
Pętla Thakek: dzień 3, czyli do czego mogą przydać się ręczniki
Marzliśmy już na tej wycieczce. Było zimno, kiedy wieczorem dojeżdżaliśmy do Lak Sao, było zimno rano przy wyjeździe. Powoli tracimy resztki nadziei na to, że przydadzą nam się kostiumy kąpielowe. Za to robimy pożytek z ręczników: owijamy się nimi szczelnie. Jedziemy szczękając zębami i nawet nie podejrzewamy, że za kilka godzin radośnie będziemy pluskać się w szmaragdowej wodzie u podnóża gór.
Z Lak Sao żegnaliśmy się bez żalu. Rozgrzebane miasto pogranicza z tłumami ludzi i samochodów przelewających się we wszystkich kierunkach. Nie tego szukaliśmy na tym wyjeździe. Dlatego z ulgą odetchnęliśmy kiedy już kilka kilometrów za miastem zrobiło się cicho i spokojnie. Poprzedniego wieczoru ostatni fragment trasy robiliśmy już w zapadających ciemnościach, więc dopiero teraz mogliśmy docenić krajobraz. Po wdrapywaniu się i zjeżdżaniu z płaskowyżu teraz droga prowadziła przez doliny między górskimi łańcuchami. Po obu stronach drogi w odległości kilku kilometrów górowały niezwykle fotogeniczne skały. Po drodze czekały nas jeszcze przeprawy przez przełęcze z widokami na rzekę Nam Theun oraz leżące poniżej wioski. Z porównaniu z poprzednim dniem zmienił się nie tylko krajobraz. Widać było, że w przeciwieństwie do tradycyjnych wiosek z płaskowyżu, tutaj jest więcej przemysłu, tranzytu, widać bogate domy. Życie płynie tu szybciej, bardziej chaotycznie, mniej przewidywalnie.
Początkowo było zimno. Baaaardzo zimno. Wyciągnęliśmy więc na siebie wszystko co mieliśmy, łącznie z ręcznikami, rozważyliśmy nawet zakupy na przygranicznym bazarze, ale w końcu odrzuciliśmy od siebie kapitalistyczną pokusę kupowania. A kysz, cholero! Żeby dodatkowo się rozgrzać zjechaliśmy jeszcze na zupę do restauracji, która wyglądała na w miarę otwartą. Do tej pory mamy wrażenie, że wcale otwarta nie była, ale obecne już w niej panie bardzo chciały pooglądać sobie Kalinę i Maćka i dlatego wpuściły nas do środka.
Na szczęście dla nas szybko zrobiło się trochę cieplej i była to zasługa bardziej słońca niż zupy. Rozgrzani mogliśmy dalej zwiedzać. Większość map kilkanaście kilometrów za Lak Sao pokazuje smocze jaskinie, ale nam nie udało się znaleźć do nich drogi. Bez problemu za to znaleźliśmy zjazd do źródeł. Na mapach, które dostaje się w wypożyczalniach jest on zaznaczony po 35 kilometrach od wyjazdu z Lak Sao. I rzeczywiście, równo po 35 kilometrach trafialiśmy na w miarę porządną drogę w prawo (to chyba TA DROGA). Zjechaliśmy na nią, a potem najbardziej wyjeżdżonym śladem przez prawdziwe stepy dojechaliśmy do podnóża gór. Dziwne to było uczucie, rozpędzić skuter na prostej, polnej drodze przez nieużytki, które tak naprawdę mogły uchodzić za mazowiecką wieś, gdyby nie skały w tle.
Źródła są jakieś 35 kilometrów za Lak Sao. Nie należy się tam spodziewać szczególnych atrakcji, ale i tak jest przyjemniej niż np. w Błękitnej Lagunie przy Vang Vieng. Źródła to jeden większy basen i dopływające do niego źródełko w cieniu majestatycznych gór. Przy stromym zejściu z brzegu jest na wpół zatopiony pomost, po którym można przedostać się na sporą skałę, na której zmieści się kilka dorosłych osób. Obok jest mostek, którym można okrążyć basenik, albo poasekurować z niego dzieci, które akurat w tym miejscu będą miały wodę od pasa do szyi. Woda była na tyle zimna, że nie myśleliśmy o kąpieli. Za to nasze dzieci oraz para Francuzów (pewnie z północy) zupełnie się tym nie przejmowali. My za to korzystaliśmy z promieni coraz bardziej dokazującego słońca i wygrzewaliśmy stare kości. Pusto, cisza, spokój. Zdecydowanie polecamy jako przystanek po drodze.
