
Mosty. Amerykańskie mosty wzbudzają nasz zachwyt już od dawna, a tutaj jest ich tyle, że możemy się zachwycać po kilka razy dziennie. Wiele z nich wybudowano w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Większość z tych na „101” zaprojektował Conde B. McCullough. Był to projektant całkiem sprawny, bo w sumie zostawił po sobie około 600 przepraw. Te na „101” to albo betonowe łuki, albo metalowe kratownice, teraz pomalowane na zielono, co budzi „domowe” skojarzenia z mostem Gdańskim w Warszawie. Mosty McCullougha są zimne i surowe, ale fantastycznie wpisują się w oregońskie pejzaże. Nie zdecydowaliśmy się niestety zjechać trochę w głąb Oregonu, gdzie jest jeszcze trochę zakrytych mostów. Jeśli ktoś jednak będzie się wybierał przez ten stan samochodem, to warto odbić kilkadziesiąt mil z wybrzeża na wschód i przejechać się, którymś z takich drewnianych mostów. Zostało ich tylko jeszcze około trzydziestu.
Oregońskim latarniom trudno odmówić uroku. Budowano jest od 1870 do 1896 roku. Część służyła jeszcze w latach 60., aż wyparła je nowoczesna technika. Potem niektórymi się zaopiekowano, a niektóre czekały aż je rozkradną i zniszczą. Część doczekała się generalnego remontu dopiero kilkanaście lat temu. Różnych też mają właścicieli. Większość stoi na terenie parków stanowych, ale Oregon nie zawsze każe płacić za wjazd. Ponieważ jesteśmy w USA, więc któraś latarnia musi być najcośtam na świecie. Oregon chwali się, że Haceta Head Lighthouse to najczęściej fotografowana latania morska na świecie. Nie wiemy, jak do tego doszli (policzyli w stockowych zbiorach), ale fakt faktem, że popkultura po nią sięga, jak na przykład fiński zwycięzca eurowizji Lordi („The Ghost of the Haceta Head”). Jednym słowem: Koniecznie!
Lwy morskie. Niedaleko miejscowości Florence znajduje się jaskinia lwów – przewróć stronę – morskich. Wstęp kosztuje 14 USD od dorosłego, bez problemu można znaleźć kupony zniżkowe. My jednak mieliśmy szczęście. Trafiliśmy na 80. urodziny jaskini. Nie dość że wstęp kosztował nas tyle co 80 lat temu czyli 25 centów od osoby, to jeszcze załapaliśmy się na darmowe tort, kawę i wino:)
Po uiszczeniu opłaty za wstęp przechodzi się drewnianym pomostem z którego widać mnóstwo lwów morskich pływających sobie radośnie przy brzegu, do wybudowanej w 1961 roku windy. Winda w 50 sekund zwozi nas ponad 60 metrów w dół do jaskini. Stamtąd można obserwować lwy morskie pluskające się w wodzie, wylegujące na skałach i radośnie porykujące. Nieco śmierdzi ale i tak jest super. Poza tym z drugiej strony jaskini widać wspomnianą wyżej latarnię, więc można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Wieloryby. Pływają tędy dwa razy w roku i podobno nietrudno je wypatrzeć. My mieliśmy pecha. Raz gość koło nas zrobił zdjęcie dwóch dosłownie pół minuty przed naszym przyjściem. Opowiadał też, że poprzedniego dnia kawałek dalej widział przepływające stadko składające się z pięciu sztuk. Koniec kwietnia to jednak nie jest najlepszy czas na wypatrywanie migrujących wielorybów. Najlepiej przyjechać w marcu, choć wtedy warto się naprawdę ciepło ubrać.
