Dwa tygodnie – czy tyle wystarczy, by dojechać samochodem do Grecji, zwiedzić chociaż część jej niezwykłych zabytków i wrócić na tyle wcześnie, by we własnym łózku wyspać się przed pójściem do pracy? No i równie ważne – ile to kosztuje? W końcu to nie tylko benzyna, ale jeszcze autostrady, czy nocleg po drodze.

Po majówce 2018 roku, którą spędziliśmy (również samochodowo) w Chorwacji, w kolejnym roku nasz wybór padł na Grecję. Właściwie wybór był nie tyle nasz, co naszej prawie siedmioletniej córki od jakiegoś czasu zafascynowanej greckimi mitami. Cóż, mogliśmy jej podsunąć coś o Łysej Górze, albo Wawelu, a nie o Olimpie. A więc sami sobie jesteśmy winni, choć musimy przyznać, że idea przeprawy samochodem przez pół Europy wydawała nam się całkiem interesująca.

Żeby sobie jeszcze bardziej utrudnić życie, zdecydowaliśmy się większość trasy pokonać bocznymi drogami. Z jednej strony chcieliśmy parę złotych zaoszczędzić na autostradach, z drugiej strony jazda 130 czy 140 km/h po szerokim pasie asfaltu, pewnie nierzadko między ekranami akustycznymi, dałaby nam taki ogląd krajów po drodze, jak lot samolotem. Co najwyżej dziesięć razy dłuższy, ale raczej nie ciekawszy. Skoro więc już zdecydowaliśmy się na samochód, chcieliśmy przejechać przez kilka wsi, zatrzymać się i w miastach, i gdzieś pośrodku niczego, a przy tym rzucić okiem na to, jak ci ludzie sobie mieszkają w tej Serbii, czy Macedonii.

Grecja, droga przez góry

Boczne drogi w Grecji.

Wyszło jak wyszło. W tamtą stronę cierpliwości starczyło nam na Słowację, Węgry i kawałek Serbii. Z powrotem nie wystarczyło jej nawet na Węgry. Darowaliśmy sobie tylko autostrady na Słowacji, ale przede wszystkim dlatego, że już wcześniej zdecydowaliśmy się na nocleg w środku kraju.

Czy warto więc rezygnować z winiet? Jeśli jedziecie na dłużej niż 10 dni, to i na Węgrzech i na Słowacji będziecie musieli kupić 30-dniowe winiety. A to już odczuwalny wydatek. Z drugiej strony jak jedziecie na krócej, to wyjazd do Grecji samochodem się mało kalkuluje. Dla własnego i innych bezpieczeństwa zachęcamy do jazdy z przepisami i odpoczynku po drodze. Widzieliśmy jednak na forach internetowych opowieści o ledwie jednym przystanku w drodze, gdzieś w środkowej Serbii i zwiedzaniu Akropolu drugiego dnia wieczorem po wyjeździe z Polski. My ujrzeliśmy Olimp dopiero piątego dnia spokojnej podróży po przystankach na Słowacji, w Serbii i spokojnym całodniowym zwiedzaniu Skopje i jego okolic. Wracaliśmy równie długo zatrzymując się na cały dzień w Ochrydzie, a potem mając jeszcze czas na Nisz, czy sen na Słowacji.

Ile czasu zajmie podróż samochodem do Grecji

Zwyczajowa odpowiedź brzmi: to zależy:) Po Januszowemu, czyli oszczędzając na winietach i opłatach na autostradowych bramkach dojedziecie z centralnej Polski na Riwierę Olimpijską w 25 godzin, czyli w trzy pełne dni jazdy, zakładając, że tak jak my nie wstajecie z kurami i potrzebujecie na start porządnego śniadania i mocnej kawy, a po drodze minimum kilku przystanków. Jeśli zdecydujecie się na wersję luksusową i kilkaset złotych na autostrady Was nie przeraża, to skrócicie ten czas do około 20 godzin. Wiadomo, czas to pieniądz. Ale tak czy inaczej, jeśli na drogowy przestwór asfaltowych rzek wpłyniecie w środkowej Polsce, to czeka Was 1800 km drogowej żeglugi. Niemało…

