maciek załamka
Czasem ktoś nas pyta jak planujemy nasze podróże. Postanowiliśmy więc uchylić rąbka tajemnicy i pokazać od kuchni, jak przygotowywaliśmy się do aktualnego wyjazdu.

Pomysł
O tym skąd wziął się pomysł na wyjazd, pisaliśmy już wcześniej. Kusiło, żeby się gdzieś ruszyć, ale odpowiedzialność za kawiarnię trzymała mocno przy ziemi, i w apogeum tych wahań pojawił się znak od Góry, deus ex machina, nagroda w konkursie BlueSky.pl.
Deus ex machina

Deus ex machina

Miejsce (a.k.a. destynacja)

No dobra, mamy jeden bilet, możemy lecieć gdziekolwiek na świecie dokąd lata Lufthansa, musimy tylko dokupić pozostałe trzy i przy tym nie zbankrutować. Szybki rzut okiem na siatkę połączeń, westchnienie żalu i ulgi zarazem, że Lufa nie lata do Australii ani do Chile (wtedy warunek o nie zbankrutowaniu mógłby zostać niechcący zapomniany) i stajemy przed dylematem. Z jednej strony ciągnie nas Meksyk, Kolumbia, Argentyna i Brazylia, z drugiej – szeroko pojęta Azja Południowo-Wschodnia, o której myśleliśmy już od jakiegoś czasu. Decyzję powierzamy promocjom lotniczym: wybór trafia na Bangkok.
samolot
Planowanie trasy

Dawno dawno temu, kiedy nie mieliśmy dzieci, kawiarni i miliona innych rzeczy, po podjęciu decyzji co do, z przeproszeniem, destynacji, człowiek zaczytywał się w przewodnikach, z nabożeństwem rozkładał papierowe mapy i godzinami oddawał się starannemu planowaniu co-gdzie-kiedy*. W dzisiejszych czasach, kiedy blogi podróżnicze można czytać na telefonie w tramwaju, przewodnik ściągnąć na kindla a mapy google’a pokażą wszystko z ulicznym widokiem włącznie, wydawać by się mogło, że będzie jakoś prościej. No więc po podjęciu decyzji i zakupieniu biletów wygooglowaliśmy i zapisaliśmy w ulubionych stosowne blogi oraz zaopatrzyliśmy się drogą wyłudzenia od znajomych w przewodniki Lonely Planet – papierowy Wietnam i Tajlandia i kindlowy po Azji Południowo-Wschodniej.

Planowanie przy kawie

Planowanie przy kawie

Leżały i czekały na zmiłowanie przez ładnych kilka tygodni. Kilka dni przed wyjazdem Ola postanowiła naruszyć pierwszy z brzegu. Trafiło na Wietnam. Mając 5 przystanków tramwajem do przedszkola Kaliny i 2 przystanki do kawiarni za dużo się wprawdzie nie naczytała, ale okazało się na przykład, że do Wietnamu potrzebne są wizy… Dobrze, że przelot mamy do Bangkoku a tam wiz nie potrzeba.

Wykonanie
No dobra, to już wiemy, planowanie nam nie idzie. Jak zatem radzimy sobie na miejscu? Pierwsze dni pokazały, że nie jest tak źle, jakby się mogło spodziewać.
Plan zgłębienia przewodnika po Tajlandii i zaplanowaniu pierwszych dni w pociągu do Lublina skąd leciała Ola albo w samolocie (Paweł z dziećmi leciał osobno więc była realna szansa) niestety nie wypalił, może dlatego że po dwóch godzinach snu (w pakowaniu jesteśmy równie dobrzy co w planowaniu) ciężko się skupić na czymś więcej niż białe wino i film. Na szczęście parę dni przed wylotem zapytaliśmy też o wskazówki paru bardziej azjatycko doświadczonych znajomych i travelbloggerów. W głowie Oli zostały jakieś nazwy ulic i hoteli (dolatywała o 9 rano i to na niej spoczywała odpowiedzialność znalezienia noclegu przed przybyciem pozostałych sześciu stóp o 19).
Gdziekolwiek, byle do przodu!

Gdziekolwiek, byle do przodu!

Oczywiście jak już dotarła na miejsce i przejechała pociągiem do Phaya Thai to zapomniała nazwy ulicy, na którą chciała dojechać. Pamiętała tylko główną hotelowo-imprezową Khao San Road i tam pokierowała taksówkę. Wysiadając zobaczyła odchodzącą w drugą stronę Rambuttri Road i przypomniała sobie, że to o tą ulicę chodziło pierwotnie. I Bogu dzięki, bo późniejsza wizyta na Khao San pokazała, że za żadne pieniądze nie chcielibyśmy tam nocować. Pierwszy napotkany hotel na Rambuttri (Rambuttri Village Plaza, ktoś gdzieś go polecał) okazał się kosztować grubo ponad 2000 bathów za „family room” (tłumaczenie, że chcemy dwójkę, a dzieci będą z nami spały, na niewiele się zdały), w drugim (New Siam III) cena spadła o połowę, i mimo poczucia, że nocleg w Tajlandii powinien kosztować ze 3 dolary, wygrał.

Wieczorem, już w rodzinnym gronie ustaliliśmy, że wstaniemy rano, wyczekałtujemy się i poszukamy czegoś tańszego. Obudziliśmy się o 11.30. Check-out był o 11…
Gdzie by tu pojechać...

Gdzie by tu pojechać…

Niezrażeni przedłużyliśmy pobyt o kolejną noc i poszliśmy zwiedzać miasto. Miasto jak miasto. Nie lubimy miast. Zmęczyliśmy się strasznie szybko. I mimo że w sumie zobaczyliśmy niewiele i głównie z zewnątrz, to szybko przeszliśmy od zwiedzania świątynio-pałacowego do naszego ulubionego szwendania się po mieście. A następnego ranka zerwaliśmy się już wcześnie, żeby z Bangkoku czym prędzej uciec. Gdzieśtam wstępnie zakładaliśmy, że zostaniemy tu kilka dni, w końcu te wszystkie pałace i świątynie trzeba zobaczyć, ale… po prostu nie mieliśmy ochoty na siedzenie w mieście. Może te wszystkie „must see” zobaczymy w drodze powrotnej.

Decyzję co dalej podjęliśmy wieczorem. Położyliśmy dzieci spać, odpaliliśmy laptopa i przewodnik, wyszukaliśmy wszystkie maile od w/w azjatycko doświadczonych znajomych i zaczęliśmy debatować: północ, południe czy zachód. Po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw na podium została Ayutthaya.
Samą Ayutthayę opiszemy w osobnym poście, ale w tym poświęcimy jeszcze chwilę na to, jak zaplanowaliśmy co dalej. Opcje z Ayutthay’i mieliśmy następujące: pociąg albo autobus. W podróży z dziećmi wygrywa pociąg. Dzień czy noc? Z dziećmi łatwiej noc. Drogą eliminacji wybór padł na nocną trasę do Chiang Mai. No to idziemy na dworzec. Stajemy w kolejce z expatami do pana z komputerem.
Wsiąść do pociągu byle jakiego

Wsiąść do pociągu byle jakiego

Przychodzi nasza kolej, pytamy o miejsca na kolejny dzień do Chiang Mai. Nie ma. Wracamy na koniec kolejki. Patrzymy w przewodnik, internet (darmowy na stacji!). No to może Sukhotai? Też nie ma miejsc. A kiedy są? Na północ za dwa dni. No to kolejny powrót na koniec kolejki i kolejny rzut oka na mapę. No to może jednak pojechać w dwóch rzutach. Najpierw gdzieś blisko, a kolejnego dnia nocnym. Jedziemy więc do Lopburi (godzina drogi z Ayutthay’i) a bilety do Chiang Mai kupujemy na kolejny dzień.

I tak proszę państwa planujemy nasze podróże. Może dlatego ciężko nam wyjechać na przepisowe 2 tygodnie…:)
Damy radę!

Damy radę!

*Wierutne kłamstwo, zawsze mieliśmy dobre chęci i nigdy nam nie wychodziło – raz na przykład wybraliśmy się autostopem do Dublina bez mapy, śpiworów i pieniędzy. Skończyliśmy w West Bay, Dorset (choć, żeby nie było, Dublin po drodze też zaliczyliśmy), co zresztą okazało się na tyle przyjemnym miejscem, że wracaliśmy tam jeszcze wiele razy. I nie był to jedyny przypadek podróżowania „na żywioł”. Jako-takie planowanie odstawialiśmy tylko, kiedy wyjeżdżaliśmy większą ekipą, głównie dla zachowania pozorów.

(Visited 258 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *