenia. Twarda oprawa, czytelny projekt graficzny, zachęcające ilustracje trochę przypominające te z serii o Mikołajku. Do tego książka jest masywna – wydrukowano ją sporą czcionką, więc trzeba było sporo kartek, by wyczerpać całą historię. To wszystko idealnie leżałoby w rękach samodzielnie i w miarę sprawnie czytającego mniej więcej 9-latka.
My jednak takiego 9-latka będziemy mieli za jakieś trzy lata, a przecież tyle czasu na lekturę czekać nie będziemy. Maciek wprawdzie już czyta ale raczej krótką formę, w Bratkach ograniczył się do czytania tytułów rozdziałów. Resztę wzięliśmy na siebie my. Książka zagościła na kilka tygodni na liście wieczornych Maćkowych (i przy okazji naszych) lektur.
Pierwsza, piracka część była nieco straszna dla Maćka. W trakcie historii o lśniących przy brzegu zębach kapitana Kruka, który zdradzony przez majtka okrętowego poluje na skałach na 9-latków zdarzało mu się zakrywać uszy, czy chować się pod kołdrę. To oczywiście, nie przeszkadzało mu pytać się kilka dni potem, co było dalej…
Z drugą częścią poszło sprawniej. Legenda o Matyldzie Bulwie to historia stopniowego przekonywania się do genderowo niezbyt chłopięcego zajęcia, jakim jest czytanie książek, co Maciek na szczęście uwielbia. Mamy więc w niej pełną sztywnych i nudnych reguł bibliotekę, przerażającą bibliotekarkę Matyldę i z pozoru nieciekawe książki. Tymczasem, jak łatwo się domyśleć, pozory mylą…
Część trzecia to część z morałem. By zmęczony po całym dniu pracy rodzic się nie pogubił zbytnio w interpretacji, dla pewności słowo „morał” pada w niej kilka razy w kluczowych momentach. „Widzę, że jesteś z siebie zadowolony, Will. Czy już rozumiesz, czym jest morał w opowiadaniu?” – pyta mama pod koniec książki. „Tak – potwierdziłem. – Rozumiem”. Koniec historii, można iść spać, wszyscy zadowoleni.
„Bratki” to żywa opowieść, pełna psot i niecnych knowań, z rodzicami, którzy nie są posągami, ale próbują zarządzać tą całą menażerią gasząc pożary tam gdzie uda im się je dojrzeć. A także potrafią docenić talenty aktorskie swoich dzieci, jak tata, który „czasem wchodzi do pokoju specjalnie, żeby posłuchać, jak Marty na coś narzeka. Mówi wówczas, że Marty jest znacznie zabawniejszy niż wszystkie programy rozrywkowe w telewizji”.