
Kto z szanownych czytaczy słyszał o Wielkim Kanionie? Wszyscy. A o Dolinie Śmierci? Znakomita większość. A kto słyszał o Big Surze? No właśnie, chyba mało kto kojarzy to miejsce. Nawet czytelnicy Jacka Kerouca pewnie byli tak wymęczeni jego epopeją „W drodze”, że po „Big Sur” już nawet nie sięgnęli.
Tak było z nami. „W drodze” chyba nie zmęczymy nigdy. A póki nie zaczęliśmy szykować się do tej podróży, o Big Surze wiedzieliśmy niewiele. Wprawdzie pojawia się on w piosence Red Hot Chilli Peppers „Road Trippin”, ale póki człowiek nie zobaczy, to nie zrozumie o co im chodzi jak śpiewają: „Blue, you sit so pretty West of the One”.
A chodzi o ocean leżący na zachód od Jedynki, czyli autostrady (dużo powiedziane) numer jeden. Jedynka ciągnie się ponad tysiąc kilometrów przez prawie całą Kalifornię, zaczynając się na południu w okolicach Los Angeles. Jej najpiękniejszy fragment to okolice Big Sur – nadmorskiego regionu rozciągającego się mniej więcej od kanionu San Carpóforo kilkanaście mil na północ od San Simeon.
Big Sur i Jedynka. RV or not RV?
Jadąc od wschodu z Pustyni Mojave, dojechaliśmy do Jedynki na południowym skraju Big Sur. Randy, nasz gospodarz z Rosamond, poradził nam, by właśnie tam zacząć naszą przygodę z Jedynką. Według niego bardziej południowa część mogłaby być jednak zbyt dużym wyzwaniem dla naszego świeżo naprawionego i wciąż niepewnego jeepa. Po tym co widzieliśmy w Big Sur bardzo żałujemy, że nie ufaliśmy samochodowi na tyle, by wcześniej wjechać na Jedynkę. Jej część na północ od San Simeon to jedno z piękniejszych miejsc, jakie w życiu widzieliśmy.
Było to 100 mil podniebnej podróży, gdzie z jednej strony dotykaliśmy morza, a z drugiej pięknych zielonych gór. W pewnym momencie wydawało nam się nawet, że góry nie są pokryte trawą, ale zielonym zamszem. I akurat było bliskie prawdy, bo była to zielona tkanina zapobiegająca osuwaniu się ziemi. Niemniej jednak góry były pięknie zielone. Do tego droga wije się nawet 100 metrów nad oceanem, od którego dzieli nas tylko barierka. Pacyfik rozbija się o dramatyczne klify, a sam brzeg spowija lekka mgła. No i niebieskość ciągnącego się po horyzont oceanu. Po prostu bajka.
W anglosaskim internecie można spotkać wiele dyskusji, które stanowczo odradzają wyprawę wszelkimi RV po tej części Jedynki. Trasa jest opisywana jako kręta, niebezpieczna i mordercza dla samochodu. Tymczasem jeśli chodzi o jej skalę trudności to dorównuje ona standardowej polskiej drodze powiatowej. Największym strapieniem Amerykanów jest chyba to, że ma tylko jeden (!!!!) pas ruchu w jedną stronę. Bywa faktycznie wąska, ale nie na tyle, żeby nie mogły się minąć dwa rv.
Jadąc z przyczepą blokuje się co prawda inne samochody z tyłu, ale co kilka mil są zjazdy na poboczach, gdzie można się zatrzymać, by puścić niecierpliwców. Można też wybrać mniej popularne godziny, żeby się nie stresować. My połowę trasy zrobiliśmy tuż przed zmierzchem, kiedy na drodze było już naprawdę pusto. Poza brakiem presji w tylnych lusterkach mogliśmy się też na spokojnie pozachwycać zachodzącym za horyzontem słońcem.
Minus jazdy z przyczepą był jeden. Większość atrakcji po drodze jest niedostępna dla samochodów z przyczepami. Nawet miasteczka pod sam koniec najpiękniejszej części Jedynki, czyli na przykład Carmel to bardzo zły pomysł do jazdy z RV. My nierozważnie wjechaliśmy właśnie do Carmel i wąskie strome uliczki nas szybko stamtąd wygoniły. Nie było gdzie zaparkować, skręty były za ostre, podjazdy i zjazdy za strome. Zdecydowanie nie polecamy.
Co warto odwiedzić po drodze? Można zajechać do Hearst Castle, czyli rezydencji zbudowanej przez Williama Hearsta (tego od Aviatora). My ją niestety ominęliśmy, bo była nam trochę czasowo nie po drodze (mijaliśmy ją już prawie po zmroku). Warto zajechać do różnych parków, takich jak np. park stanowy Julia Pfeiffer Burns. Nie są dla przyczep, więc musieliśmy sobie darować.
Zajechaliśmy za to do kawiarni Nepenthe, która choć do najtańszych nie należy, to nie ma jej o co winić. Za takie widoki można zapłacić grube pieniądze. Jeden z siedzących obok nas gości mówił nawet, że widzi poniżej płynącego wieloryba, ale to już chyba były omamy wywołane zbyt dużą ilością ciasta i kofeiny. My go nie dostrzegliśmy. Trzeba jednak pamiętać, że to okolice, w których wieloryby migrują. Warto więc sprawdzić ich kalendarz przed zaplanowaniem przejażdżki po Big Sur.
Big Sur. Ocean, mosty, darmowe kempingi…
Mieliśmy też okazję przejechać obfotografowanym mostem Bixby górującym 80 metrów nad wodą i zbudowanym w latach 30-tych. Tuż obok niego jest oczywiście punkt widokowy. Zostaliśmy na nim wzięci za Rosjan. Cóż za ironia, bo Rosjanami była obecna też tam para nowojorsko wyglądających hipsterów z wielkimi obiektywami w wynajętej C-klasie.
Zanocowaliśmy pod pięknym rozgwieżdżonym niebem Big Sur na darmowym kempingu (a właściwie poboczu bocznej drogi) kilkadziesiąt mil na północ od San Simeon. Przepiękne miejsce w małej zatoczce, na stromym wzgórzu z widokiem na ocean. Jedynym minusem był fakt, że droga była dosyć stroma, więc nawet nie próbowaliśmy równać przyczepy do poziomu. Spaliśmy jednak cudownie. Dla tych co są gotowi zapłacić, tuż obok jest kemping Kirk Creek. Warto!. To podobno jednen z dziesięciu najpiękniejszych kempingów w USA. W dodatku jak na taką renomę, to nie jest przesadnie drogi (w 2013 roku trochę ponad 20 USD).
Monterey – zabytki (!), chowder na molo oraz LWY
Przygodę z Jedynką zakończyliśmy w Monterey. To miasto, z którego bez większych problemów można odbić na „normalną” autostradę, czyli 101, a nią szybko i bezproblemowo pojechać na północ do San Francisco, albo, jak w naszym wypadku, do San Jose, gdzie mieliśmy nagrany nocleg na parkingu polskiego kościoła. Monterey to stolica hiszpańskiej i meksykańskiej Kalifornii. Ma kilka ciekawych zabytków z końca XVIII i początku XIX wieku. My jednak zatrzymaliśmy się tam głównie, żeby coś zjeść.
Na jedzenie polecamy port z molo. Idąc jego główną aleją można spróbować za darmo clam chowder, czyli kremu z mięczaków typowego dla tego rejonu Kalifornii. Wszystkim, którzy nie lubią owoców morza, od razu powiemy, że smakuje on bardziej jak krem z pieczarek niż z owoców morza.
Tak czy inaczej, jak ktoś ma ochotę na darmowy obiad i lubi zupy może się po prostu przespacerować po molo, dostając w praktycznie każdej restauracji malutką miseczkę chowdera do spróbowania. My zalegliśmy w restauracji na samym końcu molo i skusiliśmy się na łososia oraz płaszczkę. Były smaczne, ale bez rewelacji.
Rewelacyjne były za to wylegujące się w porcie na specjalnej platformie lwy morskie (a może to były foki?), starsze leżały jedna na drugich, młodsze, czasem zganiane przez dominującego samca, ganiały się wodzie wokół platformy. Dobry widok, by nabrać apetytu na coś z oceanu, choć może niekoniecznie fokę czy innego lwa morskiego… W końcu to nie Kanada! Najedzeni ruszyliśmy do San Jose, które zostało naszą bazą wypadową do San Francisco na następnych parę dni.
Sorry, the comment form is closed at this time.
Historybka
Olaaa, czy możesz mi nałapać trochę tego błękitu w butelkę i wysłać priorytetem?
Aga z pierwszego, na Rzepichy
osiemstop
Aga, jakby się dało to byśmy kontenerami do Polski wysyłali:)
Domi
Piękny Big Sur!
My widzieliśmy go tylko w gęstej białej mgle 🙁