Po mniej więcej godzinie odpoczynku w okolicy pojawiła się laotańska rodzina, która najwyraźniej przyjechała na obiad składający się z małych rybek, krabów i innych „owoców rzeki”. Maciek i Kalina mieli dużo radości w pomaganiu przy przebieraniu połowu. Nie za bardzo mogliśmy się dogadać, ale wyglądało, że mamy zaproszenie na obiad. Niestety, tego dnia planowaliśmy zrobić w sumie prawie 100 kilometrów, nad jeziorkiem zasiedzieliśmy się i tak za długo, a widząc postępy przy organizacji obiadu, ocenialiśmy, że skromny posiłek zacznie się za kilka godzin. Grzecznie postaraliśmy się wytłumaczyć, że musimy już jechać i wróciliśmy na główną trasę.
Droga z Lak Sao do wioski Nahin/Koun Kham jest bardzo przyzwoita. Szeroki asfalt, ograniczony ruch. Kilkanaście kilometrów za źródłami teren się wznosi i dłuższą chwilę droga prowadzi krawędzią gór. Niestety wszystko jest mocno zarośnięte i doliny właściwie nie widać. Udało się za to w pewnym momencie znaleźć szerokie pobocze, więc zaparkowaliśmy na dłuższą chwilę, przedarliśmy się przez krzaki i zrobiliśmy kilka zdjęć rzeki poniżej. Warto, naprawdę warto dobrze poszukać jakiegoś miejsca, z które coś widać, bo dolina wygląda przepięknie, aczkolwiek nie tak dziko, jak można by się tego spodziewać.
Nahin/Koun Kham to całkiem spora wioska, największa na trasie po Lak Sao. Bardziej niż na turystach ciągnących do jaskini Konglor/Tham Kong Lo zarabia chyba na pracownikach obsługujących elektrownię Nam Theun. Tuż przy wiosce jest trochę instalacji, biur, zlokalizowano też spory kamp pracowniczy. Znamy te obrazki z Libii. Z jednej strony ogrodzenia zakurzona wioska, z drugiej przystrzyżony trawnik, oświetlone alejki, korty tenisowe… Jeśli komuś znudziła się po drodze nieśmiertelna zupa, to w zaułkach wioski znajdzie coś dla siebie. Są tam zarówno nieprzyzwoicie drogie restauracje, jak i rozsądne cenowo rodzinne jadłodajnie z bagietkami i spaghetti, nie wspominając oczywiście kolejnych kilku miejsc bez menu po angielsku, gdzie jest jeszcze taniej i bardziej swojsko.
Przejażdżkę po Nahin zostawiliśmy sobie tak naprawdę dopiero na drogę powrotną. Jadąc do jaskini Konglor zatrzymaliśmy się tylko przy punkcie informacji turystycznej, w którym i tak nikogo nie było. Odczekaliśmy kilka minut, licząc, że szczekanie psa zwabi kogoś odpowiedzialnego za to miejsce, ale jako że nie zwabiło, to ruszyliśmy dalej. Zjazd do Konglor jest kilometr może dwa za ostatnimi zabudowaniami. Łatwo go poznać, bo trzeba zrobić skręt o jakieś 160 stopni, czyli prawie zawrócić.
Potem krajobraz robi się dość dziwny. Zjeżdżając z głównej drogi, wjeżdżamy do pociętej polami, aczkolwiek na pierwszy rzut oka niezbyt przyjaznej doliny. Przecina ją prosta na długim odcinku droga, której towarzyszą słupy średniego napięcia. Ten szpaler słupów elektrycznych, zupełnie obcych temu miejscu, zaburza dość typowy laotański krajobraz. Cały czas ma się wrażenie, że ta dobra, jak na Laos droga prowadzi do jakiegoś dużego miasta, które zaraz pojawi się za zakrętem. Zakrętów jednak brak, a drogę stopniowo coraz bardziej opanowują zwierzęta, po zachodzie słońca szczególnie licznie zganiane z pastwisk krowy. Po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy z tej „technicznej” drogi na wiejski asfalt, miejscami pojawiają się na niej głębokie dziury i koleiny. Jeśli będziecie jechać nią po zmroku, zwolnijcie. Dolina się zwęża, na drodze robi się coraz puściej, szczególnie, że jest już późno i ani miejscowi, ani turyście nie ciągną już do jaskini Konglor.
Co nie znaczy, że turystów w ogóle nie ma. Ta droga to też pierwsze miejsce od okolic Thekhek, gdzie widzimy „zachodniaków”. Dwie grupy mijają nas po drodze. Nie mają przysypiających dzieci na skuterach, więc mogą sobie pozwolić na dużo wyższe tempo. Widać też po mijających nas ekipach, że większość wyruszających na pętlę nie oszczędza na sprzęcie. O ile honda Oli to standard, to chińskiemu półautomatowi Pawła zdecydowanie bliżej do lokalnych niż turystycznych pojazdów.
Kiedy zapada zmrok, zaczynamy się trochę martwić o nocleg. Czytaliśmy, że niedaleko jaskini jest kilka opcji, ale boimy się, że w ciemnościach ich nie zobaczymy. W końcu, po przejechaniu tego dnia prawie 95 kilometrów trafiamy na drogowskaz wskazujący na ośrodek, czy może bardziej „resort” Sala Konglor. Skręcamy na mało przyjemną polną drogę, pełną kolein i wyschniętych kałuż, która przez wioskę i lasek doprowadza nas w końcu do bardzo miłego i ustronnego miejsca, gdzie nie ma karaoke! Mało tego, karmią przyzwoicie (jest coś innego niż zupa!), jest ognisko i widzimy gwiazdy. Luksus oczywiście ma swoją cenę, nie był to najtańszy nocleg ani posiłek na naszej trasie (choć i tak wybraliśmy wersję domku „eko” z łazienką na korytarzu i jednym dość wąskim łóżkiem za 100 000 kipów a nie „lux” za 240 000 kipów), niemniej jednak było przyjemnie. Jeśli jesteście lepsi w planowaniu, albo dojedziecie w te okolice wcześniej niż o zmroku, to polecamy żeby sprawdzić też inne miejsca w okolicy. W Sali Konglor stosunek ceny do jakości nie powala na kolana.
Po raz kolejny dostaliśmy też znak od Boga, by jeśli kolejny raz przyjdzie nam ochota na wyjazd do egzotycznego kraju bez pomysłu na życie, dobrze to przemyśleć. Do naszego ogniska dołączył bowiem mniej więcej 50-letni Hiszpan, który w tym ośrodku mieszkał już ponad rok. Przyjechał w odwiedziny do starego znajomego, ale potem uznał, że mu tu dobrzej. Po pół roku zaczęło mu się nudzić, ale nie miał już pieniędzy, żeby wrócić, a i tak nie miał za bardzo do czego. Zawiesił się tak między światami. Znajomy pozwala mu za darmo mieszkać, czasem w czymś pomoże, ale właściwie nie ma pomysłu, co dalej. Siedzi więc tak pod gwiazdami i czasem pogada sobie z gośćmi. I tak to jest z tym uciekaniem do egzotyki. Można sobie pomyśleć, że to cudowny i bezstresowy pomysł na życie. A potem spotyka się kogoś, kto uciekł, utknął i wcale nie jest z tego powodu szczęśliwy. Rzeczywistość nie zawsze współgra z marzeniami podróżników.
Pomijając jednak melancholijnych Hiszpanów i trochę zbyt wygórowanych cen, Sala Konglor to przyzwoite miejsce do spędzenia nocy i wieczoru przed wycieczką do jaskini. Jest zaledwie kilka kilometrów od wjazdu do parku, knajpę umieszczono tuż nad rzeką, więc widoki są nieziemskie (co oczywiście lepiej docenia się przyjeżdżając tam przed, a nie po zmroku), a cena noclegu choć wygórowana, to dalej w rozsądnych granicach. Pokoje są czyste. Łóżka otoczone są moskitierą, więc z komarami nie ma problemów. Restauracja nie jest tania, ale jak w przypadku pokoi, ceny są do ogarnięcia, a widoki nadal takie jakie, jak w drugim zdaniu tego akapitu.
Posililiśmy się więc, wypiliśmy dwa szybkie piwa, zostawiliśmy naszego zgorzkniałego Hiszpana i oddaliśmy się zasłużonemu odpoczynkowi. Następnego dnia czekała na nas jaskinia Koglor!
(Lokalizacja źródeł przy Na Pavan i hotelu Sala Konglor jest przybliżona)
Sorry, the comment form is closed at this time.
Kinga Bielejec
Skutery to jeden z moich ulubionych środków transportu 😉
8 stóp
Nasz też, naszym największym marzeniem jest mieć kamperaz miejscem na skutery, i jeździć sobie jednym i drugim jednocześnie:)))
Simon Pedro Viajero
muszę spróbować 😉
8 stóp
Koniecznie!
Pola Henderson
Jednoslady <3
8 stóp
🙂