Rezerwat prządki

Lubicie skałki? My bardzo, a Maciek i Kalina jeszcze bardziej. Ścieżka prowadząca przez las pomiędzy okazałymi głazami, na które można się wspinać, to takie miejsce, gdzie nieprędko usłyszycie znudzone „Daleko jeszcze?”. A jeśli na takich samych skałkach zbudowano zamek pełen tajemnic, to mamy przepis na naprawdę udany dzień. Takie właśnie jest Pogórze Dynowskie.

Zacznijmy od skałek, bo te zdecydowanie wygrały u młodszej części ośmiostopowej ekipy w rankingu atrakcji Pogórza Dynowskiego. Najciekawszym i najłatwiej dostępnym zespołem ostańców w tym regionie jest Rezerwat Prządki. Znaleźć go nie jest trudno, a i na szczęście jeśli chodzi o parkowanie, to mamy kilka opcji. My zaparkowaliśmy na niewielkim darmowym parkingu przy Rezerwacie Prządki przy drodze 991. Mimo że pogoda była piękna a ludzi sporo, znaleźliśmy miejsce bez większego problemu.

Gdybyście jednak nie mieli tyle szczęścia co my, możecie próbować zaparkować na zachodnim krańcu czarnego szlaku prowadzącego od Zamku Kamieniec przez rezerwat Prządki daleko na północ na zalesione szczyty Pogórza Dynowskiego. Pod Zamkiem można albo zaparkować wzdłuż drogi, albo na płatnym parkingu przy restauracji Mocium Panie. Ostatnią i chyba najłatwiejszą opcją parkingową jest parking na przy rezerwacie od wschodniej strony opisany na mapach jako główny parking Rezerwatu Prządki. Od tej bazy wypadowej do Rezerwatu dzieli was ledwie kilkaset metrów a przy wyprawie do Zamku musicie się liczyć z prawie 3-km spacerem w jedną stronę.

Rezerwat Prządki, czyli skacząc po skałkach

Powierzchnia Rezerwatu Prządki to 13,62 hektara, jednak większość turystów odchodzi zaledwie kilkaset metrów od parkingu. Jeśli wierzyć wyszukiwarce google’a ludzie spędzają tu około 45 minut. Ma to sens, jeśli wybieracie się tam bez dzieci i nie macie w sercu wewnętrznej koziczki. A skałek po drodze jest wiele, i z punktu widzenia małolatów absolutnie każda zasługuje na żeby się na nią wdrapać i zrobić sobie na niej zdjęcie.

Musimy przyznać, że wspinaczka sprawiła sporo frajdy nie tylko młodszej części ekipy, więc po tym jak już obejrzeliśmy z każdej strony Prządkę Matkę, Prządkę Babę, Zbója Madeja i Herszta, poszliśmy dalej. Gdy zostawiliśmy w tyle ostańce, ludzi, harmider a także śmieci, których niestety wcześniej trochę było, zrobiło się naprawdę przyjemnie. Można sobie przysiąść na kamieniu czy zwalonym drzewie, powygrzewać w słońcu i posłuchać śpiewu ptaków. Ba, wystarczyło położyć się cicho na skałach, by po chwili usłyszeć miarowe stukanie dzięcioła i dostrzec go wysoko nad głową. I tak, jak zwykle, spacer zajął nam grubo ponad dwie godziny, a więc zdecydowanie więcej niż statystycznemu turyście.

Jak już wspomnieliśmy, czarny szlak prowadzi nie tylko od Zamku Kamieniec w Odrzykoniu do Rezerwatu Prządki, ale idzie dalej przez Pogórze Dynowskie. Przy wejściu do Rezerwatu tablice pokazywały że na Suchą Górę (najwyższy szczyt Pogórza Dynowskiego – 592 m n.p.m.) są dwie, a do Węglówki trzy godziny marszu. My jednak nie doszliśmy nawet do Czarnorzek, gdzie znajdziecie wspomniany wcześniej „główny” parking. Przez te ponad dwie godziny przeszliśmy może 2-3 kilometry. Drugie tyle pewnie zrobiliśmy krążąc góra-dół po skałkach.

Pogórze Dynowskie. Rezerwat Prządki

Rezerwat Prządki

Skąd nazwa rezerwatu? Jedna z wielu legend związanych z tym miejscem głosi, że trzy dziewczyny rywalizowały o względy młodzieńca. Uzgodniły, że zwycięży ta, która uprzędzie najszybciej i najpiękniej nici na ślubną suknię. Tak były skupione na swoim celu, że w Wielkanoc zamiast udać się na nabożeństwo, schowały się w lesie nie chcąc przerywać pracy, jednak gdy rozległ się dzwon kościelny zamieniły się w głazy. 

Rzeczywistość jest oczywiście dużo bardziej skomplikowana. Prządki zbudowane są z piaskowców ciężkowickich, które powstały w dolnym eocenie, czyli 35-55 milionów lat temu. Kształt nadała im erozja eoliczna, czyli wyrzeźbił je wiatr. Ich charakterystyczną cechą jest obecność małych nieregularnych zagłębień na powierzchni, powstałych prawdopodobnie w wyniku różnej odporności spoiwa na wietrzenie chemiczne i mechaniczne. Ostańce mają od kilku do nawet 20-30 metrów wysokości i są skupione w czterech grupach nazwanych kolejno: Prządka Baba, Zbój Madej, Herszt i Prządka Matka. Rezerwat został objęty ochroną w 1957 roku z inicjatywy między innymi geologa Henryka Świdzińskiego, którego upamiętniono w 2009 roku nadając rezerwatowi jego imię. Gdyby nazywał się jak nasz kolega ze studiów – Prządka, można by pozostać po prostu przy nazwie Rezerwat Prządki. Ale że profesor takiego szczęścia nie miał, to oficjalna nazwa skałkowej krainy brzmi teraz Rezerwat Prządki im. prof. Henryka Świdzińskiego

Zamek Kamieniec w Odrzykoniu (i Korczynie)

Nie każdemu zapewne z moich braci wiadomo, że Podgórze galicyjskie ukrywa miejsca najpiękniejsze w Polsce; trochę więcej oświaty, trochę więcej dobrego bytu między mieszkańcami, korzystniejsze cokolwiek położenie względem innych krain, a miałoby niepoślednią w Europie głośność. Obwód jasielski, a mianowicie brzegi Wisłoka od jego źródła aż do Pilzna, odznaczają się już fizjognomią tej krainy. Najwydatniejszym jednak rysem okolic Krosna, najmocniej pociągającym ku sobie moje oczy i serce, były zwaliska zamku odrzykońskiego. /Król zamczyska, Seweryn Goszczyński/

Zaledwie 2 kilometry szosą lub 30 minut/1,5 km czarnym szlakiem od parkingu, na którym zaparkowaliśmy znajduje się Zamek Kamieniec. My z jakiegoś niezrozumiałego powodu (może z lenistwa, a może upał nas pokonał), zdecydowaliśmy się na wizytę najpierw w zamku a potem w Prządkach i przejazd między nimi samochodem. Jednak jeśli macie czas, to wędrówka z Prządek do Zamku lub odwrotnie jest podobno bardzo przyjemna. Po drodze mija się las wyżynny, cmentarzysko kurhanowe, grodzisko, grzędę skalną „Sokolec”, z której widać ruiny zamku, dolinę potoku Morcinek i młodniki modrzewiowe i świerkowe. Kolejna nauczka, by lekcję o danym miejscu porządnie odrabiać przed wyprawą, a nie przy okazji pisania wpisu na bloga.

Pogórze Dynowskie. Zamek Kamieniec

Zamek Kamieniec

Sam zamek, mimo że jest malowniczo położony, nie jest ani łatwy w odbiorze, ani do zwiedzania. Zresztą na kartach polskiej literatury jego mieszkańcy też nie byli zbyt szczęśliwi z miejsca, w którym przyszło im mieszkać:

Cześnik
Tu mieszkamy jakby sowy;
Lecz co gorsza, że połowy
Drugiej zamku – czart dziedzicem. /Zemsta, Aleksander Fredro/

Sam Fredro w zamku nie zamieszkał. Został jego właścicielem w 1829 roku dzięki małżeństwu z Zofią Jabłonowską. Zamek od kilku dekad chylił się już wtedy ku upadkowi. Organizowano w nim jeszcze potem różne wydarzenia. Miał też swojego szalonego rezydenta, ale już wtedy nie planowano raczej, by podnieść go z ruin. Bycie romantyczną ruiną miało stać się jego ostatnim zadaniem.

Od strategicznej warowni do romantycznej ruiny

A tych po drodze miał sporo. Pierwsze wzmianki o warowni na górze Kamieniec pochodzą z połowy XIV wieku. Właścicielem zamku jest wtedy król Kazimierz Wielki. Ale piaskowe wzniesienie z dramatycznymi skałami okoliczni mieszkańcy docenili znacznie wcześniej. Prawdopodobnie około IX wieku istniało tu miejsce kultu pogańskiego; z czasem zbudowano gród, a później drewniany zamek zniszczony przez Tatarów w XIII wieku.

Podstawową rolą zamku przez wieki jest kontrola nad szlakiem handlowym z Węgier do Polski. Początkowo bezpośrednią władzę sprawowali nad nim królowie, ale już pod koniec XIV wieku Władysław Łokietek (bywał na Zamku Kamieniec) decyduje się przekazać zamek podkanclerzemu Klemensowi z Moskarzewa z rycerskiego rodu Pilawitów. Ten za swojego życia czyni z niego potężną rezydencję obronną: rozbudowuje Wysoki Zamek, buduje zupełnie nowy Zamek Średni i zakłada Podzamcze Odrzykońskie. Kamieniec jest na tyle istotny dla wnuków Klemensa, że decydują się oni przyjąć nazwisko Kamienieccy. Ród rośnie w siłę obejmując kluczowe stanowiska w państwie. Dość powiedzieć, że pierwszym hetmanem wielkim koronnym zostaje w 1502 roku Mikołaj Kamienicki, a jego młodszy brat – kolejny hetman wielki koronny udzielił w zamku schronienia węgierskiemu królowi Janowi Zapoyli.

