
Tak nam się w tych Stanach spodobało, że najważniejsze amerykańskie święto postanowiliśmy uczcić specjalnie. Mamy oczywiście na myśli 4 lipca, czyli Międzynarodowy Dzień Hot-doga! A nie, to nie to… Jak to się nazywało? Dzień Niepodległości! Mieliśmy co prawda zaproszenie na rodzinną imprezę w Chicago i pewnie parada też była zacna, ale skoro byliśmy niedaleko Waszyngtonu, to dlaczego nie pojechać na fajerwerki do stolicy?
Z Waszyngtonem nie do końca wyszło nam tak, jak planowaliśmy. Nocowaliśmy pod Towsend w Delaware i chcieliśmy się zatrzymać w stolicy po drodze do Chicago, skąd niedługo mieliśmy wracać do Polski po sześciu miesiącach w podróży. W ten sposób nie musielibyśmy robić 160 km w jedną i drugą stronę. Kilkadziesiąt dolarów za benzynę, płatny most i 4 godziny w samochodzie.
Liczyliśmy na to, że uda nam się przenocować u kogoś znajomego, albo chociaż znajomego znajomego, ale jak na złość wszystkie znajomości zawiodły. Próbowaliśmy couchsurfingu – też nie wyszło, może dlatego, że wybraliśmy taką a nie inną datę i wszyscy, którzy odpowiedzieli na nasze wiadomości tłumaczyli się, że albo już kogoś goszczą albo odwiedzają lub przyjmują rodzinę. Z motelami nie próbowaliśmy, bo byliśmy zrażeni doświadczeniami z Minnesoty i spodziewaliśmy się wszędzie świątecznych tłumów, a i tak chwilowo mieliśmy moteli dosyć. Eh, gdybyśmy mieli jeszcze przyczepę, ale tą sprzedaliśmy przecież miesiąc wcześniej w Południowej Dakocie.
W końcu postanowiliśmy pojechać do Waszyngtonu na jednodniową wycieczkę i wrócić potem do Delaware. Przynajmniej spędzimy jeszcze parę godzin z Malcolmem. Najbardziej żal nam było couchsurfingu. Ale wkrótce potem okazało się, że do trzech razy sztuka, nie udało się w drodze z Południowej Dakoty do Chicago, nie udało się w Waszyngtonie, ale za kilka dni mieliśmy przeżyć nasze pierwsze rodzinne couchsurfingowe doświadczenie w Ohio.
Afroamerykański Waszyngton
Obawiając się czwartolipcowych korków postanowiliśmy zaparkować kawałek od centrum. Wybraliśmy parking przy stacji metra Minnesota Avenue na pomarańczowej linii, jakieś 5 przystanków od Kapitolu. Waszyngton jest zdominowany przez Afroamerykanów. Choć to nie jest najlepszy opis, jeśli chodzi o amerykańskie miasta, gdzie linie podziału między etnicznymi dzielnicami są bardzo jasno określone. A więc po prostu „czarna dzielnica” jest trochę większa od „białej dzielnicy” i właśnie tam znaleźliśmy tani parking.
Okolica dokładnie taka, jak można było się spodziewać, przynajmniej bazując na stereotypach. Dwu-trzy piętrowe małe bloki, na trawnikach przyniesione kanapy, rozpalały się pierwsze przedpołudniowe grille, z okien leci hip-hop a impreza z okazji 4 lipca wylewa się powoli na podwórka. Na sporym, piętrowym parkingu oprócz nas zaparkowały jeszcze może ze trzy samochody… Było nam trochę żal, że praktycznie tylko my płacimy za tą przyjemność, ale, jak się później okazało, z okazji świąt parking był darmowy. Spakowaliśmy się na cały dzień, przeszliśmy na stację orientując się, że jesteśmy jedynymi białymi twarzami w okolicy, kupiliśmy bilety, wsiedliśmy do metra i nadal kontrastując kolorem skóry z otoczeniem ruszyliśmy na podbój stolicy.
Jak się zwiedza Waszyngton 4 lipca?
Dzień Niepodległości to nie jest najlepszy dzień na zwiedzanie Waszyngtonu. Choć może właściwie nie. 4 lipca to ciekawy dzień na zwiedzanie Waszyngtonu. Przede wszystkim można zapomnieć, że gdziekolwiek wejdziemy. Wszystkie instytucje są zamknięte, co ważniejsze dodatkowo otoczone kordonem policji. Niebiescy są na każdym rogu. Dodatkowo część ulic jest zamknięta w dość przekonujący sposób: dwoma zestawionymi ze sobą autobusami. Oczami wyobraźni (i na szczęście tylko wyobraźni) można zobaczyć taranującego je Bruce’a Willisa, czy innego hollywoodzkiego niszczyciela mienia publicznego.
W Waszyngtonie bardziej niż na nerwowe bieganie od ważnego budynku do ważnego budynku nastawiliśmy się na spacer po National Mall i wieczorne fajerwerki. Zupełnie darowaliśmy sobie drugi brzeg rzeki Potomak, czyli przede wszystkim Pentagon i cmentarz Airlington. O wszystkich fantastycznych waszyngtońskich muzeach mogliśmy sobie co najwyżej poczytać. Większość z nich nadzoruje Instytut Smithsona, który znajduje się przy samym National Mall.
Spacerując po National Mall minęliśmy po drodze kilka z nadzorowanych przez Instytut obiektów, jak na przykład Muzeum Historii Naturalnej czy Narodowe Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej. Jeśli chodzi o kosmos i Waszyngton, to plujemy sobie w brody, bo dopiero kilka dni później zorientowaliśmy się, że przegapiliśmy jedno miejsce, którego przegapić się nie powinno. Nie jest w mieście, a kilkadziesiąt mil za nim, przy trasie którą jechaliśmy potem do Chicago. W Chantilly (tym pensylwańskim, nie podparyskim) stoi od jakiegoś czasu wahadłowiec Discovery. Mogliśmy się tam zatrzymać na kilka godzin i w końcu zobaczyć to cudo techniki. Ale się nie zorientowaliśmy…
A 4 lipca pozostały nam spacery. Podeszliśmy pod Pomnik Waszyngtona, który po trzęsieniu ziemi od ponad 2 lat pozostaje zamknięty dla publiczności i otoczony metalową konstrukcją nadal jest w remoncie. Potem, kiedy już wieczorem czekaliśmy na pokaz fajerwerków, widok tego pomnika przyprawiał nas o dreszcze. Widzieliśmy go z dość dużej odległości, tak że mieliśmy za nim pobliskie lotnisko. Samoloty schodzące do lądowania wyglądały jakby celowały w pomnik i co chwila się za nim chowały. Żeby było jeszcze dziwniej to widzieliśmy to w takiej skali, jakby pomnik był wieżowcem, a samoloty odpowiadały mu wielkością. Wyglądało to naprawdę przerażająco. Całkiem już smukły i odległy pomnik i dobrze widoczne, lecące dość blisko i całkiem nisko samoloty… Dziwne doświadczenie.
Waszyngton dla muzealnych fanatyków i galerianek (fanek galerii w muzeach) musi być prawdziwym rajem. Oprócz wspomnianych wyżej placówek są jeszcze na przykład Narodowe Muzeum Sztuki Afrykańskiej, Narodowe Muzeum Historii Amerykańskiej, Narodowe Muzeum Indian Amerykańskich, czyli wszystko co trzeba zrobić, by w imię politycznej poprawności nikt nie był urażony. Święcie wierzymy, że do Waszyngtonu jeszcze wrócimy na kilka dni i na spokojnie wszystko obskoczymy. Nawet pomnik Kościuszki, pod który nie dotarliśmy, za co nam się potem mocno dostało od jakiegoś bardzo patriotycznie nastawionego czytelnika naszego bloga.
Nie mogło zabraknąć obowiązkowego zdjęcia pod Białym Domem, jak już przepchnęliśmy się przez tłumy marzące o tym samym… Aż szkoda, że warszawski Belweder nie jest bardziej popularny, bo zdecydowanie nie ustępuje urodą. A może nie o urodę tu chodzi, a bardziej o bliskość współczesnego centrum zarządzania światem.
Po kilku godzinach spacerów w tłumie mieliśmy już dosyć. Postanowiliśmy coś zjeść na międzynarodowym festynie na National Mall i poczekać na fajerwerki. Decyzja była tym prostsza, że Maciek od spacerów dostał gorączki i zastosował strajk okupacyjny miejsca, w którym akurat stał. Wybraliśmy więc węgierskie stoisko, zamówiliśmy gulasz i sałatkę (niezbyt poprawnie politycznie w Światowy Dzień Hot-doga), daliśmy się złapać na piwne ograniczenia (piwo było do godz. 18, my podeszliśmy do kasy o godz. 18.05) i zalegliśmy na trawie.
Mieliśmy trzy godziny do fajerwerków i niezbyt mobilne dzieci, więc mogliśmy rozkoszować się słodkim lenistwem na kocu. Mimo że do fajerwerków pozostało jeszcze tyle czasu, nie tak łatwo było znaleźć dobre miejsce. Zalegliśmy w końcu gdzieś w połowie drogi między Kapitolem a Pomnikiem Waszyngtona. My przysypialiśmy na kocu, a Kalina zaprzyjaźniała się z sąsiadami.
W końcu po godz. 21 zaczęły się fajerwerki. Byliśmy już w życiu na kilku naprawdę niezłych pokazach, ale ten przebił wszystkie, które do tej pory widzieliśmy. To było prawie pół godziny ferii kolorów, kręcących się efektownych komet, wybuchających napisów USA (co oczywiście wzbudzało niesamowity aplauz). Kalina patrzyła zafascynowana, a Maciek nie przestawał machać amerykańską flagą i klaskać. American Dream w czystej postaci. Te 30 minut wystarczyło, by uznać, że warto było odwiedzić Waszyngton 4 lipca, odkładając wizyty w muzeach i bliskie spotkanie z Kapitolem, Pentagonem i innymi centrami światowego rządu na kolejny raz.
Po fajerwerkach nikt nie zasypiał gruszek w popiele. Po oklaskach wszyscy na trzy-cztery wstali i posłusznie ruszyli w stronę metra. My, mając przed sobą jeszcze 2 godziny drogi, oczywiście też. No i ostro kombinując i tak wpakowaliśmy się w korki. Nie samochodowe, ale metrowe. W kolejce do windy spędziliśmy pół godziny. Swoje odczekaliśmy jeszcze na antresoli czekając na możliwość zejścia na peron.
Z jakiegoś dziwnego powodu Amerykanie ze wszystkimi ograniczeniami i środkami bezpieczeństwa oraz ciągłą fobią ataków terrorystycznych potrafią sobie poradzić z tłumem i rozwieźć je po dużej imprezie metrem. Tymczasem w Warszawie po meczach na Stadionie Narodowym nie tylko zamyka się stację o tej samej nazwie (kolejową i metra), ale jeszcze nierzadko most z tramwajami i autobusami, żeby „było bezpieczniej”.
Dzięki temu, że zaparkowaliśmy dość daleko od centrum i wybraliśmy metro, ominęliśmy samochodowe korki i całkiem sprawnie wydostaliśmy się z miasta. Straciliśmy tylko kilka minut próbując (mimo podniesionego szlabanu) zapłacić za parking zanim uwierzyliśmy, że faktycznie był darmowy. Tacy się zrobiliśmy uczciwi!
Jadąc w obie strony przejechaliśmy przez kolejny fantastyczny most, znów naj- swego czasu, na szczęście tym razem nie płacąc – Malcolm pożyczył nam swojego e-passa, na którym zaoszczędziliśmy całe 6 USD. Ten most to 7-kilometrowy William Preston Lane Jr. Memorial Bridge, potocznie Chesapeake Bay Bridge lub po prostu Bay Bridge. W 1952 roku, kiedy go zbudowano był najdłuższą ciągłą strukturą stalową nad wodą na świecie. Teraz jest po prostu kolejnym robiącym wrażenie mostem.
I na koniec ciekawostka. Jeśli jedziecie z Waszyngtonu do Delaware, a cierpicie na gefyrofobię (paniczny strach przed mostami) i nie chce wam się odbijać za daleko na północ, by ominąć zatokę, bądźcie spokojni. Stanowa instytucja zarządzająca mostem postarała się o transport również dla gefyrofobów. Za jedyne 30 USD przewiezie was promem wzdłuż mostu. Wzruszająca troska o wszystkich kierowców z fobiami.