My nie kombinowaliśy z przeglądaniem internetu i wyciąganiem rad w stylu “za Koluszkami koło rozbitego żuka, skręć w prawo”, tylko zdaliśmy się na mądrość koncernu z Doliny Krzemowej. Wybraliśmy najszybszą trasę zaproponowaną przez Google. Z Warszawy pojechaliśmy (w większości już ekspresową) “siódemką” aż do granicy, potem przez Niskie Tatry na Węgry, dość szerokim łukiem ominęliśmy Budapeszt, by dotrzeć do Serbii. Serbię przecięliśmy autostradą prosto na południe, w Macedonii odwiedziliśmy Skopje, a w Grecji zostawiliśmy mocno z boku Saloniki i ruszyliśmy w stronę Olimpu. Wracaliśmy podobnie, choć aż do Słowacji głównie autostradami, a do Polski wjechaliśmy na S1 i dalej A1 przebiliśmy się do S8 i tak wjechaliśmy do Warszawy. Wracaliśmy więc prawie cały czas europejskim szlakiem E75, robiąc tylko większe odbicie na Słowacji z racji zaplanowanego noclegu w Niskich Tatrach.

Olimp

U podnóży Olimpu

Te 20 i 25 godzin w jedną stronę to oczywiście teoretyczne, czysto google’owe wyniki i jest ogromna szansa, że w praktyce Wasz czas będzie inny. I jak to w życiu bywa raczej gorszy niż na lepszy. Czego możecie się spodziewać? Wybierając trasę pozaautostradową jest duża szansa, że:

  • w Serbii i Macedonii traficie na maszyny rolnicze, różne zabytki motoryzacji jak zastavy czy yugo, a może nawet furmanki, które pozwolą się Wam rozkoszować pięknymi krajobrazami przesuwającymi się za Waszym oknem w tempie 20 czy 30 km/h.
  • no dobrze, to może uda się przyspieszyć po ucieczce daleko od wsi czy miasteczek? Nie bardzo… Od Niszu, prawie do Aten większość czasu będziecie jechać przez wyższe i niższe góry, z utęsknięniem wyglądając prostych dróg w rolniczych dolinach. Czym wyżej, tym bardziej zakręci Wam się w głowach od ostrych zakrętów. Może miejscowi radzą sobie na nich całkiem nieźle, ale jeśli tak jak my genetycznie jesteście nizinnymi środkowo-Europejczykami, to szczyty Macedonii i okolic przetniecie z turystyczną średnią, czyli pewnie 50-60 km/h.
  • miasta i miasteczka? Szanujemy najpowszechniej przyjęty w Europie limit 50 km/h w terenie zabudowanym i cieszy nas, że robi tak całkiem sporo nie tylko Węgrów i Słowaków, ale nawet coraz więcej Polaków. Ale skąd zamiłowanie Serbów i Macedończyków do jazdy 30 km/h po mieście, to nie wiemy. A tak co chwila nam się zdarzało. Wjeżdżamy w Serbii do takiego Nowego Sadu i nagle samochód przed nami zwalnia nie do 50 km/h ale właśnie 30… Dlaczego? Może wyglądają znajomych do pójścia do knajpy? A może 15-letnie ople i 20-letnie zastawy tak najlepiej znoszą miejskie dziury? A może zupełnie nie ufają zmotoryzowanym i pieszym rodakom? A może to tylko nasze szczęście… W każdym razie miasta i miasteczka dawnej Jugosławii zwykle pokonywaliśmy w tempie niewiele szybszym od rowerowego.
  • niechybnie utkniecie w korkach. Niestety, w korkach stoi już cały świat. Nawet ten biedniejszy, jak Macedonia, czy południowe rejony Serbii, zalany przez zadbane ople i golfy, co Niemiec płakał jak sprzedawał (pewnie głównie dlatego, że kojarzyły mu się z młodością). Widać też, że upadek publicznego transportu to nie tylko polski problem. Postoicie w korkach w Serbii, postoicie w Macedonii, a jak traficie na Wielkanoc, czy w wakacje to duużo czasu spędziecie w nich też w Grecji. Taki lajf.
Ochryd, mało turystyczne przedmieścia