Za życia Mikołaja Kamienickiego historia zamku się nieco komplikuje. W 1512 roku zostaje dobudowane Przedzamcze Korczyńskie, które staje się oddzielnym zamkiem kilka lat później po podziale majątków między braci Kamienieckich. W 1530 roku Zamek Korczyński przejmuje Seweryn Boner. To w sumie jego porażka, bo wcześniej próbował za długi przejąć cały zamek. Kolejnymi właścicielami zamku na wiele lat zostają Firlejowie. Zamek Wysoki od roku 1599 ma wielu właściciel: Stadnickich, Skotnickich, znów Stanickich, Scypionów del Campo i wielu innych…

Gdzie Cześnik z Rejentem…

Zamek dalej odgrywa bardzo ważną rolę obronną. Kolejni właściciele utrzymują go w dobrym stanie, remontują, rozbudowują. A potem przychodzi Potop, zamek niestety podziela smutny los całej Rzeczpospolitej i upada pod szwedzkim atakiem. Zamek zostaje zdobyty po zaciętej obronie i doznaje poważnych zniszczeń. Kolejni właściciele próbują go jeszcze remontować i utrzymywać w jako takim porządku, ale traci on ostatecznie swoją rolę i jakiekolwiek znaczenie. W wiek XVIII wkracza jako romantyczna ruina. Wtedy też z kart wojennej historii przenosi się na karty literatury i płótna malarskie.

Pogórze Dynowskie. Zamek Kamieniec

Kalina w zamku Kamieniec

Jego potencjał literacki jako pierwszy odkrywa Aleksander Fredro. Przeglądając kroniki zamku, który małżonka wniosła mu we wianie natrafia na historię wieloletniego sporu Piotr Firleja z Janem Skotnickim. Sporu, któremu kresu nie położył nawet wyrok sądowy, a zakończył go dopiero ślub zawarty w 1630 roku przez Mikołaja Firleja z Zofią Skotnicką. Kto zaczął? Trudno powiedzieć. Skotnicki, mniej majętny i ze słabszymi tytułami niż Firlej pojawia się na zamku w 1605 roku. Panowie chyba od razu się nie polubili, bo już rok później toczą spory sądowe. Skotnicki domaga się prawa do korzystania ze studni i wycięcia części drzew. Firlej oponuje. Skotnicki rozpoczyna remont Wysokiego Zamku, odnawia między innymi kaplicę, a przy okazji kieruje rynny tak, że woda po deszczu zalewa dolny zamek. Jak to było w innym wierszu Fredry? „Ależ Mospanie, mnie kapie po głowie!”.

Firlej niszczy rury i napada na pracujących na zamku robotników. Skotnicki podaje go za to do sądu i wygrywa. No może nie wygrywa, bo uzyskuje co prawda korzystny wyrok, ale osądzony nie zamierza się mu poddać. To akurat się w Rzeczpospolitej nie zmieniło. Spór kończy dopiero małżeństwo. Wtedy się udało, szkoda, że teraz nie wszyscy obecni wrogowie mają dzieci, które mogą się w sobie zakochać i zakończyć spory.

Pogórze Dynowskie: wśród zamków i skał

Król zamczyska

Podobno współcześni Fredrze odbiorcy sztuki odczytywali ją inaczej niż my. Nie jako satyrę na obłudę szlachty i jej upadek, ale tęsknotę za dawnymi czasami. Seweryn Goszczyński miał zarzucać Fredrze wstecznictwo. Zamek Kamieniec odwiedził kilka lat potem i poznał wtedy mieszkającego w nim ekscentryka, niejakiego Machnickiego tytułującego się Królem Odrzykońskim. Z tego spotkania powstała powieść „Król zamczyska”. To chyba odpowiedź Goszczyńskiego na żarty i żarciki Fredry, który swoją „Zemstę” napisał dwa lata po Powstaniu Listopadowym, w czasie, gdy ojczyzna wchodziła w najczarniejszy dla niej okres. Na kartach powieści można odnaleźć liczne odwołania do sytuacji porozbiorowej, a także motywy mesjanistyczne. Odrzykoński zamek to alegoria Polski, choć już podupadły, wciąż owiany chwałą.

W 1860 roku zamek i jego „króla” maluje Jan Matejko, a wkrótce potem opieką konserwatorską otacza go Konserwator Galicji Wschodniej Mieczysław Potocki. Jego działania mają zabezpieczyć zamek, co oczywiście jest tylko teorią, bo okoliczni mieszkańcy doceniają tutejszy kamień budowlany a krakowskie urzędy są dość daleko. Zamek staje się więc „świadectwem przywołującym przeszłość”, a w praktyce coraz bardziej przydaje się do budowania przyszłości – domów czy stodół w okolicy. Jako coraz mniej romantyczna, a bardziej ruina przetrwał dożywa czasów PRL. W latach 50-tych w końcu zaczynają się przy nim prawdziwe prace zabezpieczające i archeologiczne. Zdecydowano się przy tym częściowo zrekonstruować zewnętrze mury, by stanowiły, jak to mury, naturalne zamknięcie zamku i ochronę przed wandalami. Zadbano także o dojazd i obsługę turystów.

Na zmianie ustroju Zamek Kamieniec przegrał. Prace wstrzymano, a kiedy chciano je wznowić okazało się, że kapitalizm, jak zręczny archeolog odkopał jeszcze jeden fakt z przeszłości – granicę, która biegła po murze oddzielającym zamki – pozwolenia, koszty i inne administracyjne bolączki nagle zaczęły dzielić dwie gminy, a to zazwyczaj rodzi same kłopoty. Wybrnięto z tego kapitalistycznie, czyli ostatecznie zamek trafił w całości w ręce jednego prywatnego właściciela. Ten kontynuował prace archeologiczne i budowlane. Dzięki tym pierwszym udało się wydobyć sporo artefaktów z przeszłości. Co do tych drugich, to mamy wątpliwości. W zamku czuliśmy się jak na placu budowy, raziły nas dachy kryte współczesną blachą.

Co też ciekawe, i jakże symboliczne, graniczny mur w Zamku Kamieniec przez lata pokrył się ziemią. By go „sprzedać” turystom, trzeba było się całkiem mocno postarać. Skrywała go bowiem gruba warstwa ziemi. Mur odkopano i w dużej mierze zrekonstruowano. Teraz dzieli jak kiedyś dzielił i można go odnosić do współczesności.

Pogórze Dynowskie. Zamek Kamieniec

Zamek Kamieniec

Zamek Kamieniec – czego nie przegapić

  • Zamek jest co prawda otwarty tylko do godz. 18.30, ale jeśli zawędrujecie pod jego mury po zmroku, to wyglądajcie ducha Małej Pani. Karlica Kasia była dwórką jednej z właścicielek Kamieńca – żony wojewody Barbary Kamienieckiej. Lubiana przez panią Kasia była bardzo często zabierana dwór królewski do Krakowa. Tak przypadła do gustu królowej Bonie, że pozostała na krakowskim dworze, a nawet poślubiła karła Kornelka. Z czasem para została oddana jako dar cesarzowi Karolowi V i wyjechała do Hiszpanii, gdzie ponoć Kasia zmarła z tęsknoty za ojczyzną i Odrzykoniem. Dlatego też po śmierci odziana w zieloną suknię regularnie odwiedza swój ukochany zamek, płosząc – jak mówią – konie pasące się u stóp warowni. Ponoć pierwszą osobą, która zobaczyła zjawę, miała być sama Barbara Kamieniecka, która nie wiedziała o śmierci dawnej dwórki.
  • Zobaczcie popiersie Tadeusza Kościuszki dłuta rzeźbiarza Andrzeja Lenika, które w 1894 roku w stulecie insurekcji kościuszkowskiej na zamówienie gminy odrzykońskiej ustawiono na Zamku Wysokim.
  • Koniecznie przejdźcie się ścieżką edukacyjną dookoła ruin. Nie zawsze jest łatwo, ale zarówno skałki, jak i widok zamku wcinającego się w piaskowiec robią wrażenie.

Szczerze mówić (czy też pisząc), to właśnie spacer wokół murów zamku, gdzie mieliśmy przedsmak tego co czekało nas potem w Prządkach wydał nam się najprzyjemniejszy. Odwracając kolejność i dochodząc do zamku po wizycie w rezerwacie, pewnie ma się większy głód historii i kultury.

A skąd w ogóle nazwa Odrzykoń? Według legendy w dawnych czasach, jeszcze przed budową murowanego zamku, w drewnianej warowni mieszkał okrutny rozbójnik, który lubił tratować przeciwników swym wierzchowcem. Okoliczni mieszkańcy, zmęczeni wyczynami okrutnikami w końcu spalili jego siedzibę. Rozbójnik zginął w pożarze, a jego konia dodatkowo za karę obdarto żywcem ze skóry. Stąd nazwa – Odrzykoń.

Zamek Kamieniec
Podzamcze, Korczyna/Odrzykoń
Godz. otwarcia: 9.30 – 18.30 (w weekendy do 19)
Wstęp płatny: 5 PLN. Brak płatności kartą.

Grupa Skałek w Lesie Pałki

Macie niedosyt skałek i lasu? To świetnie, bo na Pogórzu Dynowskim macie ich pod dostatkiem. Przedstawimy Wam jeszcze dwa ostańce. Pierwszy to Konfederatka, malownicza skała nazwana na cześć nakrycia głowy konfederatów barskich, choć nam z jakiegoś powodu nasunęła skojarzenia bardziej stomatologiczne. Druga to Maczuga. Jeśli jednak jesteście wytrwali, to możecie w lesie wyszukać kolejne trzynaście.

Las Pałki znajdziecie kilka kilometrów na wschód od Rezerwatu Prządki w okolicach krajowej „19”. Nas ściągnęła tam przede wszystkim konfederatka. Poczytaliśmy sobie co prawda jak do niej dojść i wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie, ale na zdjęciach wyglądała tak niezwykle, że podjęliśmy się wyzwania. Poza tym niedostępność konfederatki gwarantowała samotną wycieczkę, a to dla nas duży plus:)

Według legendy konfederatka to niedźwiedzica, która grasowała w tych okolicach, siejąc strach wśród mieszkańców Woli Komborskiej, aż do czasu, kiedy dobry czarownik zamienił ją w skałę. Według bardziej racjonalnych teorii to oszczędzony twardzielec, pozostały z czasów, kiedy pozyskiwano tu kamień. Nie jest do niej łatwo trafić. My skręciliśmy z krajowej „19” na drogę lokalną na Działy. Dojechaliśmy do pierwszych zabudowań i zaparkowaliśmy przy stacji transformatorowej, jak nam podpowiadał opis drogi w internecie. A potem pogubiliśmy się w lesie. Z powrotem było za to łatwiej, więc opowiemy od końca.

Należy przejść obok domu z drewnianym poddaszem, białym wymurowanym parterem i anteną satelitarną i podążyć z linią niskiego napięcia w głąb lasu. Ponieważ to przejście prawie pod oknami domu, to warto poprosić domowników o pozwolenie. Po jakichś 300 metrach dojdzie się do głębokiem V-kształtnej doliny. Po jej drugiej stronie na północny-wchód dość wysoko na wzgórzu można dostrzec charakterystyczny kształt Konfederatki. Jej lokalizacja odpowiada mniej więcej temu wskazaniu na mapie Google’a.

Konfederatka była zdecydowanie warta wysiłku. Co więcej, okazało się, że jej znalezienie było tylko przygrywką do poszukiwań drugiej ze skał – Maczugi. Dojście do niej było zdecydowanie większym wyzwaniem, a na końcu okazało się, że wprawdzie spacerek przez las zawsze w cenie, ale sama skała po Prządkach już specjalnie wrażenia nie robi. O ile Konfederatka kusiła nietypowym kształtem, o tyle takich maczug już kilka tego dnia widzieliśmy.

Las Pałki, skały wokół Krosna

Maczuga

Do Maczugi dojechaliśmy skręcając z „19” do nieużywanej chyba już żwirowni. Mapa google’a pokazuje, że skała znajduje się w lesie, ledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie można zaparkować samochód. Problem w tym, że wszędzie naokoło są krzaki, a jedyna droga prowadzi w zupełnie innym kierunku. I znowu, nachodziliśmy się dookoła, a należy się nie przejmować i przeć do przodu na azymut. Wystarczy znaleźć przebicie przez krzaki w północnej części żwirowni (z lekkim odchyleniem na wschód) i szybko można znaleźć ścieżkę prowadzącą u podnóża wzniesienia z maczugą. Samo dojście do niej to już krótka, ale ostra wspinaczka przez rzadki sosnowy las. I jak już pisaliśmy, tu zdecydowanie większą satysfakcję budzi pionierskie przejście przez las niż sama skała.

Wodospad trzy wody

Ostatnim miejscem, gdzie bardzo chcieliśmy dotrzeć, ale nie daliśmy rady, jest wodospad Trzy Wody niedaleko wsi Kombornia (kilometr przez las od tego miejsca). Jak można wyczytać u Hanny i Romana Reszelów w opracowaniu „Pomniki przyrody nieożywionej Zespołu Karpackich Parków Krajobrazowych”, gdzie znaleźliśmy też informacje o skałkach w lesie Pałki:

Tu, w V-kształtnej dolinie porośniętej zwartym drzewostanem głównie jodłowo-bukowym, odsłonięciu uległ stromy próg utworzony z gruboławicowych zlepieńcowatych piaskowców ciężkowickich, które powstały w eocenie, 56-34 mln lat temu. Ma wysokość 6,5 m, u góry szerokość 2 m, a dołem 8-10 m. Sprawia wrażenie zbudowanego z wielkich, wygładzonych, skośnie ułożonych bloków, dlatego że został wypreparowany w trzech ławicach. Spływa z niego woda łączących się powyżej trzech okresowych cieków (stąd jego nazwa), ale intensywność przepływu jest bardzo zmienna. Po ulewnych deszczach lub wiosennych roztopach, wygląda okazale, natomiast w czasie suszy wodospad „zamiera”.
Reszlowie wspominają jeszcze o ukrytej w lesie grupy urokliwych Zaginionych Skałek, „wynurzających się z północnego, bardzo stromego grzbietu, na długości ok. 200 m. Składają się z trzech zasadniczych części, z których najbardziej efektowną planuje się objąć ochroną pomnikową, o czym informuje tablica Przystanku 1. Najwyższa jest pierwsza skała, ma 7 m wysokości i długość 18 m. Góruje nad wąska ścieżką od strony stoku ogrodzoną żerdziami. Około 75 m dalej znajduje się kolejna wychodnia długości 30 m i wysokości 4 m, z przewieszonym okapem. Idąc mniej więcej 80 m dalej spotykamy poniżej poziomu ścieżki trzeci – 20-metrowy ciąg skałek także dochodzących do 4 m wysokości”.

Zachęcamy gorąco do zapoznania się ze wspomnianym wyżej opracowaniem i poszukiwaniami ciekawych skał na własną rękę. Nie zawsze jest to łatwe, o niektóre ścieżki się dba, część zanika, nowe wydeptują turyści na własną rękę, czy też nogę. Ale, jak często podkreślamy, nie zawsze meta jest celem. Czasem może stać się nim samo poszukiwanie, a spacer w lesie jest nagrodą samą w sobie.

Golesz – przez wino ku historii

Były już skałki, potem zamek, potem znowu skałki, to teraz czas na… zamek, a dokładniej Zamek Golesz. O tym miejscu wiedzieliśmy już od dawna, ale z zupełnie innej, niż historyczna strony. Golesz znaliśmy bowiem z racji pionierskiej i niezwykle zasłużonej dla odnowy winiarstwa w tym regionie Winnicy Golesz. Założył ją w 1982 roku Roman Myśliwiec, a teraz prowadzi je już kolejne pokolenie Myśliwców. Ponieważ do tej pory smakowaliśmy wina spod góry Zamku Golesz przy okazji wizyt w innych częściach Podkarpacia, więc nie mogliśmy sobie darować i zakupiliśmy kilka butelek w miejscowym sklepiku, do czego gorąco zachęcamy. Warto też wiedzieć, że produkcja wina to tylko część działalności rodziny Winnicy Golesz. Specjalizuje się ona bowiem w uprawie i sprzedaży sadzonek krzewów winorośli. Może więc to dobra okazja, żeby z wakacji wrócić nie tylko z kartonem dobrego wina, ale też kilkoma sadzonkami do ogrodu?

Pogórze Dynowskie. Winnica Golesz

Zakupy w winnicy Golesz

No dobrze, koniec przyjemności, czas się powspinać. Golesz to nie tylko wina, ale też wzniesienie z ruinami zamku, rezerwat przyrody, cmentarz z czasów I wojny światowej (i to podwójny) oraz wiele innych, czasem ciekawych, czasem tragicznych niespodzianek poukrywanych w lesie. O zamku opowiemy dwa słowa z własnych doświadczeń, bo dotarliśmy i nawet doń weszliśmy (w 2019 roku trwały tam prace archeologiczne i ruiny mogą być dalej zamknięte). O pozostałych atrakcjach wspomnimy i odeślemy do doskonałego źródła, bo nie zdążyliśmy ich zwiedzić (sklep z winem i restauracja z obiadem nam się zamykały a łażenie po lesie z głodnymi dziećmi to żadna frajda).

Zamek Golesz – romantyzm utracony

Golesz leży całe 5,5 km, czyli 6 minut drogi samochodem od Jasła. Wydaje się więc, że jest bardzo dostępny, ba przez dekady był tu romantyczny park uwielbiany przez mieszczan z Jasła. Ale te czasy minęły. Czasy się jednak zmieniły, więc warto zacząć od praktycznych podstaw. Do Zamku bowiem nie tak łatwo dotrzeć. A ponieważ nie tak łatwo to dla nas za łatwo, więc skomplikowaliśmy sobie życie. Do zamku prowadzi co prawda szlak od głównej drogi, ale my z jakiegoś powodu na bazę wybraliśmy przystanek autobusowy na Podzamczu (ta lokalizacja zdawała się do nas mówić: będziecie mieli naprawdę łatwo i blisko do zamku).

Stąd rozpoczęliśmy wędrówkę w górę. Po kilkuset metrach zorientowaliśmy się, że porzucenie samochodu na dole nie było najrozsądniejszym pomysłem. Na końcu drogi, początkowo asfaltowej, a potem polnej jest bowiem dużo miejsca do zaparkowania. Gorzej ze znalezieniem szlaku (może dlatego, że wcale go tam nie ma). Weszliśmy więc między krzaki na końcu parkingu i skierowaliśmy się mniej więcej tam, gdzie według google’a jest zamek, obchodząc jeszcze ogrodzony domek. Jeśli chcecie skrócić sobie drogę, to 50 metrów przed parkingiem jest droga, która odbija do posesji ze znakiem „teren prywatny”. Jeszcze w 2019 roku udawało się go ominąć całkiem legalnie po granicy działki. Tak wróciliśmy z zamku skracając spacer po krzakach o jakieś pół godziny.

A teraz czas na łatwiejszą drogą (być może, bo nią nie szliśmy, ani nie szukaliśmy na niej miejsca do zaparkowania). To szlak prowadzący od głównej drogi z Jasła:

Szlak na Zamek Golesz

Szlak na Zamek Golesz. Źródło: http://www.beskid-niski-pogorze.pl

Początek szlaku znajdziecie na krajowej „73”. Można go poznać po charakterystycznym betonowym słupku oznaczającym cmentarz wojskowy z czasów I wojny światowej. Nie będziemy wam opisywać jak dalej iść, bo wszystko znajdziecie w doskonałym opisie wyprawy na Golesz na stronie beskid-niski-pogorze.pl. Po drodze do zamku warto zajrzeć na zadbany cmentarz wojenny. Historia galicyjskich cmentarzy to też niezwykle ciekawy temat. Zachęcamy do jego zgłębienia. Lekturę można zacząć chociażby od tego artykułu

My do zamku doszliśmy nie szlakiem, ale przez krzaki, jary, gęste zagajniki, czasem tylko lekko zarysowaną ścieżkę, czyli w prawdziwie traperski sposób. W pewnym momencie między drzewami dojrzeliśmy po prostu jakieś nieco bardziej regularne kształty, Tu i ówdzie pojawiła się cegła czy kamień budowlany. I nagle wpadliśmy na ekipę archeologów omawiających dalsze działania na zabezpieczonych ruinach. Po przedzieraniu się przez podkarpackie knieje zdołaliśmy z siebie wykrztusić coś w stylu: „przepraszam, czy tu zamek?”. Na co usłyszeliśmy, że „tak, trwają prace, ruiny są zamknięte, ale jeszcze będzie przepięknie…”. Podziękowaliśmy i postanowiliśmy nie przeszkadzać w pracy.

Pogórze Dynowskie. Zamek Golesz

Zamek Golesz. Pani archeolożka przy pracy.

Sam zamek wygląda, jakby dopiero się rodził z zarośniętej drzewami góry. Wrażenie potęgowały świeżo ścięte drzewa wyglądające jakby przegrały walkę z rodzącymi murami. Można też było w tych rozrzuconych pniach zobaczyć inną historię: zabitych żołnierzy z armii, która zdobyła zamek. Ich żywi koledzy w odwecie mieli obrócić gród w ruiny.

Zarośnięty Golesz to taka trochę kpina natury ze złudnej potęgi ludzi. Nazwa ta bowiem oznaczała odkryte, gołe wzgórze, w tym wypadku górujące dumnie na przepływającą nieopodal Wisłoką. Wzgórze od lat nie jest gołe. Drzewa pochłonęły ruiny, swoje zrobiły wiatr i woda. Zamku nie oszczędzali wandale i „nieznani sprawcy”, którzy odkopali fragmenty murów. Prace zabezpieczające przy zamku zaczęły się dopiero 10 lat temu a ostatnio przyspieszyły. Wzmacniane są mury, widać też sporo świeżego kamienia. Pewnie za rok-dwa zamek znów zacznie wygrywać walkę z naturą.

Na razie największą przygodą jest spacer wokół dawnego zamku i próba odkrycia w przestrzeni jego kluczowych elementów, przebiegu murów, miejsca, gdzie była brama, fosa. Nie jest to łatwe. Jak pokazuje historia z odkrytą niedawno wieżą, zamek skrywa całkiem sporo tajemnic i kto wie, co jeszcze może wypatrzyć jakieś uważne oko. W przywołanej powyżej relacji autor wspomina tajemniczy głaz ze schodkami i wyżłobionym otworem. Nas też do siebie przyciągnął. Było tu prawdopodobnie miejsce pogańskiego kultu, a woda z otworu miała mieć cudowne właściwości. Jest w tym miejscu jakaś siła, która przyciąga i trzyma, bo zupełnie nie mieliśmy się ochoty stamtąd ruszać. Wytłumaczenie może być też dużo bardziej prozaiczne, schodki zachęciły do wejścia, skała dała przyjazne miejsce do odpoczynku, a wszyscy wiedzieliśmy, że czeka nas powrotne przedzieranie się przez krzaki do samochodu. Jak mówił bohater „Życia Pi”, tylko od nas zależy, którą historii wersję wybierzemy.

Pogórze Dynowskie. Zamek Golesz

Czy to pagórek w lesie czy ruiny zamku?

Jest jeszcze pełna wersja historii Zamku Golesz. Murowana warownia strzegąca przejścia przy Wisłoce na szlaku węgierskim powstała w XIV wieku. Wcześniej, być może nawet od XII wieku stał tu drewniany gród. Zamek szybko stał się własnością Benedyktynów, co nie oznacza, że przestał dogrywać rolę militarną. Wielokrotnie toczono o niego walki. Zniszczenia, po których się już nie podniósł, zadano mu jak większości podobnych obiektów w tej części Polski w połowie XVII wieku. W 1675 roku został zdobyty i zniszczony przez wojska księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II Rakoczego.

Powrócił do łask na fali romantycznego zachwytu ruinami z przeszłości. Na początku XIX wieku właściciel pobliskich fabryk tkackich Francuz Achilles Johannot urządził tu park nazwany przez mieszkańców Żanotówką. Ściągały do niego tłumy z Jasła, urzeczone alejkami, mostkami i „starożytnymi ruinami” z basztą na wzniesieniu. Z niej można było zobaczyć:

Jasło otoczone wieńcem drzew i ogrodów; a na niej mnogie wioski, pagórki zielonością umajone, gaje; środkiem płynie Wisłoka i dalej nieco łączy się z Ropą; a jeszcze dalej te cudowne ramy wszystkich naszych obszerniejszych obrazów w Galicyi, ramy Karpatów strojne we wszystkie kształty i we wszystkie barwy cieniujące się tęczą od ziemi do nieba.

jak pisał Maciej Bogusz Stęczyński w książce „Okolice Galicyi” w rozdziale „Ostatki zamku w Krajowicach” wydanej we Lwowie w 1847 roku (cytat za: beskid-niski-pogorze.pl)

Po wizycie w zamku skierowaliśmy się ścieżką prowadzącą w kierunku, gdzie zostawiliśmy samochód. Jak się okazało, znacznie prostszą i łatwiejszą niż drogą, którą doszliśmy do zamku. Jeśli jednak przyszliśmy szlakiem od głównej drogi i macie czas na dalsze wędrówki, to spróbujcie iść dalej. Po drodze możecie odnaleźć mogiłę 260 Żydów zamordowanych tu przez Niemców w 1942 roku, liczący jakieś 4300 lat kurhan, wodospad i źródło wody mineralnej oraz to, czego nie dostrzeżecie już z Golesza: przepiękne widoki na Jasło i okolice, a przy pięknej pogodzie szczyty Beskidu Sądeckiego a nawet Tatry. Szerzej o tym wszystkim przeczytacie w artykule Dariusza Zająca na portalu beskid-niski-pogorze.pl.

Najlepsza czekolada na Podkarpaciu

Zmęczeni po skałkach i lesie na pewno docenicie słuszną porcję cukru, a tę znajdziecie w jednej z ponoć najlepszych czekoladziarni w Polsce: Pijalni Czekolady M.Pelczar Chocolatier. Wystrój czekoladziarni to z jednej strony „fabryka czekolady”, z drugiej atrakcje dla dzieci – małpi gajem, piłkarzyki czy kino 3D.

Już sama lektura menu u osób ceniących bardziej ogórki kwaszone i śledzia powoduje silne zasłodzenie. Wybór lodów, deserów i napojów oszałamia. Zdecydowaliśmy się na czekolady pitne i chyba pierwszy raz w życiu nasze dzieci NIE DAŁY RADY swojej porcji słodkości. Nie zrozumcie nas źle, czekolada naprawdę była przepyszna, a porcje spore. Po prostu nie podołaliśmy takiej ilości cukru! I o ile nie dziwi to w przypadku Oli, której generalnie ze słodyczami średnio po drodze, ale fakt, że Maciek nie skończył swojej czekolady ciężko nas zaszokował! 

Pijalnia Czekolady M.Pelczar Chocolatier,
Rynek 18, 38-420 Korczyna
Godz. otwarcia: 9.00-19.00 (poza niedzielę, kiedy czekoladziarnia jest otwarta od godz. 11.00)

Gdzie spać w okolicach Jasła i Krosna?

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Bajdy, mniej więcej w połowie drogi między Krosnem i Jasłem, w znalezionej na Airbnb Przyczepie pod lipami. Przemili gospodarze, cisza i spokój, miejsce na ognisko pod rozgwieżdżonym niebem, trampolina i basenik dla dzieciaków, i te wspomnienia, które zawsze się budzą, gdy śpimy w przyczepie sprawiły, że nawet gdybyśmy mieli do dyspozycji najbardziej luksusowy hotel, chyba byśmy się nie skusili. Jeśli jednak bliskość natury nie jest tym, czego oczekujecie, zerknijcie na noclegi na Podkarpaciu w okolicach Jasła albo na airbnb – pamiętajcie, że z tym linkiem dostaniecie ponad 100 zł zniżki na swoją pierwszą rezerwację.

Gdzie spać na Podkarpaciu

Przyczepa pod lipami

Gdzie jeść w okolicach Jasła i Krosna?

Podkarpacie jest pod względem kulinarnym niezwykle bogate, zajrzyjcie koniecznie do naszych pozostałych podkarpackich wpisów – część z nich powstała po wyjazdach zorganizowanym przez Stowarzyszeniem ProCarpathia szlakiem Podkarpackie Smaki. A jeśli pójdziecie za naszą radą i zanocujecie w Przyczepie pod lipami bądź w okolicy miejscowości Bajdy, koniecznie zajrzyjcie do dwóch miejsc znajdujących się w okolicy.

Pierwsze z nich to restauracja czy może bardziej pub przy Browarze Rzemieślniczym ZZ Wojkówka. Z naszej przyczepy na piechotę mieliśmy tam jakieś 3 kilometry – w sam raz żeby zgłodnieć. Zajrzeliśmy tam wracając z którejś z wycieczek, zobaczyliśmy, że mają pizzę i frytki, więc niepiwna część ekipy też coś od życia dostanie i zdecydowaliśmy się na wizytę wieczorem. Spodziewaliśmy się zobaczyć to, co zwykle widujemy w niewielkich miejscowościach w ciepłe, letnie wieczory. Kilkoro podpitych klientów, znudzoną obsługę i męczącą muzykę. Ku naszemu zaskoczeniu na miejscu zastaliśmy grającą (całkiem nieźle!) kapelę, tłum ludzi i kolejkę do baru! Uwaga: kolejkę po dobre, rzemieślnicze piwo!

Z trudem znaleźliśmy wolny stolik, zamówiliśmy coś do jedzenia i bardzo dobre American Ale za jedyne 6 złotych (!!!) i zostaliśmy na cały wieczór. Obsługa zapytana, czy to jakaś impreza zorganizowana – przysiedliśmy się koło wieczoru panieńskiego i myśleliśmy, że reszta knajpy to partnerzy i dalsi znajomi panny młodej i jej przyjaciółek – odpowiedziała, że nie, u nich tak jest w każdy weekend.

Browar Rzemieślniczy ZZ Wojkówka
Wojkówka 60, 38-471 Wojaszówka
tel. kom.: 533 658 354

Browar Wojkówka

Browar Wojkówka

Drugie miejsce to Karczma Kamieniec w połowie drogi między wsią Bajdy a Wojkówką. Z Przyczepy pod lipami dojdziecie do niej w 10-15 minut. To typowa polska przydrożna karczma z pierogami, żurkiem i schabowym. Ogromne porcje, niskie ceny, zagajnik z ogromnymi pniami idealnymi na zabawę w czasie oczekiwania na jedzenie… Może nie jest to miejsce, które zapamiętacie do końca życia, ale jeśli jesteście w okolicy i akurat zgłodniejecie, to nie pożałujecie.

Karczma Kamieniec
Bajdy 189, 38 – 471 Wojaszówka
Godz. otwarcia: 10.00-22.00

Skończyliśmy już blogować, więc wyłączyliśmy komentarze. Nasze posty mogą się teraz starzeć w ciszy i godności:)

  • Ada

    04/01/2023

    Pięknie się prezentuje, nie słyszałam nigdy o tym miejscu, a wydaje się bardzo ciekawe!

  • 27/05/2020

    Lubie 🙂 Dzięki za umilenie kawy.

Sorry, the comment form is closed at this time.