Zerowy Sales Tax. Jak to miło płacić dokładnie tyle, ile jest napisane… Oregon odbija sobie wysokim (stosunkowo) podatkiem dochodowym, ale to akurat nas nie rusza (w sumie to niestety). Jak pokreśliła nasza gospodyni z Florence, sales tax raczej nieprędko się pojawi w Oregonie, bo jego wprowadzenie musi być zatwierdzone w referendum…
Wino i ser. Winnice ciągną się od Kaliforni i jeszcze w Waszyngtonie będą się nimi chwalić (choć z kawą idzie im zdecydowanie lepiej). Ser pojawia się w północnym Oregonie w miejscowości Tillamook, gdzie natężenie krów na metr kwadratowy osiąga najwyższe wartości a powietrze zalatuje krowim łajnem (cóż, coś za coś). Tillamook to regionalne centrum produkcji serów z dwiema fabrykami sera, które otworzyły się na ludzi. To Blue Heron, gdzie ser jest smaczniejszy (może dlatego, że to brie), ludzi mniej, kawiarnia przyjemna i w ogóle jakoś tak miło i kameralnie, oraz Tillamook Cheese Factory. To prawdziwa instytucja i duma Oregonu, choć, patrząc po gościach, rozrywka raczej mało wyśrubowana. Ser (cheddar) mają gorszy niż w Bue Heron, ludzi tłum, ale za to są niezłe lody i można obejrzeć sam proces powstawania sera – i na filmie, i na żywo ze specjalnego punktu widokowego. Jest też trochę o historii regionu i wyrobu sera.
To kolejne fantastyczne boondockowe doświadczenie przypomniało nam Linn i Lynn z Luizjany oryginalnie wywodzących się z – uwaga uwaga – Oregonu! Jodi i Milly poznały się … w teksańskim więzieniu. Ale nie, nie dzieliły celi. Po prostu obie tam pracowały. Jodi w biurze, Milly, po śmierci męża, żeby utrzymać trójkę dzieci musiała wziąć to co było, czyli posadę więziennego strażnika. Potem trochę razem popodróżowały, aż w końcu kupiły domek w dawnym rv parku dla leśników a obecnie zwykłym, przyjemnym trailerowym osiedlu.
Jodi i Milly to kompletne przeciwieństwa. Jodie radosna, otwarta i pełna optymizmu co chwila komuś pomaga, rozdaje rzeczy potrzebującym i mimo że kilka miesięcy temu złamała kość biodrową planuje podróż swoim trycyklem przez Stany, Milly jest dużo cichsza i bardziej zamknięta w sobie, jej mama pochodzi z Polski i gdy opowiadaliśmy o naszym kraju (np. o tym, że Polacy są niezbyt szczęśliwi i „tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku”*) to doszliśmy do wspólnego wniosku, że po prostu nosi w sobie polskie geny. Mimo wszystko idealnie pasują na współlokatorki i obie przyjęły nas jak rodzinę. Zajmowały się dzieciarnią, gotowały dla nas, a my dla nich i spędziliśmy długie godziny na pogaduchach. Powiemy tyle: planowaliśmy zostać tam dwie noce, zostaliśmy cztery.
Z kolejnymi boondockowymi gospodarzami zostaliśmy już nieco krócej, dwie noce, i przegadaliśmy tylko jeden wieczór, ale to dlatego że czas zaczął nas gonić. Sheila i Earl okazali się niezwykle ciekawą parą, ona przepracowała długie lata w szpitalach, on był w armii, mieszkali w wielu miejscach, w tym na łodzi na Hawajach. Ona pochodzi z San Francisco, on jako dziecko przez 4 lata mieszkał… na Alcatraz, gdzie pracował jego ojciec! Był więc jednym z „dzieci Alcatraz”, które zajmują całkiem ważne miejsce na wystawie w murach Skały. Jak tam było? Earl mówi, że fantastycznie, jak w małym miasteczku a jednocześnie w światłach wielkiego miasta i zaledwie kilkanaście minut promem. Uraczeni jabłkowymi przetworami, z garścią dobrych rad co zobaczyć po drodze, z żalem od nich wyjeżdżaliśmy.
Pogoda. No dobra, nie ma miejsc idealnych, to akurat jedyny chyba minus Oregonu. Pogoda przez większość naszego tu pobytu przypominała nam nieco naszą zeszłoroczną majówkę nad Bałtykiem (kiedy to przez całą Polskę przetoczyła się fala upałów, a tam gdzie my byliśmy było jakieś 5 stopni i wiatr urywał głowy), ale i z tego Oregon potrafił zrobić zaletę – po prostu reklamuje się jako latawcowa i windsurfingowa stolica świata. Nie spróbowaliśmy, głównie dlatego, że jak już przeszliśmy przez wydmy i zobaczyliśmy plażę, to Maciek odmówił dalszej wędrówki.
Sorry, the comment form is closed at this time.
Magdalena S-K.
Niesamowite widoki…