
Aleppo. Pocztówka z nieistniejącego miasta
Aleppo, Halab… Brzmi obco, egzotycznie, jak miejsce nie z tego świata. Ale zagłada jego mieszkańców nie jest abstrakcyjna. Ludzie, tacy jak my, Wy, jak nasi przyjaciele, sąsiedzi, dzieci, giną tam każdego dnia. Spadają na nich bomby, zasypują ich mury domów. My, warszawiacy powinniśmy podskórnie czuć tą zagładę. W końcu kiedyś nasze miasto też przestało istnieć.
Nasza przygoda z Syrią zaczęła się w pewne wrześniowe popołudnie 2003 roku. Skwar. Reyhanli w południowej Turcji. Małe, ale głośne miasto w południowej Turcji. Od Syrii dzieliło nas już tylko kilka kilometrów. Wybraliśmy się tam w sześć osób, dotarliśmy do Stambułu różnymi drogami, a potem znów się rozdzieliliśmy, żeby w końcu spotkać w tym przygranicznym miasteczku. Tam czuć już było powiew Syrii, która nas tak pociągała. Jeszcze tylko jedna krótka podróż taksówką i będziemy po drugiej stronie.
To był szalony czas na podróż do Syrii i Jordanii. W marcu 2003 roku wybuchła wojna w Iraku. Planowaliśmy więc tę wyprawę dzieląc czas między oglądanie wojny w Iraku na TVN24, a spotkania nad mapą i przewodnikiem. Tak, baliśmy się, i poważnie rozważaliśmy rezygnację z wyjazdu. Ale Syria była wtedy jeszcze bezpieczna i niezwykle gościnna.
Brama Powietrza
Z tureckiej prowincji Hatay głównym przejściem granicznym jest Bab al-Hawa. To po arabsku Brama Powietrza, Brama Wiatru, trasa wielowiekowych, regularnych wędrówek armii muzułmańskich na bizantyjską północ. Gdyby była tam rzeka, to na starym moście pewnie wyryto by dziesiątki inskrypcji kto, gdzie, kogo i kiedy poszedł mordować, bić i palić. Zupełnie jak w Libanie na Nahr al-Kalb. Dla nas Bab al-Hawa stała się bramą do jednej z najbardziej fascynujących podróży w naszym życiu.
Granica Turcji z Syrią okazała się dużo trudniejsza do przejścia niż myśleliśmy. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu okazało się bowiem, że Bab al-Hawa jest zamknięta dla ruchu pieszego. Od Syrii dzieliło nas kilka kilometrów ziemi niczyjej pilnowanej przez snajperów w wieżyczkach strażniczych. Drogę z jednego kraju do drugiego można było tylko przejechać, żadnego łażenia z plecakami. Pozostało dogadywanie się z autobusiarzami lub taksówkarzami, ale ceny jakie rzucali były dla nas, biednych studentów, kosmiczne.
Bab al-Hawa to był już jednak prawdziwy Bliski Wschód, gdzie potrzebujący zawsze zostanie poratowany. W sukurs przyszli nam przemytnicy benzyny. Połowa naszej ekipy przejechała bez problemu. Druga utknęła na środku ziemi niczyjej na dobre pół godziny, kiedy w ich przemytniczym samochodzie benzyna wyparowała do cna. W końcu jednak dotarli do granicy. Nikt nie strzelał, bo i niby dlaczego? W końcu zdarza się, że benzyna wyparuje, a przemytnik z turystami czy bez utknie na drodze. W tamtych czasach zdrowy rozsądek potrafił jeszcze powstrzymać palec na spuście.
Naszym pierwszym doświadczeniem syryjskości był napastliwa wręcz gościnność. Kiedy ukazaliśmy się syryjskim celnikom zajętym głównie pobieraniem łapówek (stawka wynosiła dolara od każdego przejeżdżającego samochodu), rzucili się na nas z pomocnymi radami. A kiedy odpowiedzieliśmy im po arabsku, rozpoczął się prawdziwy teatr. Były uściski, całowanie po policzkach, a na koniec wciskanie całych plików dolarów przy niekończącym się potoku słów w syryjskim dialekcie, którego nawet nie próbowaliśmy zrozumieć. Podziękowaliśmy grzecznie za pomoc i wsiedliśmy w busik do Aleppo.
Przez ciemność do Aleppo
Do miasta wjechaliśmy wieczorem. Ktokolwiek doświadcza pierwszy raz arabskiego stylu jazdy, zwłaszcza wieczorem (nawet po doświadczeniach tureckiego południa i wielkich rond w Izmirze) powinien mieć się na baczności. To masakra. Chaos. VII krąg piekła. Grzegrzółka dyktand z polskiego. Koniec motoryzacyjnego świata…
Jechaliśmy w zupełnej ciemności jednopasmową drogą szumnie zwaną autostradą. Kierowca miał wyłączone światła. Włączał je jako ostrzeżenie, że jedzie, wtedy kiedy było to już zupełnie konieczne, a długimi sygnalizował zagrożenie życia (naszego lub pasażerów w pojazdach z naprzeciwka). Jak po ciemku wiedział, gdzie są progi zwalniające – nie wiemy. Pewnie przemierzał tą trasę kilkanaście razy dziennie, więc nogi same wiedziały gdzie hamować. Jeszcze długo dziękowaliśmy Bogu za ocalenie tego wieczora.
Hostel wybraliśmy z przewodnika. Kiedy do niego szliśmy, podszedł do nas młody chłopak. Nam, nieprzyzwyczajonym jeszcze do syryjskiej gościnności, wydawało się, że to naciągacz, chce nas zaprowadzić na miejsce i wyciągnąć od nas bakszysz, a przecież mieliśmy mapkę, poradzilibyśmy sobie sami. Jakże głupio nam było, gdy po doprowadzeniu nas na miejsce na do widzenia podkreślił, że nic od nas nie chce, po prostu chciał nam pomóc.
Kiedy następnego dnia ruszyliśmy na zwiedzanie Aleppo, miasto nas przytłoczyło. Jakkolwiek szalona i orientalna Turcja wydawała nam się wtedy – w 2003 roku, to przejście do Syrii było wycieczką w zupełnie inną rzeczywistość. W dodatku trafiliśmy od razu w sam środek największej syryjskiej metropolii. Aleppo liczyło wtedy ponad 2 mln ludzi i było (oraz nadal jest) znacznie ludniejsze niż Damaszek.
Aleppo powitało nas zapachami. Dziesiątkami zapachów. Pierwsze poczuliśmy jeszcze wieczorem, gdy szliśmy szukając hostelu brodząc po kostki w rozkładających się śmieciach pozostałych po działającym tam w ciągu dnia bazarze. Smród był trudny do zniesienia. Do tego smutek brudnych zaułków i rozpadające się chodniki, przez które przedzieraliśmy się z ciężkimi plecakami. Przez chwilę mieliśmy ochotę dać jakoś symbolicznie temu miastu znać, że mamy je gdzieś i wrócić do w miarę cywilizowanej Turcji.
Następnego ranka Aleppo nadal nie urzekało nas zbyt mocno. Co prawda Halab po aramejsku oznacza biały, a nazwa przylgnęła do osady bo niegdyś w okolicy wydobywano biały marmur, ale w czasach współczesnych miasto było raczej beżowo-szare. Kolor niewinności przykryły spaliny i kurz, a dawna architektura ginęła w potoku szybko i tanio budowanych domów.
Aleppo – zachwycający szok kulturowy
Ale niechęć szybko ustąpiła. Aleppo nas w siebie wciągnęło. Zapachami, smakami, kolorami, dźwiękami i ludźmi. Świeżo wyciskane soki za kilka złotych – nigdzie na świecie nie udało nam się takich znaleźć. Obłędne jedzenie, chyba najlepsze, jakie znaleźliśmy na Bliskim Wschodzie. W tym słynne miejscowe falafele, którym ulegliśmy. Jeśli miarę miasta mierzy się miejscami polecanymi w Lonely Planet, a bardziej tym, jak takie polecenie potrafi je zepsuć, to Aleppo zdało tę próbę na szóstkę.
Miejscem próby był bar z falafelami niedaleko najstarszego w mieście Hotelu Baron, gdzie Agatha Chrisite napisała część „Morderstwa w Orient Expressie”. Z racji wylewnych recenzji w przewodniku, spodziewaliśmy się chłodnej i zdecydowanie za drogiej obsługi. Tymczasem po kilku wizytach nadal nie wiedzieliśmy, ile te falafele właściwie kosztują. Obsługa wciskała je turystom po kilka sztuk i odmawiała przyjęcia zapłaty, a nikt z długiego ogonka miejscowych nie oburzał się na obsługiwanie przyjezdnych, że nie dość, że za darmo, to jeszcze poza kolejnością. Ba, kelnerzy byli oburzeni, kiedy odmawiało się przyjęcia podarunku, nawet jeśli obdarowany z nieukrywaną satysfakcją używał wyuczonych wcześniej arabskich słów, takich jak „uczulenie na sezam”.
Sałatki oszałamiające zapachem mięty, pyszne falafele, gorące kebaby. Na śniadanie oliwki, jakich nigdy nie jadłam i słone, bardzo słone sery. Na deser – soki wyciskane przy nas z owoców, które już z daleka kusiły swoją egzotyczną intensywnością. A wieczorem zdobyte wino – tu już bez rewelacji smakowych, ale nie o smak przecież chodzi w studenckim piciu wina;)
Pawła, początkującego wtedy arabistę, Syria zachwyciła też językiem. Gdy zapytał swoim bardzo jeszcze marnym arabskim prostego sprzedawcę warzyw o drogę, ten w piękny literacki sposób zaczął nam powoli objaśniać, gdzie mamy iść. Ach ten język! Ani w Jordanii, ani w Libii, ani nawet w Libanie nikt na ulicy nie mówił do nas tak klasycznym i dopracowanym arabskim. W Libanie odpowiadano nam po francusku, w Jordanii po angielsku, w Libii od razu zasuwano z ogromną prędkością dialektem, albo w ogóle od nas uciekano. W Syrii czekała na nas bezinteresowna pomoc, serdeczność i gościnność, no i piękny arabski.
Co jeszcze pamiętamy z Aleppo? Bazar, po którym można było błądzić godzinami, a każde nieśmiałe pytanie o cenę oznaczało zaproszenie na słodką, gorącą jak arabska gościnność herbatę. Chrześcijańskie dzielnice pełne wystrojonych, wymalowanych nastolatek, o długich rozpuszczonych włosach i spódniczkach krótszych niż pokój na Bliskim Wschodzie. Meczety dające przyjemny chłód i wytchnienie. Cytadelę, gdzie co krok trafiało się na piknikującą rodzinę, która chciała się zaprzyjaźnić i zrobić sobie z nami zdjęcie. Sklepikarzy, modlących się na dywanikach rozłożonych tuż za ladą swojego sklepu. Rządowe ceny na mleko, piwo (do kupienia tylko u chrześcijan) i papierosy, o resztę trzeba było się targować. Śmiech sprzedawców na bazarze, gdy próbowaliśmy kupić dwa ogórki i trzy pomidorki, kiedy wszyscy naokoło kupowali wielkie siaty jedzenia na typowy obiad dla typowej syryjskiej rodziny, a ceny podawano za 10 kilogramów. Nie wiedząc co zrobić z naszymi detalicznymi zakupami, przeważnie wciskano nam je za darmo.
Najintensywniejsze wspomnienia, pełne barw, dźwięków i zapachów – to dla mnie suk al Madina, czyli nieporównywalny do żadnego innego bazar w Aleppo. Labirynt złożony z zadaszonych alejek ciągnących się kilometrami, oświetlony snopami światła padającymi z wysokich okienek, wypełniony setkami większych i mniejszych sklepików wśród kilkusetletnich zabytkowych murów. To tutaj biło serce Aleppo. Dziś kompletnie zrujnowany, wtedy – kolorowy, tłoczny, gwarny i rozhandlowany; pachnący kawą, słodyczami i perfumami; pełen głośnych i uśmiechniętych sprzedawców, którzy wszelkimi sposobami próbowali nas zaprosić do swoich kramików. Przekazywana z ust do ust informacja o „six people from Bulanda” płynęła szybciej niż my – ze zdumieniem słyszeliśmy sklepikarzy wołających do nas z daleka po polsku „dzień dobry” i zapraszających na herbatkę. Inni zamiast zaproszenia stosowali bardziej bezpośrednie metody przekonania do zakupu, np. niespodziewane założenie kupującemu dżelaby przez głowę.
Po herbatce i miłej pogawędce przychodziła pora na naukę targowania w praktyce: dwa razy taniej, a może trzy albo cztery? Czasem sprzedawca nas zaskakiwał – jak ten, który oburzył się, że za szybko godzimy się na wyższą cenę. No cóż, targowanie to prawdziwa sztuka. Co robią dziś ci sprzedawcy? Ilu z nich już nie żyje? Ilu szuka gościnności w Europie? Trudno się nad tym nie zastanawiać podczas przeglądania zdjęć pełnych kolorów i intensywnego życia. Obok suku – górująca nad miastem cytadela. Imponujące, surowe mury, do dziś mocne wspomnienie skwaru i prażącego słońca. A z góry – widok na całe, szeroko rozlane miasto pełne strzelających w górę minaretów. Dziś z tego miejsca widać zapewne morze ruin.
I wreszcie wezwanie do modlitwy, zawsze słyszane z kilku miejsc na raz, zlewające się harmonijnie w jeden magiczny dźwięk. Śpiew muezzina, później tak często irytujący (w Libii mieszkaliśmy w domu przy meczecie i wierzcie nam, że kiedy muezzin budzi wasze kilkumiesięczne dziecko codziennie przed godz. 6 nad ranem, to można się zirytować). Wtedy wydawał się zwalniać czas, otwierał szerzej oczy i pozwalał zobaczyć więcej. Z perspektywy czasu doceniliśmy też, jak cudownie dopracowane były to śpiewy. Słyszeliśmy je potem w wielu miejscach na świecie i nigdzie nie brzmiały tak pięknie jak w Syrii.
Ciekawe, czy dziś muezini nadal wzywają do modlitwy, czy przestali wierzyć, że Bóg jeszcze słyszy mieszkańców Aleppo.
Z Aleppo pojechaliśmy na południe: zapierające dech w piersiach zamki krzyżowców, wielkie i soczyste winogrona rosnące w cieniu bazyliki Szymona Słupnika, ludzie zapraszający nas do domów i dzielący się tym, co mieli, nawet jeśli na pierwszy rzut oka było widać, że mają niewiele, świeże figi, których lepki sok spływał po brodzie i rękach, uśmiechnięte, zaczepiające nas dzieciaki, archeolodzy w Palmirze z rozrzewnieniem wspominający współpracę z Polakami, starsi ludzie pamiętający kilka słów po polsku z wycieczek do Sopotu w czasach głębokiego PRLu, księgarnie, w których Paweł spędzał zdecydowanie za dużo czasu, słodka herbata i kawa pachnąca kardamonem, obrazy, smaki, zapachy, dźwięki, wszystkie na raz wracają dziś mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Gdy kilka lat temu rozpoczęła się Arabska Wiosna byliśmy z powodów zawodowych blisko związani z Libią, pozostawaliśmy w stałym kontakcie z naszymi libijskimi znajomymi, śledziliśmy wiadomości, wraz z Libijczykami trzymaliśmy kciuki, żeby Stany Zjednoczone podjęły decyzję o interwencji… Wiemy ile ta interwencja przyniosła kontrowersji, ile osób twierdziło, że Zachód znowu próbuje narzucić swój styl życia, że po co się mieszają (nie mówiąc o licznych teoriach spiskowych jakoby to właśnie USA, Katar czy jeszcze inne „obce siły” miały przyczynić się do wybuchu protestów w regionie, jakby mieszkańcy Tunezji, Egiptu, Libii czy wreszcie Syrii nie mieli własnych poglądów, nie potrafili za siebie decydować, nie mieli prawa do wyrażenia frustracji spowodowanej sytuacją ekonomiczną czy polityczną w ich krajach). W dzisiejszej Libii życie jest dalekie od ideału, ale gdyby nie interwencja NATO, wydarzenia mogłyby się potoczyć tak, jak w Syrii.
Dawna Syria nie wróci. Aleppo, jakie pamiętamy z 2003 roku już nie istnieje. Nawet jeśli kiedyś się dźwignie, zostanie w nim wielka czarna i niezapełnialna dziura. Będzie przypominać Warszawę po powstaniu. Miasto z traumą.
Aleppo cierpi dalej. Każdego dnia. Ludzie, którzy tam zostali, walczą o życie, dzieci giną w wojnie, której nawet nie rozumieją. Lekarze ratują rannych mimo braku sprzętu, mimo że na ich szpitale spadają bomby, mimo że są na skraju wyczerpania pracując po kilkanaście godzin dziennie.
ZAKOŃCZENIE WOJNY W SYRII JEST OGÓLNOLUDZKIM OBOWIĄZKIEM, PODOBNIE JAK POMOC MIESZKAŃCOM ALEPPO I WSZYSTKIM SYRYJCZYKOM!
Co możemy zrobić, jak im pomóc? Możemy napisać post na bloga, iść na demonstrację, podpisać kolejny protest w internecie, popłakać nad klawiaturą, wpłacić kilka złotych, pomodlić się… Ania Alboth wpadła na pomysł zorganizowania marszu do Aleppo – Civil March for Aleppo. Czy to dobry pomysł? Nie wiemy. Czy pomoże? Ciężko powiedzieć, mamy nasze wątpliwości. Ale na pewno lepiej zrobić coś niż nic, wykrzyczeć naszą niezgodę na ludobójstwo, pokazać mieszkańcom Aleppo, że świat o nich nie zapomniał.
Działajmy! Tuż obok Nas rozgrywa się ogromny dramat. Powtarza się znana historia. Warszawa roku 1944, Bejrut lat 70-tych, Srebrenica, Rwanda i wiele innych miejsc, gdzie ginęli ludzie a świat milczał. Politycy debatowali, a zwykli ludzie zajmowali się swoimi sprawami. Odpowiadacie, że gubicie się w wielkiej polityce? To w tym momencie nieistotne. Wojnę w Syrii trzeba zakończyć jak najszybciej, naciskając na opinię publiczną i to zarówno we własnym kraju, jak i globalnie.
Za pomoc w przygotowaniu tego posta dziękujemy naszym towarzyszom podróży z 2003 roku – za zdjęcia Krzychowi Wagnerowi, za wspomnienia (wyróżnione fragmenty tekstu) Jadze Przewłockiej.
W Syrii kilka lat po nas, ale jeszcze przed tragicznym zakrętem historii byli nasi przyjaciele, Paweł i Ośka Stężyccy z bloga Tra-ta-ta-ta na wariata przez pół świata, wspomnienia Pawła możecie przeczytać na Peronie 4.