DSC

Czy Katowice to miasto ogrodów najlepiej jest przekonać się wjeżdżając na wieżę wyciągową kopalni nieopodal Spodka. Widok jest imponujący, bo praktycznie nic go nie przesłania. Jest zielono, ale nadal to co tutaj najcenniejsze, chowa się pod ziemią.

Katowice – skarby schowane pod ziemią

Do Katowic przyjechaliśmy na zaproszenie Śląskiej Organizacji Turystycznej. Program mieliśmy mocno napięty, więc musieliśmy się tam pojawić wcześnie rano. Uznaliśmy więc, że skoro akurat o tej porze mamy szybki pociąg z Warszawy i to w dodatku za pieniądze porównywalne z kosztem benzyny, to najwyższy czas przeprosić się z PKP i te trzy godziny spędzić w wygodnym wagonie. Okazuje się jednak, że choć wiele na kolei się zmieniło, to kupienie czterech miejsc obok siebie w pociągu, w tym dwóch dla dzieci o różnych zniżkach przerasta system informatyczny. Dostaliśmy więc cztery miejsca, z których żadne nie było obok pozostałych… A że był to wagon bezprzedziałowy, to ustalenie z kilkoma podróżnymi w miarę znośnej konfiguracji nie było takie proste.

DSC04025

Ale udało się i dojechaliśmy całkiem punktualnie. Przez miasto tylko przemknęliśmy, pokonując trasę od Dworca do Strefy Kultury. Do Katowic podchodziliśmy z mocną rezerwą. Ostatnio byliśmy tutaj cztery lata wcześniej i miasto wywarło na nas średnie wrażenie. Wtedy mieliśmy jeden wieczór w środku tygodnia i poszwendaliśmy się chwilę po centrum. Było pusto, szaro i smutno. Tym razem czasu mieliśmy jeszcze mniej, bo zaledwie kilkadziesiąt minut. Ale wrażenie było zgoła inne.

Co prawda brutalny dworzec z charakterem zastąpiono kolejną nijaką i radosną galerią handlową, za to po wyjściu z niej można odetchnąć pełną piersią. Na zewnątrz poczuliśmy się kiedyś jak na Alexanderplatz. Duża przestrzeń, żywy deptak, tramwaj przecinający strefę pieszą, co w Warszawie jest zupełnie nie do pomyślenia. A dodatkowo bogata w detale stara architektura. Oczywiście w bocznych uliczkach kierowcy nadal grzeszą po wschodnio-europejsku, parkując gdzie się da. A projektanci z uporem maniaka wrzucają pieszych i rowerzystów do jednego worka, przez co drogi rowerowe radośnie wiją się po chodnikach. Ale poza tym wszędzie zmiany, zmiany, zmiany i to w słusznym, bardziej ludzkim i promiejskim kierunku.

Katowice jest miastem kosmitów od początku lat 70-tych, kiedy przy alei Korfantego wylądował Spodek. Teraz w jego sąsiedztwie wyrósł jeszcze kompleks budynków z zupełnie innej bajki. To Strefa Kultury wraz z Muzeum Śląskim na terenach dawnej kopalni „Katowice”.

Katowice. Muzeum Śląskie

Muzeum Śląskie na powierzchni

Jesteśmy architektonicznymi laikami, ale to kolejne miejsce po Filharmonii Szczecińskiej, które wywarło na nas duże wrażenie. Symbolika jest jasna, ale nie prostacka, industrialne detale dawnej kopalni Katowice są doskonale zachowane i wkomponowane w nową tkankę i nie czuć w tym zgrzytu, sztuczności czy kiczu. Na powierzchni uwypuklono czerń węgla i czerwień ceglanych familoków. Pod ziemią jest sterylnie biało (choć toalety są, podobnie jak w Szczecinie czarne), inne kolory łamią biel w salach tematycznych i na wystawach. Podziemne sale są doświetlone naturalnym światłem dzięki nadbudowanym świetlikom. Wpuszczenie słońca do kopalni, tam gdzie wcześniej ono nie docierało, otwiera dla wszystkich krainę śląskiego. A umieszczenie pod ziemią wystaw opisujących bogatą kultura pogranicza, na którą przez wieki wpływały różne prądy, idee, religie, dążenia narodowościowe pozwala zrozumieć, że Śląsk to nie tylko węgiel. Choć ta tradycja – ciężkiej, niebezpiecznej i honorowej pracy, zajmuje oczywiście w Muzeum odpowiednio wiele miejsca. Mało tego, muzeum to nie tylko fascynujące miejsce dla dorosłych. Atrakcji dla dzieci było tam tyle, że ciężko je było stamtąd wyciągnąć!

Katowice. Muzem Śląskie

Muzeum Śląskie pod ziemią

Jako że przyroda lubi równowagę, to po zejściu pod ziemię – w głąb śląskiej kultury i historii, można od razu wjechać na szczyt dawnej wieży wyciągowej kopa. Z wysokości 47 metrów widać panoramę Katowic i okolic. Na pierwszym planie sporą część horyzontu zajmuje superjednostka, która z tej perspektywy wygląda całkiem zgrabnie, filigranowo, może nawet trochę rozczarowująco. Liczyliśmy trochę na betonowego kolosa, który stłumi okolicę i całkowicie ją sobie podporządkuje jak jakiś architektoniczny superbohater.

Widok na drugą stronę to mieszanka zieleni i kominów. Wszyscy ciężko pracują. Podmiejskie kominy wyrzucają w niebo kłęby dymu, a miejskie drzewa trudzą się, by potem to CO2 przerobić na coś przyjemniejszego. Katowice mają jeden z najwyższych współczynników terenów zielonych w granicach miasta, stąd nadana sobie nazwa „miasta ogrodów”. Industrialny charakter okolicy jest jednak dobrze widoczny. I w sumie dobrze, z czegoś trzeba te ogrody utrzymać.

Katowice ze sobą ten sam problem, co stan New Jersey w USA, który sam siebie nazywa „stanem ogrodów” („The Garden State”). Tam też trudno przebić się z tą nazwą, bo wszyscy kojarzą okolicę z industrialnymi krajobrazami widocznymi z głównej autostrady. I tu, i tam, trzeba najpierw przebić się przez tą skorupę złożoną z fabryk i różnych zakładów. Dopiero za nią kryje się uspokajająca zieleń.

Muzeum Śląskie

Muzeum Śląskie kilkadziesiąt metrów nad ziemią

Z wysokości 47 metrów Katowice wyglądają na miasto zmian. Buduje się naprawdę sporo i skoro my, nie znając wcześniejszych Katowic, to dostrzegamy, to dla innych zmiany muszą być rewolucyjne. Ale widać też niestety problem, z którym boryka się Warszawa, czyli szerokie arterie szatkujące miasto, które dodatkowo obrastają wysokimi na dwa piętra ekranami akustycznymi.

Dość powiedzieć, że na całą Strefę Kultury i Muzeum Śląskie mieliśmy całe półtorej godziny. My, którzy potrafimy spędzić kilka godzin w naprawdę średnich muzeach. Podejrzewamy, że gdyby nie napięty program, to tylko pod ziemią wyrobilibyśmy pełną górniczą zmianę, a potem jeszcze wiele godzin biegalibyśmy po Katowicach, kończąc dzień w jakimś multitapie przy kilku szklankach dobrego piwa, może czegoś z Browaru Kraftwerk, albo innych ślunskich piwowarów.

Park Śląski – ponad pół tysiąca hektarów atrakcji

Czas jednak gonił i po przebieżce po Katowicach wylądowaliśmy tuż za miedzą, czyli w Parku Śląskim w Chorzowie. To jest właśnie ten główny ogród okolicy. Park ma według różnych źródeł od 520 do 620 ha powierzchni, co czyni go jednym z największych parków miejskich w Europie. Jak zwiedzać Park Śląski z dziećmi?

Park od początku miał mieć dwie wydzielone części, cichą – leśną, znacznie większą, która w założeniu sprzyjała mniej lub bardziej aktywnej rekreacji oraz głośną – wystawowo-kulturalną, w której zlokalizowano większość „sztandarowych” projektów – Stadion Śląski, Śląskie Wesołe Miasteczko czy zoo.

Chorzów. Park Śląski

Park Śląski z góry

Park Śląski powstał tuż po wojnie na początku lat 50-tych. To już czyni go miejscem szczególnym. Kiedy cały kraj budował socjalizm, a wielkie fabryki czy zespoły odbudowujące zniszczone miasta wyrywały sobie niewielkie dostępne ilości materiałów, ktoś, a dokładnie gen. Ziętek zapragnął zbudować na granicy trzech śląskich miast wielki park. I pomysł zrealizował.

Budynki na terenie parku miały wyróżniać się architekturą. Niektóre realizowały uznane nazwiska, inne były dziełem projektantów, którzy właśnie skończyli studia i dopiero zaczynali zawodową przygodę. Części zaprojektowanych budynków nigdy nie zrealizowano (np. palmiarni), część rozebrano (np. wysoką na ponad 50 metrów wieżę szklarniową). Udało się jednak zrealizować nie tylko kilka naprawdę ciekawych projektów, ale też takich, które albo były, albo nadal są „naj”. Jest więc Stadion Śląski, który gościł największą widownię w historii meczu piłkarskiego w Polsce (120 000 ludzi na meczu Górnik Zabrze – Austria Wiedeń w 1953 roku), jest największe i najstarsze planetarium w Polsce, jest największe w Polsce i jedno z największych w Europie Rosarium.

