
Wizyta w Carlsbad Caverns wypadła nam niejako przy okazji. Park narodowy wyrósł nam po prostu na trasie do południowego Nowego Meksyku. Tymczasem to jedna z najpiękniejszych jaskiń USA!
Jako że nasz nocleg w Brantley Park wypadł gdzieś po środku niczego, to na południe Nowego Meksyku mieliśmy do wyboru dwie trasy. Mogliśmy zajechać tam dołem albo górą. Wybraliśmy dół. Głównie dlatego, że kiedy spojrzeliśmy na mapę zobaczyliśmy Carsbad. „Ładna nazwa, ciekawe co tam mają”. I tak, zupełnie niespodziewanie trafiliśmy do Carslbad Caverns National Park. Gdyby nie to, że dni spędzamy na zwiedzaniu, a wieczory na pisaniu bloga, to może mielibyśmy więcej czasu na planowanie…
Sam dojazd do jaskiń jest niezwykle malowniczy – kręta droga prowadzi przez góry, a po dojechaniu na sam szczyt widać bezkresny płaskowyż. Wejście do jaskiń kosztuje 6 USD od osoby, jednak dla posiadaczy rocznej karty America Beautiful wstęp jest darmowy. Mimo to swoje w kolejce trzeba odstać (darmowy bilet odebrać można w kasie – skąd my to znamy), a biorąc pod uwagę, że trafiliśmy tam w sobotę i to w ferie wiosenne, kolejka była pokaźna. Ale było warto.
Carlsbad Caverns i winda z 1932 roku
Do Carlsbad Caverns wszyscy przyjeżdżają dla głównej jaskini. Jej najważniejszym punktem jest Big Room – ogromna, naturalna sala długa na ponad kilometr, szeroka na prawie 200 metrów i wysoka na prawie 80 metrów. Choć w Ameryce Północnej są wyższe takie sale, to ta jest największa. Przez Big Room prowadzi podziemny szlak o długości ponad kilometra, na który trzeba zarezerwować około 1,5 godziny. Plus oczywiście nie wiadomo ile na kolejkę do kasy i windy.
Drogę do i z jaskini można pokonać o własnych siłach przez naturalne wejście, tak jak to robiono jeszcze na początku lat 30-tych poprzedniego wieku. Sława jaskiń roznosiła się jednak szybko i liczba odwiedzających rosła lawinowo. Coraz częściej przyjeżdżali też turyści, którzy z zejściem na dół jeszcze dawali sobie radę, ale wchodząc na górę klęli bez umiaru na wszystko i wszystkich w okolicy. Ledwie w dwa lata po ogłoszeniu Calsbad Caverns parkiem narodowym zbudowano więc szyb z dwoma windami.
I tak od 1932 roku w ciągu niecałej minuty można zjechać 750 stóp (czyli jakieś 225 metrów) pod ziemię. Windy są niewielkie, mieści się w niej kilka osób oraz windowy, czyli strażnik stanowy, który czas spędzony w windzie wykorzystuje, żeby chwilę opowiedzieć o niej oraz o jaskiniach. Fakt, że jesteśmy w środku skały w małej blaszanej puszce i zjeżdżamy w dół więcej niż ma najwyższy budynek w Warszawie, był trudny do przełknięcia, ale daliśmy radę. Ba, uważamy, że nawet tylko dla tej przejażdżki warto nadłożyć kilkadziesiąt mil i wpaść do Carlsbadu. Zaczęło się więc jak u Hitchcocka – mocnym uderzeniem, a na dole napięcie tylko rosło.
Carslbad Caverns – lepszy Wielki Kanion
Jaskinia jest olbrzymia i zwiedza się ją chodnikiem wytyczonym na trasie, której przejście zajmuje około godziny. Po drodze mija się najróżniejsze formacje skalne pięknie podświetlone i ciekawie opisane. Są m.in. Totem Pole, Witch’s Finger, Giant Dome. Dużą część z nich nazwał niejaki Jim White, odkrywca jaskini. Jim był młodym chłopakiem, kiedy jego ojciec zakupił pobliskie ranczo. Odkrył jaskinie włócząc się po okolicy. Przy wejściu znaleziono potem napis na skale „Jim White 1898”, co potwierdza, że Jim wędrował sobie po nich jako 15-16-latek. Jim był też w awangardzie udostępniania jaskiń turystom. Do transportowania ich pod ziemię wykorzystywał… wiadro. Wcześniej bowiem potencjał jaskini odkryła firma sprzedająca nietoperzowe guano, które wydobywano na powierzchnię wielkim wiadrem.
W jaskini oczywiście nie mogło zabraknąć sklepu z pamiątkami i fast-foodową restauracją. By zbytnio nie ingerować w podziemny ekosystem umieszczono je w najmniej interesującej części jaskini. Można by oczywiście utyskiwać na ten fakt, zauważając, że Nowy Meksyk ma wystarczająco dużo przestrzeni na powierzchni. Oczywiście należałoby przy tym dodać, że jaskinia jest wyjątkowa i należy jej się szacunek. I trochę w tym racji jest. Pewnie można by tą przestrzeń wykorzystać dużo ciekawiej, ale w końcu wszystko robi się dla ludzi. Jakiś czas potem w Wielkim Kanionie usłyszeliśmy w autobusie, że to chyba najpiękniejsze miejsce na Ziemi, brakuje tylko miejsca, gdzie można kupić hot-doga. No więc pewnie Carlsbad Caverns jest najpiękniejszym i najbardziej idealnym podziemnym miejscem USA. Może dlatego aktor Will Rogers nazwał jaskinię „Wielkim Kanionem z sufitem”.
Carbslad Caverns to oczywiście nie tylko jedna jaskinia, do której prowadzą windy. Są też mniejsze jaskinie w dalszej części parku, które można zwiedzać, a nawet takie, których zwiedzać nie wolno. Z tych ostatnich warto wymienić Lechuguilla Cave – jedną z najdłuższych i najgłębszych poznanych przez człowieka jaskiń na świecie. Jej dokładna lokalizacja jest utrzymywana w tajemnicy a rocznie schodzi do niej tylko kilkadziesiąt grup.
Do części z tych dostępnych jaskiń potrzeba pozwoleń, wymagają też sprzętu i umiejętności. Są też wymogi wiekowe. Można też wybrać się na szlaki piesze, jest też pustynna pętla do zrobienia samochodem. Nas czekało jednak ponad 200 mil przez niezbyt przyjazne rejony, więc nie mieliśmy więcej czasu na poznanie całego parku.
Nowy Meksyk, czyli tam i z powrotem
Po wyjściu z jaskini z jakiegoś tajemniczego powodu nie zatankowaliśmy do pełna. Może było za drogo, a może uznaliśmy, że na pewno po drodze się coś trafi, a zresztą nawet jeśli nie to przed sobią mieliśmy tylko nieco ponad 130 mil, na pewno nam starczy paliwa – pomyśleliśmy, i ruszyliśmy do Teksasu, żeby wjechać do Nowego Meksyku od strony El Paso. I to był błąd: przez znaczną część drogi mieliśmy pod górę i cały czas jechaliśmy pod wiatr – wszystko to sprawiło, że zamiast beztrosko podziwiać zmieniające się za oknem krajobrazy (góry, pustynia, więcej gór, inne góry), raz na jakiś czas nerwowo spoglądaliśmy na licznik: dojedziemy do stacji czy trzeba będzie żebrać o benzynę…
Wiało tak, że spalanie mieliśmy średnio na poziomie potężnego tira, ale na szczęście się udało. Gorąco tu dziękujemy procesom geologicznym, bo końcówka była wyraźnie z górki. Gdyby nie to, byłoby nieciekawie. Może poratowaliby nas na czekpoincie, który mijaliśmy po drodze. „Oddamy wam wszystkich nielegalnych z przyczepy za galon benzyny” – moglibyśmy zakrzyknąć, licząc że się nabiorą.
Kiedy dojechaliśmy do stacji benzynowej na przedmieściach El Paso mocno nam ulżyło. Nie wiedzieliśmy wtedy, że tych kilka godzin męczenia silnika jazdą pod wiatr i pod górę prawdopodobnie rozwaliło nam skrzynię biegów i miało nas kosztować znacznie więcej niż trochę skołatanych nerwów. No ale to smutna pieśń przyszłości.
Do El Paso dojechaliśmy o zmierzchu. 650-tysięczne miasto jest z perspektywy autostrady niemalże niewidoczne, doskonale za to widać półtoramilionowe Ciudad Juarez. Autostrada biegnie po wzgórzu, a niesławne miasto rozciąga się po horyzont. Rozświetlone centrum i jasne przedmieścia rozlewają się po dolinie. El Paso wygląda przy Ciudad Juarez jak ubogi i przygaszony krewny. Tak to już jest – świat widziany z autostrady czasem ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Do El Paso nie wjeżdżaliśmy. Podczas tej podróży z zasady omijamy duże miasta. El Paso nie zainteresowało nas na tyle, by od tej zasady odejść.
Tej nocy spaliśmy na Welcome Center na granicy Teksasu i Nowego Meksyku, zaledwie kilka mil od El Paso i tego właściwego Meksyku. Było całkiem cicho i bezpiecznie, mimo bliskości nieciekawej granicy. Żeby trochę uśmierzyć lęki, zaparkowaliśmy między tirami. W nocy i tak okazało się, że ci najbliżsi nas wcale nie planowali noclegu. I bardzo dobrze, bo ci dalsi hałasowali wystarczająco mocno swoimi generatorami.
Rano zaopatrzeni w naręcze mapek, ulotek i broszurek, po opiciu się darmową kawą wyruszyliśmy po raz kolejny do Nowego Meksyku.