No to yugo… (przedmieścia Ochrydu)

No to może jednak autostrady? Tu oczywiście będzie lepiej. Ale…

  • główna autostrada Serbii (A1) na południe od Niszu jest nadal w budowie [stan na maj 2019]. Wygląda na to, że duże fragmenty zostaną oddane do użytku jeszcze w 2019 roku, ale zwężenia chyba nadal gdzieniegdzie pozostaną. Jeśli znikną, a do tego skończy się budowa naszej ojczystej A1 i łączącej nas z piękną Słowacją S1, to kto wie, może realne staną się dwa dni jazdy do środkowej Grecji?
  • najdłuższy korek jaki widzieliśmy na trasie był na autostradzie pod Atenami, kiedy stolica wracała po Świętach Wielkanocnych, które (o czym jak zwykle zapomnieliśmy) obchodzi się w Grecji według kalendarza gregoriańskiego, a więc w innym terminie niż to robi nasza polsko-katolicka większość. W 2019 roku było to o tydzień później, dzięki czemu w Atenach drogę do centrum zablokowała nam wielkopiątkowa procesja, przez kolejne dni miasto opustoszało, a zabytki w całym kraju zostały zamknięte.
  • najwięcej czasu straciliśmy czekając na autostradowym przejściu Horgosz-Roszke między Serbią a Węgrami. Do Unii wjechaliśmy ponad cztery godziny po tym, jak zajęliśmy swoje miejsce na końcu kolejki. To jednak ryzyko, które trzeba wziąć pod uwagę jadąc również bocznymi drogami. Kiedy wjeżdżaliśmy do Serbii przejściem poza autostradą, podjechaliśmy do kontroli bez żadnej kolejki, za to po drugiej stronie sznur samochodów miał około 2 kilometry długości.

Dla pewności warto więc dodać przynajmniej po 2 godziny na każdej z granic. Z 19/24 godzin robi nam się już 23/28 godzin. I to tylko na Riwierę Olimpijską, bo od Aten dzielić nas będzie jeszcze ładnych parę godzin (4,5 autostradą lub ok. 6 bocznymi drogami). Dla twardzieli bez dzieci pewnie do zrobienia z jednym przystankiem. Z dziećmi absolutne minimum to trzy dni z dwoma noclegami, a bardziej komfortowo cztery dni z trzema noclegami. Z dwóch tygodni w Grecji, czyli 15-16 dni na całą podróż, w drodze prawdopodobnie spędzimy połowę. Czy warto? Według nas tak, ale dużo zależy, gdzie po drodze się zatrzymamy. Zanim jednak dojdziemy do przystanków, rzućmy okiem na to, ile będzie nas kosztowała taka wyprawa.

Akropol, Ateny

Ateny zobaczyliśmy szóstego dnia od wyjechania z Warszawy

Ile kosztują autostrady w drodze do Grecji

Nasz początkowy plan był taki, by w ogóle nie korzystać z autostrad, ale po Słowacji i Grecji byliśmy już trochę zmęczeni i w Serbii oraz w Macedonii się złamaliśmy. Na autostradę wjechaliśmy tez w Grecji, kiedy bardzo spieszyliśmy się do Aten, ale tu akurat bogowie nas pokarali i cała nasza oszczędność czasowa spaliła się jak świece w wielkopiątkowej procesji. Z powrotem spiesząc się do domu płaciliśmy dzielnie na autostradach w Macedonii, Serbii oraz na Węgrzech. A ile by kosztowała droga tylko lub prawie wyłącznie autostradami?

  • Słowacja: 10-dniowa winieta kosztuje 10 EUR, czyli 43 PLN, ale przy dwóch tygodniach należałoby kupić winietę 30-dniową za 14 EUR, czyli 60 PLN. Słowacką winietę kupicie TUTAJ. Słowacy byli na tyle mili, że postarali się nawet o polską wersję językową.
  • Węgry: Tygodniowa (a w praktyce 10-dniowa) winieta kosztuje 3500 HUF, czyli ok. 48 PLN, a 30-dniowa: 4780 HUF, czyli ok. 65 PLN. Węgierską winietę elektroniczną kupicie TUTAJ.
  • Serbia: Przejazd przez całą Serbię (w jedną stronę) kosztował nas 1650 RSD, czyli ok. 60 PLN. Serbowie, podobnie jak Polacy uznali, że winiety to niepotrzebne ułatwianie życia ludziom i jeszcze wpływy do budżetu będą niezadowalające. Płatności dokonujemy więc na bramkach (można kartą). Jak widać, w porównaniu z Węgrami czy Słowacją, autostrady w Serbii nie są tanie.
  • Macedonia: Przejazd przez całą Macedonię z odbiciem nad Jezioro Ochrydzkie wyniósł nas 210 MKD, czyli niewiele ponad 14 PLN. Obstawiamy, że po drodze prosto z Serbii do Grecji byłoby (plus/minus kilka złotych) podobnie. Tu również płaci się jak w każdym normalnym kraju na bramkach.

Gdybyśmy więc nie żałowali grosza, to w obie strony za autostradową podróż do Grecji zapłacilibyśmy w sumie ok. 275 PLN i, co może być dość zaskakujące, najwięcej w Serbii (po ok. 60 PLN w jedną stronę). Jedna uwaga na koniec. Google sugeruje w najszybszej wersji drogę przez Czechy. Nasi południowy sąsiedzi nie oferują winiety przez internet i trzeba zjechać na pierwszą stację i kupić ją w realu a potem nakleić na szybę. Winieta 30-dniowa w Czechach kosztuje 440 CZK (czyli ok. 75 PLN). Warto tylko pamiętać, że zaoszczędza nam to kilkanaście minut, a na paliwo wydamy jeszcze co najmniej 50 PLN więcej (ze względu na znacznie większą odległość). 125 PLN za pół godziny? Cóż, nie będziemy tu szukać żadnych dowcipnych porównań, bo to w sumie rodzinny blog.

Jezioro Ochrydzkie, Macedonia

Jezioro Ochrydzkie, Macedonia. W oddali szczyty Albanii

Ceny benzyny po drodze samochodem do Grecji

Największym naszym kosztem przy podróży samochodem do Grecji będzie oczywiście paliwo. Gdzie była najtańsza benzyna 95 po drodze i gdzie tankowaliśmy? Tyle płaciliśmy za paliwo na przełomie kwietnia i maja 2019 roku:

  • Polska: 5,09 PLN (Warszawa, Tesco) oraz 5,17 PLN (Orlen, Kraków),
  • Serbia: 151,9 RSD, czyli 5,52 PLN (Łukoil pod Nowym Sadem),
  • Macedonia: 71,5 MKD, czyli 5,02 PLN (stacja w centrum Skopje),
  • Grecja: 1,617 EUR, czyli 6,94 PLN.

Z jakiegoś powodu wydawało nam się, że w Serbii jest taniej niż na Węgrzech, a to nie do końca prawda, co pokazuje chociażby zestawienie cen benzyny w Europie PZM. Tak naprawdę najlepszym rozwiązaniem jest po wyjeździe z Polski zatankować do pełna na Węgrzech i potem w Macedonii oraz jak najmniej odwiedzać stacje w Grecji.

Ile więc zapłacicie za paliwo jadąc do Grecji? Przyjmując 1800 km do przejechania w jedną stronę na Riwierę Olimpijską, średnią cenę benzyny 95 na poziomie 5,2 PLN, spalanie – 7 litrów na 100 km (ambitnie, ale nam się udało zejść nawet niżej), wychodzi 655 PLN w jedną stronę, czyli 1300 PLN w obie strony. Realnie warto liczyć ok. 1500 PLN. Niemało.

Nisz. Sympatyczny przystanek w drodze.

Zielona Karta w drodze do Grecji

Pamiętacie jeszcze co to takiego Zielona Karta? To taki dokument, który potwierdza zawarcie ubezpieczenia OC i ma identyczny wzór we wszystkich krajach. Wydaje się go w języku narodowym kraju, w którym działa towarzystwo ubezpieczeniowe oraz w języku angielskim lub francuskim. Drukowany jest na zielonym papierze i stąd jego popularna nazwa.

W Unii Europejskiej się już go nie stosuje. Polacy zazwyczaj przypominają sobie o Zielonej Karcie w drodze na Ukrainę, do Dubrownika (bo nagle po drodze wyrasta Bośnia i Hercegowina), albo w Macedonii. To o tyle przykre, że w razie jej braku trzeba wykupić na granicy specjalne ubezpieczenie graniczne. Tymczasem większość ubezpieczyli w Polsce wydaje ją za darmo do ubezpieczenia OC. A więc zanim wybierzecie się do Grecji przez Macedonię koniecznie wyróbcie sobie Zieloną Kartę u swojego ubezpieczyciela. W przeciwnym razie na granicy będziecie musieli wysupłać… 50 EUR za 15-dniowe ubezpieczenie! Szczęście w nieszczęściu, że czas jest jego jedynym ograniczeniem. To znaczy możecie na nim wyjechać z Macedonii i, o ile nie skończyła się jego ważność, wrócić.

Przepisy drogowe na trasie do Grecji

Kiedyś mawiano, że co kraj to obyczaj. Teraz na szczęście (i nieszczęście) globalizacja i Unia Europejska robią całkiem sporo dla ujednolicenia przepisów i zwyczajów. Jakich niespodzianek w przepisach drogowych możemy spodziewać się w krajach mijanych po drodze do Grecji, jak i w samej Grecji?

Ograniczenia prędkości

Te są bardzo podobne do Polski, a jeśli występują różnice to zazwyczaj trzeba jechać o 10 km/h wolniej niż u nas. We wszystkich mijanych krajach ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym to 50 km/h (w Serbii dochodzą jeszcze strefy szkolne z ograniczenie 30 km/h). Poza terenem zabudowanym można jechać 80 km/h (Macedonia, Serbia) lub 90 km/h (Grecja, Węgry). Drogi ekspresowe – 100 km km/h (Macedonia, Serbia) 110 km/h (Grecja, Węgry), 130 km/h (Słowacja) , autostrady – 120 km/h (Macedonia, Serbia), 130 km/h (Grecja, Węgry, Słwoacja). W wielu krajach niższe limity obowiązują np. dla samochodów z przyczepami (np. tylko 90 km/h poza terenem zabudowanym na Słowacji, 80 km/h w Grecji czy Macedonii a nawet 70 km/h na Węgrzech w terenie niezabudowanym i na drogach ekspresowych).

Kręte greckie drogi

Wyposażenie obowiązkowe

Tu z różnic warto wymienić obowiązek posiadania gaśnicy we wnętrzu auta, a nie w bagażniku (Grecja), komplet zapasowych standardowych żarówek (Macedonia, Serbia), kamizelka odblaskowa w kabinie pasażerskiej (Serbia) a nawet dwie, jeśli mamy pasażera (Słowacja), linka holownicza (Węgry), czy koło zapasowe, klucz i podnośnik (Słowacja). W Serbii dodatkowo jest obowiązek jazdy na oponach zimowych od 1 listopada do 1 kwietnia, a na Słowacji bardzo rygorystycznie ustalono zawartość apteczki. Musi ona zawierać zestaw środków opatrunkowych (plastry, bandaże, kompresy) i dezynfekujących, przedmioty niezbędne przy akcji reanimacyjnej, takie jak ustnik, a ponadto nożyczki, agrafki, rękawice gumowe i chustę trójkątną.

Oczywiście najlepiej zaopatrzyć się we wszystkie elementy i faktycznie mieć je w kabinie, tak jak wymagają najostrzejsze z przepisów po drodze.

Alkohol

Tu przepisy różnią się najmocniej i żaden kraj po drodze nie ma “polskiego” limitu, czyli 0,2 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Na Węgrzech i Słowacji jakiekolwiek wskazanie alkomatu poza 0,0 oznacza problemy. W Serbii limit zawartości alkoholu to 0,3 promila, w Grecji i Macedonii – 0,5 promila. Wychodzi więc, że Polska się wyłamuje z prostej zależności im dalej na północ, tym bardziej rygorystycznie.

Policja

Z tą na szczęście mieliśmy bardzo ograniczone doświadczenia. Zatrzymała nas do kontroli słowacka drogówka niedaleko granicy z Węgrami. Skończyło się na sprawdzeniu dokumentów i życzeniach szczęśliwej podróży. Wiemy jednak, że sami Słowacy zwracają uwagę na dużą liczbę patroli na ich drogach i częste zatrzymania do kontroli. Bardzo dużo policji widzieliśmy w miastach i miasteczkach Serbii, tam też zdarzały się zatrzymania do kontroli za bramkami na autostradzie. Ani jednego patrolu nie widzieliśmy w Grecji. Tam niewątpliwie policja jest dużo bardziej widoczna i aktywna w sezonie.

Oczywiście na ograniczenie kontaktów z drogówką jest jedna prosta rada – autostrady. Jazda po lokalnych trasach, wsiach i miasteczkach zwiększa znacznie naszą szansę na kontrolę.

Kanion Matka, Skopje, Macedonia

Kanion Matka (podobno jest tylko jedna). Skopje, Macedonia

Gdzie zatrzymać się w drodze do Grecji

Słowacja

Jak już pisaliśmy, nasz januszowy wybór, by nie jechać autostradami (poza jedynką w Polsce) miał sporo minusów. Miał też jeden ogromny plus a mianowicie odkrycie fantastycznego miejsca u Barana Jana w Hruszowie na Słowacji tuż pod węgierską granicą. Wyszukaliśmy go na Airbnb (jeśli dopiero się rejestrujecie w serwisie, to klikając w ten link dostaniecie zniżkę na pierwszy nocleg na Airbnb!).

Sami nie wiemy co takiego jest w Hruszowie. Na pewno są piękne góry, są Cyganie z ich wioską na obrzeżach i muzyką na żywo, jest wieś z knajpą i ich muzyką na żywo (krążąc wieczorem po wsi nazywaliśmy obie części West Coast i East Coast). Ale poza tym wiele nie ma. Jest co prawda Zamek Hruszow, ale tak naprawdę jego ruiny są położone kilkadziesiąt kilometrów dalej i łączy je tylko nazwa. Tak naprawdę, to przede wszystkim jest Jan i jego sioło, bo to chyba najwłaściwsza nazwa.

Agroturystyka w górach na Słowacji

Strzyżenie owiec przez Barana

Historia Jana idealnie nadaje się do tekstu pod tytułem “Rzucił korpo i odnalazł korzenie”. Jeszcze kilka lat temu pracował dla dużej korporacji, aż w końcu zrezygnował z pracy, przyjechał na ziemię dziadków, zbudował dom, a nawet dwa, wykopał basen, ściągnął lamy, strusie, owce (które przy nas strzygł), a koniec końców nawet jakichś turystów. Ale przede wszystkim Jan jest doskonałym gospodarzem. Ba! To typ człowieka, w którym od razu wyczuwa się coś więcej niż tylko gospodarza. To osoba, w której łatwo odnajduje się bratnią, przyjazną duszę.

I choć w Hruszowie faktycznie nie ma wiele, za naszego wielkanocnego pobytu basen nadal był zamknięty, a baranowe sioło dopiero powoli szykowało się do turystycznego sezonu, to od razu wiedzieliśmy, że cokolwiek by się wydarzyło, to na pewno będziemy przez Hruszow wracali. I tak też było. Wiele czasu na rozmowy z Janem nie mieliśmy, bo przyjechaliśmy po północy, a następnego dnia musieliśmy wyjechać przed południem, ale i tak pogawędziliśmy trochę o życiu i naszych pasjach, i mamy ogromną nadzieję, że nie była to nasza ostatnia rozmowa.

Agroturystyka w górach na Slowacji

Nowi przyjaciele

Serbia

W drodze do Grecji nasz wybór na drugi przystanek padł na Nowy Sad a dokładniej na Karłowice, czyli Sremskie Karlovci. Dlaczego akurat tu? Od kiedy przeczytaliśmy w książkach o historii o Pokoju Karłowickim z 1699 roku kończącym wojnę koalicji antytureckiej z Turkami zawsze chcieliśmy tu przyjechać! Brzmi przekonująco? Chyba nie bardzo. No dobrze, tak naprawdę zawsze chcieliśmy poczuć ducha kulturalnej i religijnej stolicy Serbów z czasów Austro-Węgier, zobaczyć miasto goszczące najstarsze serbskie gimnazja i zrozumieć skąd dopisek karlowiecki w tytule serbskich metropolitów. Uwierzyliście? Pewnie też nie.

No to pisząc szczerze, ściągnęła nas w to miejsce Twierdza Petrovaradinska oraz rozsądnie wyglądający tani nocleg w północnej Serbii, który znaleźliśmy na Airbnb. Schludnie wyglądającemu mieszkaniu za niewiele ponad 60 PLN w zabytkowym miasteczku z historią nie będziemy odmawiać. I musimy przyznać, że się nie zawiedliśmy. Do centrum Sremskich Karłowic mieliśmy krótki spacerek, gospodyni sympatyczna, a mieszkanie było czyste, zadbane i bez zarzutu.

Karłowice, Sremski Karlovci

Naddunajskie Karłowice, czyli Sremski Karlovci

Do twierdz i zamków mamy ogromną słabość, a ta jest drugą największą twierdzą Europy. Zwie się ją Gibraltarem Dunaju. Robi ogromne wrażenie jeszcze z drugiego brzegu rzeki – z nowosadzkich bulwarów. Potem jest zaskoczenie, bo po zjechaniu z mostu wjeżdża się w małe miasteczko, przejeżdża przez bramę, jedzie jakimiś opłotkami i w sumie nie wiadomo do końca, gdzie się ta twierdza podziała. Dopiero podczas zwiedzania tajemnica się wyjaśnia. Twierdza jest tak ogromna, że i miasteczko i opłotki to jej część.

Ale rozmiar to nie wszystko:) To miejsce, w którym pytanie goni pytanie, a odpowiedzi nigdy nie rozczarowują. Dlaczego Dunaj zakręca przy fortecy pod kątem 90 stopni? Ile jest kilometrów podziemnych kanałów? Jak twierdza zaopatrywała się w wodę? Ile było na jej terenie meczetów, kiedy rządzili nią Turcy? Dlaczego to właśnie tutaj Europa uwierzyła, że jest w stanie ich ostatecznie pokonać? Czy przęsła mostu prowadzącego do twierdzy przez Dunaj to ruiny po bombardowaniach NATO w 1999 roku? Petrovaradinowi i przy okazji również Karłowicom na pewno poświęcimy oddzielny wpis. A czy już wspominaliśmy, że okolica słynie też z doskonałego wina? Chyba nie zdążyliśmy, ale myślę że udało się nam Was przekonać, że przystanek w w tej okolicy może być dobrym pomysłem.

Z kolei w drodze powrotnej z Grecji zatrzymaliśmy się w Niszu. Tam również przyciągnęła nas twierdza oraz kolejny schludny apartament w rozsądnej cenie (niecałe 80 PLN) w samym centrum miasta z obiecanym darmowym miejscem parkingowym. Mieszkanie było super, miejsce parkingowe okazało się być podwórkiem za blokiem, gdzie nie obyło się bez strzepywania petów rzuconych na dach samochodu. A Nisz? Twierdza nieco rozczarowuje, samo miasto może nie ma zbyt wielu zabytków, ale za to raczy gości bardzo przyjemnym knajpiano-restauracyjnym centrum w duchu bałkańskiej beztroski. Wieczorny spacer po Niszu z małą ucztą w jednym z lokali (polecamy chociażby bardzo popularną Galiję) na pewno Was nie rozczaruje.

