
Zostawiamy Eddiego, ubieramy się ciepło – tu i ówdzie leży śnieg i trochę marzniemy – i jedziemy na wycieczkę do poleconej nam jakiś czas temu Sedony. Na miejsce nie dojeżdżamy, tuż przed Sedoną jest korek, który skutecznie zniechęca nas do dalszej podróży. Zupełnie zapomnieliśmy, że coś takiego jak korek istnieje, ale w końcu Flagstaff to całkiem spore, akademickie miasto. Poza tym już od dawna zupełnie nie pamiętamy, jaki jest dzień tygodnia, a traf chciał, że była sobota. Ale nie szkodzi, po pierwsze jak tylko zjechaliśmy trochę niżej to temperatura skoczyła w bardziej przyjazne nam rejony, a po drugie sama droga do Sedony to prawdziwa przyjemność. Z takimi krajobrazami za oknem możemy częściej stać w korku. Wieczorem zwiedzamy Flagstaff. Czujemy się staro. Od dłuższego czasu młodzież dla nas to jakiś prawie nieobecny gatunek, a we Flagstaff ma się wrażenie, że poza studentami i odwiedzającymi ich w weekendy rodzicami nie ma prawie nikogo innego. Zwiedzamy po japońsku – objeżdżamy miasteczko samochodem raz na jakiś czas wyjmując aparat – jest zimno i na dodatek zaczął padać deszcz. Nawet próbujemy wysiąść w centrum na stacji kolejowej (Flagstaff to klasyczne Route 66, tory i droga przechodzą tuż obok siebie przez samo centrum), żeby Maciek zrobił sobie zdjęcie przy lokomotywie. Ale Maciek sam zagania nas z powrotem do samochodu. Robimy więc, to co każdy rozsądny rodzic w takiej sytuacji. Flagstaff słynie z mikrobrowarów, postanawiamy więc spróbować jakichś lokalnych specjałów. Lądujemy w Lumberyard Brewing Company. Polecamy.
W międzyczasie zastanawiamy się, co i jak zwiedzać. Pierwotny plan jest prosty – Wielki Kanion i wszystko co bezpośrednio na północ od niego. Przez chwilę kusi, by do Wielkiego Kanionu pojechać pociągiem, ale disneyowsko bajeczne ceny biletów ostudziły te zapędy. Po ustaleniu wstępnego planu okazuje się, że jedna z dróg między Flagstaff a południową częścią Utah zawaliła się. Jest też kilka miejsc które nadal są zamknięte z powodu zimy. Poza tym dawno już nie jedliśmy śniadania ani kolacji na zewnątrz. Jak tylko słońce zajdzie temperatura spada do kilku stopni, w nocy zjeżdża poniżej zera, rano oscyluje w okolicach 1C. To dla nas za zimno. Decydujemy zatem, że teraz dwa dni poświęcimy Wielkiemu Kanionowi i udamy się w cieplejsze rejony (haha, na pewno nam się uda), a do Utah wrócimy za kilka tygodni.
Z całym (jakże już dla nas typowym) jednodniowym wyprzedzeniem znajdujemy sobie jeszcze darmowy nocleg. Tym razem to BLM-owy kemping zaledwie kilka mil od bram parku przy wjeździe do Tusayan. Według opisów w internecie to po prostu pobocze leśnej drogi. Brzmi zachęcająco.