DSC
To było chyba drugiego czy trzeciego dnia w Seattle. Na wybrzeżu stało wielkie diabelskie koło. Ola wzięła Maćka na przejażdżkę. Z samej góry pokazuje mu skajlajn, Space Needle, góry po drugiej stronie zatoki, najprawdopodobniej te w Parku Narodowym Olympic, aż nagle Maciek odwraca się i mówi: „Mama, a tam zobacz jaka góra!” I wtedy oczom Oli ukazało się coś, czego się zupełnie nie spodziewała: Góra Rainier.

St. Helens – wulkan, który stracił swój szczyt

Jak to się stało, że nie zauważyliśmy jej wcześniej? Pogoda od początku naszego pobytu była piękna, niebo bezchmurne, a Mt. Rainier szczerze mówiąc nie jest łatwo przeoczyć, ale nam się jakoś udało. Może to kwestia naszego zachłyśnięcia się Seattle. Po prostu nie patrzyliśmy w na horyzont. I o ile Park Narodowy Olympic narzuca się sam, bo jak miałaby zasłonić zatoka, to pozostałe kierunki zazwyczaj coś zasłania. A to jakieś pobliskie wzniesienie, a to wieżowce – zawsze coś się znajdzie.

Kiedy zobaczyliśmy ją z diabelskiego koła, to widzieliśmy ją już cały czas. Jakby góra postanowiła sobie zrekompensować ten czas niewidzenia. Narzucała się nam na uliczkach miasta, górowała nad autostradą. Być może wcześniej też ją dostrzegaliśmy kątem oka, ale wtedy była zbyt surrealistyczna, by w nią uwierzyć. To tak jak ze skrzatami, albo optymistycznymi Polakami. Nie zobaczysz, nie uwierzysz.

001mt rainier2013

No a skoro już ją zobaczyliśmy, to nie mogliśmy tak po prostu jej ominąć. Najpierw trzeba było ją jeszcze poprawnie nazwać, bo na początku zdawało nam się, że to musi być Góra St. Helens. Ale szybko zostaliśmy wyprowadzeni z błędu, że St. Helens już tak nie wygląda. Poza tym z Seattle jej nie widać. Leży 150 kilometrów na południowy-wschód. Po drodze są jeszcze inne wzniesienia i szczyty górskie.

St. Helens wyglądała bardzo podobnie do Mt. Rainier aż do 18 maja 1980 roku. Wtedy rozsadził ją potężny wybuch, który zerwał z niej górne 400 metrów. „Chcecie zobaczyć St. Helens?” – spytała się nas Kathryn, nasza gospodyni z Mercer Island w Seattle. Po czym nie czekając na odpowiedź przyniosła w słoiczku trochę skalnego piasku. „Macie, zobaczcie. Zebraliśmy ją wtedy z ogródka” – powiedziała.

Wybuch St. Helens wyzwolił ogromne ilości pyłów i popiołu. Wyparowało w końcu kilkaset metrów góry! To właśnie te pyły zebrane z ogródka pokazała nam Kathryn. W internecie dużo jest fotograficznych zestawień przed i po. Są niesamowite. Szok, niedowierzanie, horror w stanie Waszyngton – tak pewnie zaczynałby się artykuł, jaki mógłby napisać w maju 1980 roku „Fakt”.

Po takich opowieściach aż nosiło nas, żeby wsiąść w samochód i ruszać na St. Helens. Kiedy trochę ochłonęliśmy, to nam przeszło. Po pierwsze, nasi gospodarze powiedzieli, że właściwie nic tam nie ma. Jedzie się bardzo długo na punkt widokowy. Ogląda się ścięty stożek góry i tyle. A my przecież już ja nie tylko widzieliśmy, ale nawet rozcieraliśmy palcami. Po drugie, St. Helens była nam zdecydowanie nie po drodze.

Skupiliśmy się więc na opowieściach ludzi, którzy mieszkali w okolicy w tym pamiętnym 1980 roku. Wszyscy mówili o ogromnej ilości pyłu, choć wiatr zwiał większość na wschód, aż do Idaho. Podkreślali też, że zginęło zaledwie 57 osób. A to dlatego, że erupcja St. Helens była jedną z pierwszych dokładnie przewidzianych erupcji wulkanu na świecie. Wiedziano o niej ze sporym wyprzedzeniem, zarządzono ewakuację z zagrożonych terenów i tylko różne dziwne indywidua się do tego zarządzenia nie dostosowały. Co ciekawe, wielu osób nie zabiły pyły czy pożary. Zabójcza była też fala uderzeniowa. Od niej zginął też jeden fotoreporter, który się nie ewakuował i do końca robił zdjęcia, znalezione potem w jego aparacie. Falę było widać w terenie jeszcze przez lata, dzięki  pochyleniu drzew.

Mt. Rainier – zabawa w śniegu w połowie maja

Z wizytą wybraliśmy się więc do inne znakomitości z pacyficznego pierścienia ognia – wspomnianą już Mt. Rainier. Głównie z myślą o tej górze wybieraliśmy też naszych boondockowych gospodarzy – Kelly i Mary mieszkających kilkanaście mil od Tacomy. Idąc za ich radą zapakowaliśmy do bagażnika dawno nie widziane puchówki, swetry i zimowe buty, i pojechaliśmy obejrzeć Rainiera z bliska. Wybraliśmy pierwszy możliwy moment, bo właśnie otworzono drogę pod szczyt góry – w końcu już prawie połowa maja!!!

Kelly i Mary

Kelly i Mary

Jak to zwykle w Stanach bywa sama droga pod górę to niezła przejażdżka. Jadąc US-706 Rainier jest widoczna długo przed dotarciem do visitors center. Prawdziwym wyznacznikiem zbliżania się do niej jest śnieg. Niby jest ciepło i zielono, aż tu nagle między drzewami widać jakieś białe łaty na trawie. Potem jest ich więcej i więcej, aż nagle trafia się w metrowe zaspy.

Po dotarciu do visitors center u podnóża góry można zrozumieć dlaczego to dopiero drugi dzień po otwarciu. Dwupiętrowe centrum jest praktycznie wydarte z objęcia śniegowej pierzyny. Wokół kolejnego budynku tej samej wysokości chodzi się na poziomie dachu. A koparka cały czas pracuje, żeby przebić się do wyjścia na poziomie parkingu.

Ośnieżone wulkany pacyficznego pierścienia ognia

Mt. Rainier

My oczywiście mieliśmy z tego śniegu kupę zabawy, szczególnie Maciek. Biegaliśmy w zimowych butach, ale w też w koszulkach z krótkim rękawkiem i rzucaliśmy się śnieżkami. Po 30 minutach ewakuowaliśmy się na dół bojąc się, że młode organizmy (i nie mówimy tu o sobie) odchorują przygodę przeziębieniem. Widoki i zabawa w śniegu były zdecydowanie warte kilkugodzinnej wycieczki w góry.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w parku rzeźb noszącym górnolotną nazwę „Wydobyte na nowo Duchy Żelaza” (Recycled Spirits of Iron. Sculpture Park). Wizytę w nim zachwalał gorąco Kelly. I bardzo dobrze, bo choć leży przy samej US-706, to łatwo je przegapić. To niesamowite, jak wiele jest miejsc w Stanach, które tętnią artystycznym życiem. Wpadaliśmy na nie gdzieś na głębokiej prowincji w Teksasie, a Nowy Meksyk (jak nam się wydaje) po prostu od nich tętni.

W stanie Waszyngton także okazało się, że na prowincji można znaleźć absolutne perełki. Twórcą „Recycled Spirits of Iron” jest  Daniel Klennert. Jego rzeźby robią ogromne wrażenie. Począwszy od rzeźb z metalu oddających elementy natury z użyciem prostych elementów, siodełek, klamer, części samochodowych, przez fantastyczne zwierzęta, jak konie czy żyrafy, kończąc na monumentalnych Chrystusach czy rzeźbach bazujących na elementach popkultury.

Bogactwo form, włączenie drewna, a przede wszystkim to odzyskane życie, które przebija z tytułu galerii. Nie jesteśmy znawcami sztuki, bijemy się w piersi, ale ta galeria zrobiła na nas większe wrażenie niż Galeria Mokotów. W dodatku jest za darmo (datki mile widziane i to, jak podkreśla Daniel, od każdej opcji politycznej), autor wcale tak mocno się nią nie chwali. Jest więc tam pusto i można artystyczny klimat chłonąć w spokoju. Aż za pusto, bo nie ma nawet obsługi. Jeszcze nas to trochę szokuje, ale tu wszystko oparte jest na zaufaniu. W sklepiku nikogo nie ma, rzeźby za ponad 100 USD leżą na wierzchu. Można zadzwonić po Daniela, ale można też wziąć rzeźbę i zostawić należność na stole.

Mt. Hood – góra z horroru

Mt. Rainier i St. Helens nie są jedynymi szczytami wulkanicznymi w okolicy. Jest ich kilkanaście, a jeśli rozszerzymy kalkulacje na Kanadę i Alaskę to doliczymy się kilkudziesięciu. Ponieważ naszym następnym przystankiem było Portland, to postanowiliśmy pojechać jeszcze na Górę Hood. Na Hood wybraliśmy się jednak nie tylko dla śniegu i widoków, ale też, a nawet przede wszystkim, dla stojącego pod szczytem hotelu: Timberline Lodge, znanego z horroru „Lśnienie”.

Mt. Hood

Mt. Hood

Górę Hood można ogarnąć jednodniową wycieczką z Portland. To tak zwana Pętla Góry Hood – widokowa trasa, na której poza podnóżem góry zwiedza się również wodospadami przełomu rzeki Kolumbia, o czym będzie jeszcze później oraz słynne na cały Oregon sady owocowe. My w zwiedzaniu jesteśmy bipolarni. Albo żółwimy, wszystko zajmuje nam dużo więcej czasu niż mówią wszelkie poradniki i ulotki, albo japończykujemy, trzaskając fotki zza uchylonych szyb samochodu. Na Mt. Hood Loop żółwiliśmy, szczególnie, że zdawaliśmy sobie sprawę, że część trasy pokonamy raz jeszcze z przyczepą (autostradę wzdłuż rzeki Kolumbii), więc wodospady zostawiliśmy na później.

Droga na górę Hood

Droga na górę Hood

Jednak jak ludzie robią całą pętlę w 12 godzin, nie wiemy. My zrobiliśmy trasę po łebkach. Wjechaliśmy tylko na górę, po drodze zatrzymując się na szybki obiad, odwiedziliśmy tylko jeden sad, by spróbować tych słynnych lokalnych jabłek, a i tak wycieczka zajęła nam prawie 10 godzin. Na wodospady potrzebowaliśmy całego następnego dnia, odpuszczając z żalem kilka z nich.

Co czeka nas na Mt. Hood Loop? Przede wszystkim sama góra. Po drodze na nią można zrobić jeszcze kilka przystanków, ale w obliczu potęgi góry i tak zatrą się one w pamięci. My na odpoczynek od trudów jazdy samochodem z dziećmi wybraliśmy Goverment Camp. To osiedle u podnóża góry, które powstało dla ekipy budującej Timberline Lodge.

Timberline Lodge to hotel i ośrodek narciarski, który powstał w ramach WPA – Works Progress Administration, czyli pomysłu jak rozruszać zastaną amerykańską gospodarkę w czasach kryzysu. Jak wiadomo, Amerykanie mają inną receptę na kryzys niż Europejczycy. Zamiast zaciskania pasa inwestują, rozkręcają programy publiczne i rozpętują kolejne wojny na Bliskim Wschodzie.

Government Camp

Government Camp

Imponującym osiągnięciem WPA jest to, że w wielu projektach łączono siły uzdolnionych projektantów z artystami, których nikt wtedy nie zatrudniał. Powstające budynki czy konstrukcje były więc nie tylko szczytem ówczesnej myśli technologicznej, ale też estetycznymi dziełami sztuki. Za federalne środki powstawały więc takie perełki jak właśnie Timberline Lodge. Choć wnętrze może być trochę zaskakujące dla kogoś kto widział „Lśnienie”, to z zewnątrz wrażeń w żadnym stopniu nie umniejsza ogromny parking i trasy narciarskie zjeżdżające wprost do hotelu.
Wnętrze jest inne niż w słynnym horrorze. Mniejsze, znacznie bardziej przytulne, skoncentrowane wokół centralnego kominka. Widok na górę mógłby być bardziej wyeksponowany, ale co nam narzekać. I tak lekko tylko przydroga kawa miała tam niesamowity smak.

Wracając zajechaliśmy jeszcze do jednego z owocowych stoisk. Trasa przypomina tu trochę polskie boczne drogi z okolic Tarczyna i Grójca. Z jednym małym wyjątkiem. Przydrożny stragan był tylko zachętą, żeby zjechać na podwórko. Tam w stodole leżały jabłka, gruszki i świeżo zrobione z nich soki. Niestety w cenach bardzo”organic”. Mimo wszystko kupiliśmy kilka kilogramów, sami zważyliśmy, wpisaliśmy się na kartkę i wrzuciliśmy pieniądze do puszki. Ot, kolejna różnica.

Wracając do Portland nie obejrzeliśmy już wodospadów, bo zapadał zmrok. Zostawiliśmy je sobie na kolejny dzień. Niewiele ponad 100 mil i kilka wodospadów. Niby mało, ale i tak nam nie starczyło na nie wszystkie czasu. Ale zanim opowiemy wam o wodospadach przełomu rzeki Kolumbia, czas jeszcze na Portland.

Skończyliśmy już blogować, więc wyłączyliśmy komentarze. Nasze posty mogą się teraz starzeć w ciszy i godności:)

  • olo

    23/05/2013

    Piękne rzeźby… a co do góry – to w sumie nie wiem jak można jej było wcześniej nie zobaczyć;-)

Sorry, the comment form is closed at this time.