
Bilet wstępu do muzeum kosztuje 15 USD, ale z kuponem (znowu polecamy Welcome Centers na granicach stanów) płacimy 13 USD od osoby. Dzieci wchodzą za darmo. Parking kosztuje 2 USD, niezależnie od tego czy się ciągnie za sobą przyczepę czy nie. Parking jest duży i w przewodnikach dla kamperowców piszą, że nawet dużym sprzętem można się tam wybrać bez obaw. Co więcej, okręt jest tuż przy autostradzie, więc nie trzeba się obawiać zbytnio lawirowania po mieście. My na zwiedzanie pojechaliśmy z przyczepą i nie było to traumatyczne przeżycie.
Pierwsze co rzuca się w oczy przy kupowaniu biletów to wyraźnie już odczuwalna „południowość”. Jak już parę osób nam powiedziało, Floryda to żadne południe USA. To głównie Kanada zmieszana z rodzimymi emerytami przyprawiona Orlando i kilka innymi rodzynkami nie pasującymi do tego ciasta. Prawdziwe południe zaczyna się w Alabamie. Jest duuużo bardziej gościnne, ale też ma powiew zbutwiałego nieporządku i chaosu. O ile na Florydzie wszystkie atrakcje (może poza Keys) były wymuskane, a giftshopy starannie przemyślane, tak pawilon przy wejściu na statek miał mocno zaniedbane toalety, sklep z pamiątkami pełen odpustowych zabawek dla dzieci, fast-foodową restaurację, która nie tylko serwowała fast-food, ale też wyglądała jak fast-food. Taki szok kulturowy najlepiej smakuje jak jednego dnia zrobi się Pensacolę, a drugiego właśnie Mobile.
USS Alabamę można zwiedzać chaotycznie (góra, dół, środek, stół! – jak mawiają Meksykanie w barze), albo trochę bardziej zorganizowanie – trzema zaproponowanymi trasami. Jedna skupia się na mieszkalnej części Alabamy, druga na maszynowniach, sterowniach i pokojach kontrolnych dla dział, a trzecia na wyższych pokładach. Niestety nie udało nam się wspiąć na górę, nie spojrzeliśmy z mostku na pokład. Po pokładzie w ogóle przebiegliśmy dość szybko, było zimno i lało. Plus tej pogody był taki, że statek był w miarę pusty. Pewnie jakbyśmy zamiast soboty wybrali na zwiedzanie dzień w środku tygodnia i nie mieli pecha w postaci wycieczki, to statek byłby nasz. Tak dzieliliśmy go z na tyle niewielką liczbą zwiedzających, że tylko czasem robiło się ciasno w wąskich korytarzach.
Statek robi ogromne wrażenie. Potężne działa kalibru 410 mm można oglądać z zewnątrz, można też zajrzeć do wewnątrz i to zarówno do pomieszczenia gdzie nimi sterowano, jak i do magazynu z amunicją i kolejnych pomieszczeń, którymi ona wędrowała. Atrapy pocisków są na statku, więc można docenić powagę sytuacji.
Ciekawe są też różne życiowe detale, np. fakt, że gabinety dentystyczne były wyposażone w rentgeny (zamiast robić z tego muzeum można je było przekazać jakiemuś polskiemu szpitalowi), kraniki z wodą na korytarzach wyglądały prawie dokładnie tak samo jak teraz, a na talerzach królowały te same marki: Coca-cola do picia, batoniki Nestle, płatki Kellogsa, itd.
Bardzo liczyliśmy na to, że Maciek będzie zafascynowany okrętem, ale nasze dziecko postanowiło dostosować się do pogody i marudziło ile wlezie. Niemniej jednak gorąco polecamy okręt, szczególnie dla starszych dzieci (i zupełnie dużych dzieci, takich jak my:). Zakamarków i miejsc do zgubienia jest sporo, ale jeśli utrzymać młodzież w zasięgu wzroku i pozwolić jej eksplorować korytarze, będzie miała z wycieczki dużo radości. Okręt jest swoją drogą ważnym punktem dla młodych harcerzy.
Zorganizowane wycieczki mogą na nim nocować, śpiąc na rozkładanych łóżkach zwykłych marynarzy (wyższe stopnie, chyba już nawet niektórzy podoficerowie mieli normalne łóżka z materacami).Maszynownia statku jest zaskakująco mała i klaustrofobiczna. Może to kwestia obrazu maszynowni z „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Tam jednak było trochę przestrzeni, bo trzeba było zrobić miejsce na węgiel. Tutaj też niby były turbiny parowe, ale paliwem była ropa. Nie trzeba było machać łopatą, nie potrzebna była duża ładownia.
Oprócz statku zwiedza się również hangar z samolotami, ale po Pensacoli ta wystawa nie może już zrobić wrażenia. Hangar jest nieduży, samolotów jest kilkanaście z najbardziej spektakularnym A-12, którego jednak jest pełno w różnych muzeach, więc pewnie i tak jeszcze na niego trafimy.
Łódź ma całkiem imponującą historię i pod względem zatopionych nieprzyjacielskich statków wylądowała na 8. miejscu amerykańskiej listy przebojów wszechczasów. Jest swoją drogą zaskakująco niewielka w środku, choć piszą te słowa osoby, które w życiu nie zwiedziły łodzi podwodnej.Ostatnim punktem naszej wycieczki była łódź podwodna USS Drum, po którymś kolejnym huraganie wyciągnięta na brzeg i postawiona na betonowych podporach. Na jej pokładzie poczuliśmy się jak w domu. Małe przestrzenie do złudzenia przypominają naszą przyczepę. Gdyby jeszcze Eddie miał wyrzutnie torped…
Na USS Drum można nawet na trochę utknąć, bo wąskie korytarze i strome schodki zdecydowanie nie były robione pod przeciętnego współczesnego Amerykanina. Warto więc (nomen omen) uzbroić się w cierpliwość i na przykład podziwiać wojenną twórczość Walta Disney’a, który poza rozbawianiem dzieci podtrzymywał też wojenny zapał w narodzie.