Park Śląski z góry

Plaża w Parku Śląskim

Park trudno zniósł próbę czasu. Najmocniej odbiły się na nim trudne lata 80-te, ale po 1989 roku dziki kapitalizm też mu nie wyszedł na dobre. Trudno było zapanować nad ładem przestrzennym, pojawiły się tandetne budy, niekonsultowane zmiany detali czy kolorów. Część atrakcji nie wytrzymała zderzenia z czasem i nową ekonomiczną sytuacją, jak kąpielisko „Fala”. Kiedyś duma parku, teraz zapuszczone i ostatecznie zamknięte. Koszty remontu byłyby ogromne, a wpływy z biletów prawdopodobnie nie starczyłyby nawet na bieżące funkcjonowanie i regulowanie wszystkich rachunków. Zamknięto kolejkę wąskotorową, Stadion Śląski najpierw zamknięto, a potem poddano kosztownej i znacznie dłuższej niż planowano przebudowie.

Od kilku lat park ma lepszą passę. Odżył skansen, o którym szerzej za chwilę, uruchomiono na części trasy kolej wąskotorową, znów kursuje kolej linowa Elka, z wielką nadzieją wszyscy patrzą na słowackiego inwestora, który pojawił się w Śląskim Wesołym Miasteczku i zobowiązał się do zainwestowania ponad 100 mln złotych.

Park Śląski

Śląskie Wesołe Miasteczko

Wizytę w Parku Śląskim zaczęliśmy od Planetarium. „Województwo stalinogrodzkie doczekało się też – jako pierwsze w kraju – budowy planetarium i obserwatorium ludowego” – pisała w 1955 roku „Trybuna Robotnicza”. Planetarium to architektura szczególna – jeden z najwybitniejszych budynków późnego polskiego modernizmu, który w dodatku powstał w czasach dogmatycznego socrealizmu. Budynek przypomina Saturna z pierścieniami, w kolejnych latach obrósł kilkoma innymi mniejszymi, swoistymi naturalnymi satelitami – wybudowano przy nim obserwatorium, stację sejsmologiczną i stację klimatologiczną. Planetarium dostało też najnowocześniejszy na owe czasy projektor, co też szumnie ogłoszono w prasie, bo wyprodukowały go NRD-owskie zakłady Carla Zeissa.

Planetarium - obowiązkowy przystanek w Parku Śląskim z dziećmi

Planetarium – statek kosmiczny wylądował

Początkowo robotnicze Katowice mogły podziwiać Planetarium w pełnej okazałości. Świeże nasadzenia w parku ledwo odbiły od ziemi i budynek górował nad okolicą. To zresztą był pewien problem, bo do planetarium było po prostu… daleko. Dopiero w kolejnych latach uruchomiono kolejkę wąskotorową, zabudowano też okolice za parkiem.

Do Planetarium trafiliśmy na pokaz „Podróży Małego Księcia”. Nie jest to najlepszy pokaz, jak zdarzyło nam się widzieć w planetariach, ale oferta jest na tyle szeroka, że każdy znajdzie coś dla siebie. W repertuarze jest kilkanaście rożnych pokazów, które odbywają się raz dziennie w tygodniu i kilka razy w sobotę i niedzielę. Grunt, że podobało się dzieciakom, a trochę ich z nami było, bo poza Maćkiem i Kaliną był jeszcze Edi z Ate Trips, Malwinka z Kasai i Wszędobylska Alicja.

Planetarium w Parku Śląskim z dziećmi

Planetarium – obce formy życia

Z pokazu przedostaliśmy się szybko przez leśne części parku pod zoo, by tylko rzucić okiem na XIX-wieczną, kamienną bramę przeniesioną tu z doszczętnie zburzonego pałacu Donnersmarcków w Świerklańcu.

Brama do zoo w Parku Śląskim

Brama do zoo w Parku Śląskim

Chwilę potem czekaliśmy już w kolejce do Elki – elektrycznej linowej kolei, która po kilku latach przerwy ruszyła znów w 2013 roku. Swego czasu miała prawie 6 kilometrów długości, teraz gondole i czteroosobowe krzesełka kursują na skróconej, 2-kilometrowej trasie między wesołym miasteczkiem a stadionem.

Park Śląski - kolejka linowa

Park Śląski – kolejka linowa

Krzesełka są dla większych, gondole dla mniejszych, więc połowa z ośmiu stóp pomknęła grzecznie w gondoli. Park, trzeba wspomnieć, dba o swoich gości, czym chłodniej, tym gondoli jest więcej, latem za to większa szansa, że trafimy na naturalnie klimatyzowane krzesełka. Z Elki widać sporo. Można docenić Rosarium, jak na dłoni widać Wesołe Miasteczko, plażę (tak, tak, nawet aglomeracja śląska ma swoją!), kolejną architektoniczną perełkę czyli Kapelusz, a na koniec inwestycyjną studnię bez dna, czyli nowy Stadion Śląski. Polecamy, tej przejażdżki zdecydowanie nie należy przegapić.

Kapelusz. Architektoniczna perełka Parku Śląskiego

Kapelusz. Architektoniczna perełka Parku Śląskiego

Kiedy już wszystkie osiem stóp dotknęły ziemi, skierowaliśmy się do skansenu, bardziej oficjalnie zwanego Górnośląskim Parkiem Etnograficznym. Zaczęliśmy od zasłużonego posiłku. Skansenowa karczma uraczyła nas iście ślunskim jadłem, czyli łobiodem, a więc roladą (co my tu bardziej na północy nazywamy zrazem), kluskami i modrą kapustą. Na pobudzenie smaku wjechał jeszcze przepyszny rosół. Dla nas był wstępem, dla dzieci wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. A my? Dobrym zrazem, tfu, roladą nigdy nie pogardziliśmy, kluski dopełniły dzieła. Gorzej z czerwoną kapustą na ciepło. Z tym warzywem, szczególnie w jego ciepłej postaci, nie jest nam po drodze, więc delikatnie oddzieliliśmy je od reszty i to reszcie poświęciliśmy całą uwagę.

Park Śląski. Stadion

Jasne niebo na Stadionem Śląskim

Warto było się posilić, bo skansen jest spory i ma wiele do pokazania, a więc i nie mało trzeba się nachodzić. Na sporym terenie zgromadzono budynki nie tylko ze Śląska, ale podobnie jak w przypadku województwa śląskiego, który w swojej ekspansji terytorialnej wykroczył poza historyczny Śląsk, tak i tutaj zobaczymy chaty chociażby z Zagłębia. W założeniu skansen miał pokazywać rozwarstwienie ale i wspólne elementy w budownictwie wiejskim w XIX wieku.

Skansen w Parku Śląskim

Największa atrakcja skansenu to kościół św. Józefa Robotnika z Nieboczów z końca XVIII wieku. Świątynia trochę w swym życiu przeszła. Najpierw przeniesiono ją do Kłokocina, a do Parku Śląskiego trafiła dopiero 20 lat temu. A poza tym można zajrzeć do wiatraka (a jak już może zauważyliście, mamy słabość do wiatraków), do chat bogatszych i biedniejszych chłopów, dzieci mogą zasiąść w ławkach wiejskiej szkoły i podpisać się piórem umaczanym w atramencie. A na koniec wizyty polecamy jeszcze wirtualną szafę i zdjęcie w stroju cieszyńskim, rozbarskim, beskidzkim i pszczyńskim. Do wyboru, do koloru!

Skansen w Parku Śląskim

Przez wiele lat skansen żył sobie cicho na uboczu Parku. Teraz również trudno uwierzyć, że kilkaset metrów dalej jest wielkie miasto. Drewniane chaty pośród łąk, budynki gospodarcze w cieniu rozłożystych drzew, owce… Od kilku lat skansen trochę ożył i zrobił się głośniejszy. I to dosłownie. W kamieniach pochowano głośniki, dzięki którym słychać dawne życie wsi, szczekają psy, rżą konie, w kościele z Nieboczów modlą się i śpiewają wierni. Odbywają się warsztaty dla najmłodszych, rekordy popularności bije wirtualna szafa. Dla niespiesznych rodzin skansen to co najmniej pół dnia wyjęte z życiorysu. Dużą zaletą skansenu są pracujący w nim ludzie, po których widać, że naprawdę im się chce i dokładają wszelkich starań, by wizyta u nich była niezapomniana!

Skansen w Parku Śląskim

Żegnaliśmy Katowice i Chorzów z dużym poczuciem niedosytu. Ale widocznie taka to strategia Śląskiej Organizacji Turystycznej. Dać stopom palec, żeby potem sami wrócili po rękę…

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Macie rację to są zmiany rewolucyjne. Wychowałam się w Katowicach i gdy teraz od czasu do czasu je odwiedzam nie poznaję rodzinnego miasta. Zaskoczyliście mnie opinią o Superjednostce. Filigranowa? Nieeee to moloch okrutny 🙂 Szkoda, że mieliście tak mało czasu. Katowice skrywają wiele ciekawych miejsc. Pozdrawiam serdecznie.

    • Właśnie dziś i jutro jesteśmy znowu w Katowicach (zapraszamy na pokaz dzisiaj o 15!) i mamy nadzieję zobaczyć więcej!

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *