Po sukcesach na Nosalu i Wielkim Kopańcu postanowiliśmy iść za ciosem i zaciągnąć dzieci na kolejny szlak. Tym razem padło na Dolinę Białego. Obiecaliśmy młodzieży, że będzie łatwiej niż poprzedniego dnia, więc oczekiwali przyjemnego spacerku, pięknych widoków i szarlotki na deser. A co z tego wyszło?

Co tam chmury – pomyśleliśmy patrząc przez okno naszego zakopiańskiego mieszkania. Popada i przestanie, z cukru nie jesteśmy – pocieszaliśmy się, sprawdzając jednocześnie prognozy pogody. Te wprawdzie nie były zbyt optymistyczne, ale też nie zapowiadano w nich burz z piorunami. Często (nomen omen) padało w nich za to stwierdzenie “przelotne opady”. A jak przelotne, to wiadomo, pomiędzy chwilami z deszczem będą też chwile suche, ba, może nawet słoneczne. Jakby dla zachęty, kiedy jeszcze biliśmy się z myślami, natura odsłoniła na chwilę słońce. Cóż było robić… Ruszyliśmy! Było tak ciepło, że dzieciaki wbrew dobrym radom mądrych rodziców zdecydowały się na krótkie spodenki. Tylko Kalina przezornie spakowała do swojego niewielkiego plecaka bojówki.

Miejski autobus przyjechał jak zwykle spóźniony. Transport publiczny w Zakopanem był już przez nas opisywany i tego dnia nie mieliśmy już więcej złudzeń co do jego jakości. Sami więc nie wiemy, po co kolejny raz traciliśmy czas. Szczególnie, że od ronda Jana Pawła II dzieliły nas tylko dwa przystanki i na piechotę wyszłoby podobnie, co autobusem (o ile by jakimś cudem przyjechał punktualnie). Może chcieliśmy mieć poczucie, że 68 PLN wydane na tygodniowy bilet rodzinny nie było marnotrawstwem pieniędzy? Od ronda poszliśmy dalej ulicą Bronisława Czecha w stronę Wielkiej Krokwi, spod której szybko uciekliśmy – stragany i tłumy turystów to nie jest to, po co przyjechaliśmy w Tatry.

Na Drogę pod Reglami odbiliśmy tuż za zeskokiem skoczni, kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie Czecha zakręca pod kątem prostym i zmienia się w Rusa, ups, ulicę Piłsudskiego. Do historycznego szlaku doszliśmy ścieżką przytuloną do ogrodzenia najsłynniejszej z polskich skoczni.

Żelazną Drogą w tłumie turystów

Droga pod Reglami to jeden z najstarszych traktów w okolicach Zakopanego. Kiedyś zwano ją Drogą Żelazną, bo tędy jeszcze w połowie XVIII wieku transportowano rudę żelaza z Doliny Jaworzynki do huty w Dolinie Kościeliskiej. A potem w drugą stronę, kiedy to huta Kuźnicach przejęła rolę najważniejszego centrum metalurgicznego. Upadek metalurgii oznaczał też upadek traktu. Trochę zapomniany doczekał turystycznego rozkwitu Zakopanego. Odnowiony w pierwszych latach XX wieku szybko stał się jednym z najpopularniejszych szlaków spacerowych w okolicach Zakopanego dając łatwy dostęp do pięknych dolin reglowych.

A czym są właściwie regle? To (korzystając z mądrości Wikipedii) lesiste wzniesienia położone po północnej stronie Tatr, poniżej górnej granicy lasu. Reglami są więc chociażby zdobyte przez nas na wyjeździe do Zakopanego Wielki Kopieniec czy Nosal oraz Sarnia Skała, którą zdobyć mieliśmy zamiar dzisiaj.

Zaczęło się jak w hinduskim kinie. Pełno ludzi i czasem słońce, czasem deszcz. No ale to żadna niespodzianka. Droga pod Reglami nawet po 100 latach nadal pozostaje jednym z bardziej popularnych szlaków a turystów jest znacznie więcej. Pogoda w Tatrach też często w sezonie nie rozpieszcza, więc trzeba brać co się dostaje (z dużą dawką rozsądku jak pokazały tragiczne wydarzenia z sierpnia 2019 roku, ledwie dwa tygodnie po naszym pobycie w Zakopanem). Przy okazji – zanim wyjdziecie w góry przeczytajcie wskazówki od Tatrzańskiego Parku Narodowego dotyczące zachowania w górach w czasie burzy.

Dolina Białego – najpiękniejsza z dolin reglowych

Do Doliny Białego doszliśmy już po kilkunastu minutach. To najbliżej położona Zakopanego dolina reglowa. A do tego podobno najpiękniejsza. Kamienista droga przez las biegnie wzdłuż potoku, od którego dolina wzięła swoją nazwę. Mimo niezdecydowanej pogody – co chwila zakładamy i zdejmujemy ortaliony – towarzyszy nam całkiem sporo turystów, nawet takich z dziecięcymi wózkami, choć szczerze mówiąc, patrząc na nierówności drogi, nie zazdrościmy pasażerom – na ten szlak zdecydowanie lepiej wziąć malucha w nosidło.

Po drodze mijamy zakratowany wylot sztolni. Znając żelazne historie okolicy można by się spodziewać, że to pamiątka po kopalniach żelaza. Ale to znacznie młodsze ślady ludzkiej działalności. W pierwszej połowie lat 50. XX wieku poszukiwano tu rud uranu. Łącznie wykuto 272 metry korytarzy, ale na szczęście niewiele znaleziono. Inaczej kto wie, może zamiast parku narodowego i pięknego szlaku mielibyśmy przez wiele lat teren otwarty tylko dla smutnych radzieckich “turystów” uzbrojonych w kałasznikowy. A nam po latach zostałaby co najwyżej druga Miedzianka?

Idąc Doliną Białego po prawej stronie mijamy stoki Sarniej Skały, po lewej Krokwi. Momentami ścieżka prowadzi całkiem ostro w górę. Pamiętając o tym, że Biały to potok o największym w polskich Tatrach spadku (średnio 18,7%, a więc 187 metrów na kilometr) trudno się temu dziwić. W przewodnikach można wyczytać też, że jak to we wszystkich dolinach reglowych, tak też do Doliny Białego zdarza się zawędrować sarnom, jeleniom, a nawet wilkom czy sporadycznie niedźwiedziom. To ostatnie zdarza się dość rzadko, ale kilka lat temu w internecie pohulał przez chwilę filmik z misiem w Dolnie Białego. Turyści zachowali się całkiem poprawnie. Dali znać spokojnym głosem, że są na szlaku (“jesteś u siebie”), po czym wycofali się w przeciwnym do trasy niedźwiedzia kierunku.

Jeśli chodzi o faunę, to były jej całe stada, ale tej bardzo swojskiej – turystycznej. Większość schodziła do Zakopanego – wybrali się w góry znacznie wcześniej i skorzystali z przyzwoitej porannej pogody. My za to w lekkiej mżawce wspinaliśmy się na regle.

Po niecałej godzinie doszliśmy na Przełęcz Białego. Przyszedł czas na decyzję – czy zawracać jak większość, czy iść dalej. Jak już może wiecie nie lubimy dreptania po znajomych ścieżkach, więc zdecydowaliśmy się iść dalej. Zwłaszcza, że zaczęło się przejaśniać. A przynajmniej tak nam się wydawało… Skręciliśmy na Ścieżkę nad Reglami. W połowie dość stromego podejścia drogą przez las, rozpadało się na dobre. Gdy po mniej więcej 20 minutowym podejściu doszliśmy do Czerwonej Przełęczy, byliśmy już kompletnie przemoczeni, a grube chmury zasłaniały widoki.

Dolina Strążyska: ani szarlotki, ani strąga

Z żalem odpuściliśmy zatem Sarnią Skałę (1377 m n.p.m.) – bardzo urokliwy szczyt, który na zdjęciach przypomina bardziej ruiny zamku niż dzieło natury. Żałujemy tym bardziej, że dzieliło nas od niej zaledwie 10-minutowe, niezbyt ostre podejście. Zamiast na szczyt ruszyliśmy ścieżką w dół do Polany Strążyskiej.

Na szczęście, mimo wciąż padającego deszczu, i dość stromego zejścia w mocno odkrytym terenie, udało nam się pokonać tę trasę nie wywalając się ani razu ani nawet nie ślizgając jakoś bardzo. Początkowe pojękiwania i zażalenia najmłodszej części ekipy ucichły – jak na okoliczności – dość szybko, kiedy zdali sobie sprawę, że narzekanie nic nie da.

Do Polany doszliśmy całkiem sprawnie, może nie w planowane pół godziny, ale też w niewiele dłużej. Z uwagi na mokre wszystko z majtkami włącznie, odpuściliśmy sobie spacer do pobliskiego wodospadu Siklawica, choć znowu nie było daleko ani stromo. No i na zdjęciach mają one (bo tak naprawdę to dwuprogowy wodospad) sporo uroku.

Zrobiło nam się jednak trochę zimno. Dopóki się wspinaliśmy, mokre ubrania co najwyżej sprawiały, że nie było nam bardzo gorąco z wysiłku.Tymczasem droga w dół już nas tak nie grzała. I wiedzieliśmy, że o ile na stałe nie wyjdzie słońce, z każdą chwilą będzie nam coraz zimniej. To za to postanowiło z nas lekko zakpić. Niby świeciło, ale dokładnie nad nami trzymało chmury, z których nie przestawało padać. Chcieliście słońce? To macie! (ale przecież nikt nie obiecywał, że nie będzie padać).

Kominy z historią

Staliśmy więc na środku polany trochę zdezorientowani, jak owce przy zagrodzie. I szczerze mówiąc nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że Polana Strążyska wzięła swoją nazwę od góralskiego strąga, czyli zagrody dla pasących się owiec. Biorąc pod uwagę, że owce w dużej mierze zastąpili turyści, to bufet na polanie jest takim współczesnym strągiem. Wbiliśmy się do niego z trudem. W środku panował zagrodowy zaduch, wszyscy przemoczeni turyści parowali bowiem tatrzańskim deszczem. Udało nam się przecisnąć do okienka i poprosić o pieczątkę, która od razu powędrowała po sali, bo w kącie też byli na nią chętni, tylko trudno było im się wydostać. Przez chwilę zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie ulec dziecięcym jękom i nie skusić się jednak na szarlotkę. Ale nawet na stojąco trudno byłoby się nią nacieszyć. Uznaliśmy więc, że zejdziemy dobrym tempem doliną i gdzieś na mieście zaspokoimy apetyt.

Ruszyliśmy czerwonym szlakiem w dół doliny i niestety przez ciągle padający deszcz nie poświęciliśmy jej tyle uwagi, na ile zasługuje. A warto się na niej rozglądać. Minęliśmy na przykład bez zdjęcia słynnego Sfinksa – charakterystyczną skałę, z którą zdjęcie jest obowiązkowym punktem wizyty w dolinie. Ociekając od deszczu przemknęliśmy obok skał zwanych Strążyskimi Kominami. Na jednej z tych skał w 1874 roku ześlizgnął się młodziutki (9-letni!) Kazimierz Tetmajer uratowany przez (uwaga, uwaga) ponad 70-letniego Seweryna Goszczyńskiego! I tak na tatrzańskich skałach spotkał się bohater Powstania Listopadowego (zdobywał Belweder) z powieściopisarzem, który zmarł w 1940 roku w okupowanej Warszawie. Tymczasem my, zamiast kontemplować historyczne pętle i geologię Tatr w trochę ponad pół godzinki zeszliśmy do granicy parku i ni z tego ni z owego znaleźliśmy się pod gościnnymi daszkami stoisk z pamiątkami na końcu ulicy Strążyskiej.

Obozowisko w karczmie

Na dole oczywiście przestało padać i wyszło słońce. Ruszyliśmy więc rześko ulicą Strążyską w poszukiwaniu miejsca na zasłużony posiłek. Zatrzymaliśmy się w karczmie Żabi Dwór. W oczekiwaniu na (bardzo dobry i wcale nie drogi!) zestaw obiadowy wyżymaliśmy te części garderoby, z których kapało najbardziej, Kalina zmieniła spodenki na bojówki, które wprawdzie też nie były do końca suche, ale jednak zdecydowanie bardziej niż cokolwiek, co mieliśmy na sobie.

Karczmiana ekipa była na szczęście całkiem wyrozumiała dla naszego obozowiska, choć rozbiliśmy je przy samej kuchni. Nie dlatego, że tam było najcieplej. To było po prostu jedyne wolne miejsce. Nawet w taki deszczowy dzień w szczycie sezonu stolik w zakopiańskich knajpach jest  równie trudno zdobyć jak Sarnią Skałę. Przy stoliku rosły więc kałuże, na oparciach krzeseł suszyły się ubrania, blat zamienił się w kantor mokrych pełelllbanknotów i różnych ociekających papierów wyciągniętych z kieszeni.

Ratowaliśmy też świeżo ostemplowane książeczki GOT. Po tej przygodzie przed każdym kolejnym wyjściem w góry sprawdzaliśmy, czy mamy dobry zapas torebek foliowych do owinięcia naszego dobytku w razie deszczu. Niemniej jednak humory dopisywały, bo i posiłek okazał się bardzo znośny, a i kolejne dobyte punkty i pieczątki w książeczkach napełniały najmłodszych uczestników wycieczki dumą.

Trasa: Zakopane, rondo Jana Pawła II – Dolina Strążyska, parking | mapa-turystyczna.pl

Za gościnę w Zakopanem dziękujemy Golden Vacation Club należącym do Holiday Travel Center – firmy z ponad 20-letnim doświadczeniem w oferowaniu produktów wakacyjnych najwyższej jakości.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *