DSC

Ten post miał się zaczynać cytatem o tym, jak mistycznym przeżyciem jest poranna procesja mnichów w Luang Prabang. Jednak teraz już nawet biura podróży nie próbują aż tak naciągać rzeczywistości i piszą co najwyżej o „wielkiej turystycznej atrakcji”. Blogerzy idą krok dalej. Część ostentacyjnie omija temat. Inni określają procesję jako „jedno z najgorszych turystycznych doświadczeń”. Czy i na nas procesja mnichów wywarła aż tak fatalne wrażenie?

Na początku małe sprostowanie/wytłumaczenie. Z ośmiostopowej ekipy na procesję wybrał się tylko Paweł. Reszta nie była gotowa na pobudkę o godzinie 5 rano. Nigdy nie jest. To barbarzyńska pora. Zresztą, o ile nie czeka nas dłuższa podróż wygodnym środkiem lokomocji, to obudzenie naszych dzieci wcześnie rano jest jak bardzo powolne samobójstwo. Będzie bolało, raczej się nie uda i na koniec wszyscy będą nieszczęśliwi.

Procesje mnichów w Laosie

Paweł poszedł więc sam. Mógł pójść w innym mieście, bo procesje mnichów odbywają się nie tylko w Luang Prabang. Można je spotkać właściwie wszędzie tam, gdzie są mnisi. Wynika to wprost z nauk Buddy. Pisał on, że mnich powinien posiadać właściwie tylko szatę i miskę żebraczą. Utrzymywać się miał z datków, tak by nie zajmować się dobrami doczesnymi i przez to dążyć do oświecenia. Stąd się właśnie poranne procesje mnichów.

Popularność tej w Luang Prabang to tylko kwestia ogromnej rzeszy turystów z dobrymi aparatami oraz niewątpliwie tła: skąpanej w zieleni i mgle mieszance kolorowej kolonialnej architektury i pięknie zdobionych świątyń. Paweł liczył więc na podwójne doświadczenie – turystyczne (widok mnichów), jak i socjologiczne (zachowanie turystów i wzajemna interakcja obu stron).

Luang Prabang

Luang Prabang. Mnisi szykują się do procesji

By poczuć choć odrobinę mistycyzmu w czasie procesji, trzeba dużo sobie naprawdę nisko zawiesić poprzeczkę. Co nie znaczy, że nie może ona wywołać pozytywnych emocji. Najciekawiej jest chyba tak między godz. 5 a 5.30. Na mieście jest cicho, ale wyczuwa się lekkie napięcie. Gdzieniegdzie w świątyniach widać szykujących się mnichów, palą się światła, tu i ówdzie przed domami mieszkańcy szykują się do procesji. Nie ma jeszcze zbyt wielu turystów, pod murami przemykają backpackersi z aparatami ze sporymi obiektywami, tak by robić przyzwoite zdjęcia z większej, „etycznej” odległości.

To taka buddyjska rezurekcja. Poranek (ta barbarzyńska pora) łamie świecki porządek, blask dnia przełamuje mroki nocy, chwila jest wyjątkowa. I jasne że zamiast mistycyzmu na rezurekcji (z tego co pamiętam z dzieciństwa) był tłum totalnie odstawionych i marznących ludzi (marcowy/kwietniowy poranek i ten jeden raz w roku za mały kościół), którzy zamiast o zmartwychwstaniu myśleli o śniadaniu, czekającym w domu rodziców lub dziadków.. Niemniej jednak była w tym wszystkim próba celebracji, radości, spełnienia ważnego religijnego obrzędu.

W Luang Prabang ta podniosła atmosfera zaczyna się ulatniać tuż przed godz. 6. Wtedy z droższych hoteli ruszają zorganizowane wycieczki, na ulicach nasila się ruch, bo kierowcy muszą dowieźć gości z dalszych części miasta. Na chodnikach robi się tłoczniej, zaczynają się poszukiwania miejsca do zrobienia najlepszych zdjęć…

Procesja mnichów w Luang Prabang

Procesja mnichów w Luang Prabang. Większość z tych pań to turystki

Mnisi wychodzą ze świątyń o wschodzie słońca, czyli ok. godz. 6. Dochodzą do głównej ulicy pustymi i skąpanymi w zieleni bocznymi uliczkami (dobra okazja do zdjęcia, jak ktoś nie ma wątpliwości religijno-etycznych), a potem idąc chodnikiem, odbierają dary. Sama procesja jest mimo wszystko malownicza. Mnisi są skupieni i jakby nieobecni, wszystko odbywa się ciszy, klęczące kobiety i stojący mężczyźni wkładają im do worków podarki, a oni jedynie odkrywają wieka od worków i posuwają się dalej.

Mnisi to oczywiście ludzie, więc kiedy dojrzy się ich jeszcze na terenie świątyni lub w bocznych uliczkach, to wcale nie są pogrążeni w medytacji, ale żartują, budzą się, gadają a w czasie dojścia do głównej ulicy potrafią zgubić rytm, zapatrzeć się gdzieś czy zamyślić i potem nadganiać swoją grupę.

Mnisi na ulicach Luang Prabang

Mnisi na ulicach Luang Prabang

W skrajnej części Starego Miasta nie było zbyt wielu mieszkańców czekających na mnichów. Dalej było ich trochę więcej, choć też nie na tyle dużo, by zrównoważyć liczbę turystów. Przy tych nielicznych mieszkańcach, którzy wyszli na ulice tłoczyli się ludzi z aparatami oraz turyści, którzy instruowani przez przewodników też postanowili obdarować mnichów.

Wszystko wyglądało sztucznie i cepeliowo, choć nie tak dramatycznie jak to przedstawiają niektórzy na blogach.  Turyści „trzaskający z flesza” prosto w twarz mnichom niestety się zdarzyli, ale można było ich policzyć na palcach jednej ręki. Warto jednak pamiętać, że byliśmy w Luang Prabang tuż przed sezonem. Kiedy ulice są szczelnie wypełnione turystami, może być jeszcze mniej przyjemnie.

Luang Prabang

Dwie procesje w Luang Prabang

Za kogo się wstydzić w Luang Prabang

Tu warto dodać uwagę w obronie może nie tyle turystyki samej w sobie, ale tej bezczelnej „zachodniej turystyki”. Jak można przypuszczać na procesję w Luang Prabang nie docierają młodzi, pijani „zachodniacy” (Europejczycy, Izraelczycy, Australijczycy), bo ci o tej porze śpią. Jest trochę back-packersów, takich jak my, którzy podróżują sami, ale albo nie są na tyle odważni, by wyruszyć w dzikie rejony Laosu i obejrzeć procesję w małej wiosce, albo fascynuje ich procesja z całym socjologicznym bagażem.

Dominuje oczywiście klient starszy, dojrzalszy wiekowo i portfelowo, który do Luang Prabang przyjechał zorganizowaną wycieczką. Na niego zresztą jest nastawione to miasto.Warto pamiętać, że procesję ogląda się w grupach. Oznacza to, że w jednym miejscu może być tłok, zamieszanie, mało przyjemne widoki tłumów napierających na mnichów, a 20 metrów dalej nie ma nikogo i mnisi mają chwilę na oddech.

Zachodni turyści nie zachowują się aż tak źle. Bardziej natarczywi wydają się Azjaci – Tajowie, Koreańczycy, Chińczycy, w dużej mierze zapewne buddyści. To oni wchodzą w drogę mnichom, to oni nie przejmują się prośbami o nierobienie zdjęć z bliska z lampą błyskową. To oni „odgrywają” obdarowywanie, pozując do zdjęć. To oni też potrafią głośno komentować przechodzących w ciszy mnichów. Może mało to pocieszające, ale wcale nie jest tak, że to głównie „białasy” niszczą laotańskie zwyczaje.

Luang Prabang

Panie turystki pozują, czekając na mnichów

Zorganizowani zachodni i azjatyccy turyści to dwa odrębne światy, które rzadko się przenikają. Mieszkają w różnych hotelach, jedzą w różnych restauracjach. Mijają się co najwyżej przy wodospadach, w jaskiniach czy w czasie takich wydarzeń jak właśnie poranna procesja w Luang Prabang. I to właśnie wtedy widać, że to jednak zachodni turyści mają wyraźniej i sztywniej postawione granice oraz trochę więcej szacunku dla inności, może dlatego, że to właśnie dla nich religijna i etniczna inność.

Widać też różnicę w podejściu do wizualizacji swojej podróży i tu nie będziemy już ferować ocenami. Wystrojeni azjatyccy turyści podczas procesji robili sobie zdjęcia podczas wręczania darów, wśród „zachodniaków” największą furorę zrobiła biednie wyglądająca pani karmiąca zaniedbane psy resztkami ryżu (zdjęcia brak)…

Luang Prabang – turystyka w działaniu

Laos pod tym względem, a procesja w Luang Prabang chyba szczególnie, jest niezwykle wdzięcznym miejscem do obserwacji tego, jak masowa turystyka przemienia kraj. Działa to mniej więcej tak, jak dziki kapitalizm przemieniał Polskę w latach 90-tych. Najpierw przez Laos przetoczyła się najtrudniejsza, wojenna turystyka. Potem zrobiło się spokojniej i nadeszła narkotykowa, ale raczej spokojna – hippisowska fala. Za nią ruszyła pijana, zachodnia młodzież, a kulminacją jej dominacji był pijacki rafting w Vang Vieng.

Od kilku lat za to coraz bardziej widać jak z ogromnym kapitałem z Chin, Tajlandii i Korei wlewa się tamta turystyka. Tworzą się już nawet „etniczne” dzielnice w turystycznych, laotańskich miastach. Centra to krzykliwe zachodnie restauracje z menu po angielsku, francusku, hebrajsku, gdzie rządzi Bob Marley i piwo. Obrzeża to chińskie hotele z chińskimi restauracjami i menu po chińsku, gdzie rządzi karaoke i mocne alkohole. A nikt nie wychyla się poza bogato zdobioną i wysoką bramę.

luang prabang

Poranek w Luang Prabang. Flesze błyskają

Podobno mnisi rozważali rezygnację z porannych procesji w Luang Prabang ze względu na ich zupełną komercjalizację. Miały im tego zakazać lokalne władze spodziewając się spadku wpływów z ruchu turystycznego. A, że Laos to nie Polska, to władze postawiły na swoim.

Procesja w Luang Prabang. Warto czy nie warto?

A więc warto czy nie warto wybrać się skoro świt na ulice Luang Prabang? Czy odczujemy tam mistycznego ducha buddyjskich obrzędów, czy odejdziemy zażenowani turystycznym przemysłem, którego sami, chcąc nie chcąc, jesteśmy częścią?

Procesja turystów w Laung Prabang

Procesja turystów w Laung Prabang

Dla nas procesja nie była głównym powodem, dla którego przyjechaliśmy do Luang Prabang. Nie wierzyliśmy nawet, że damy radę się zmobilizować i wstać skoro świt. Mieliśmy też wątpliwości natury etycznej. Skoro obecność turystów przekształca obrzęd w cepelię, to będąc tam sami przyczyniamy się do tego zjawiska.

Może socjologiczne „meta-podejście”, czyli turystyka turystyczna (podglądanie turystów) to bardziej racjonalizacja, jakieś samo-oszukiwanie się. Jesteśmy na miejscu, tak jak wszyscy robimy zdjęcia mnichom, ale zrobimy też parę zdjęć turystom, więc jesteśmy lepsi bo mamy misję. Do tego pokazujemy ważne zjawiska społeczne, odczytujemy procesy. Takie tam marzenia niespełnionego socjologa.

Po fakcie jednak musimy przyznać, że oba zjawiska były ciekawe. Zarówno procesja mnichów z ich ludzkim, mistycznym i obrzędowym wymiarem, jak i reakcje różnych grup turystycznych. Nie żałujemy, że to widzieliśmy, choć zdajemy sobie sprawę, że byliśmy na miejscu turystami, którzy napędzają komercjalizację lokalnych zwyczajów.

Nie będziemy wam więc odradzać wizyty na procesji mnichów w Luang Prabang. W tak turystycznym mieście i tak pozostanie ona szopką z cepelii. Jeśli jednak chcecie zobaczyć jak to wygląda w naturalnym otoczeniu, to poszukajcie podobnej procesji gdzieś na laotańskiej prowincji, gdzie turystów dociera mniej. Albo nawet gdzie jest ich sporo, ale nikt nie wstaje o 6 rano, bo to pora zarezerwowana na Luang Prabang.