Petrovaradin

Twierdza Petrovaradin i piękny, choć niezbyt modry wiosenną porą Dunaj

Macedonia

Kraj o wielu twarzach i wielu nazwach. Gdzie się zatrzymać, jeśli akurat tam wypadnie Wam przystanek w drodze samochodem do Grecji? My proponujemy dwie sprawdzone przez nas lokalizacje. Pierwsza to Skopje. Miasto jak niewiele innych. Narodowy disneyland, bałkańskie przemieszanie Waszyngtonu ze Stambułem, zewsząd atakują wyrzeźbieni faceci na koniach. A dodatkowo jeszcze każdy wraszawiak ma z tyłu głowy, że może ta odbudowa Warszawy nie poszła aż tak źle, jakby się mogło wydawać… Dlatego? O tym też na pewno napiszemy.

Skopje ma też jedną ogromną zaletę. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od miasta znajduje się przepiękny Kanion Matka, na który spokojnie można poświęcić cały dzień. Po kanionie można spacerować, można przepłynąć się kajakiem, można też popłynąć łódką do jaskini Vrelo. Kanion spokojnie zasługuje na oddzielny wpis i taki na pewno niedługo się u nas pojawi.

Gdzie nocować w Skopje podczas wyjazdu samochodem do Grecji? Jednym z najtańszych, o ile nie najtańszym hotelem w stolicy Macedonii jest Pansion Bianko. Trochę przypomina amerykański motel, a tak naprawdę jest chyba jakimś przerobionym barakiem. Ważne jest to, że jest w odległości spaceru od ścisłego centrum Skopje, ma darmowe miejsce parkingowe oraz kosztuje zaledwie 15 EUR za noc (za pokój 3-osobowy, dzieci do lat 6 śpią za darmo w dostępnych łózkach). Patrząc po licznych recenzjach w języku polskim na Booking.com miejsce jest popularne wśród rodaków. Recenzje są różne, ale my nie mieliśmy większych zastrzeżeń. Oczywiście za tę cenę nie należy mieć zbyt wygórowanych oczekiwań, ale było w miarę czysto, a powrót z miasta wieczorem zajmował nam kilka minut.

W drodze powrotnej wybraliśmy się do Ochrydu, który po bliższym poznaniu okazał się być również całkiem ciekawym miejscem, choć jak duża część Serbii i Macedonii wydaje się żyć w ledwo uchwytnej mgiełce lepszej i ciekawszej przeszłości. Tu również postawiliśmy na budżetowe rozwiązanie. Hostel Valentin to jedna z natańszych noclegowych opcji w Ochrydzie. Hostel nie rzuca się w oczy (choć jest przy głównej ulicy), miejsce parkingowe to po prostu chodnik przed bramą, z wodą bywają problemy, a ogrzewanie jest dodatkowo płatne. Niemniej jednak właściciel to bardzo przyjazna dusza, a my i tak w hostelach tylko śpimy (albo oglądamy Grę o Tron jeśli akurat pojawił się nowy odcinek). Cena? 18 EUR za noc w małym mieszkanku z aneksem kuchennym. Jak na Ochryd, naprawdę nieźle. Możne trochę daleko od jeziora, ale po pierwsze, to Ochryd, tu nigdzie nie jest daleko, a po drugie tuż obok są sklepy i jest gdzie zjeść (znacznie taniej niż na turystowie). Jak macie ograniczony budżet na noclegi, to zdecydowanie polecamy.

Anonimowy wojownik na koniu, Skopje, Macedonia

Anonimowy wojownik na koniu, Skopje, Macedonia

Samochodem do Grecji – podsumowanie

Podsumujmy koszty i czas:

  • 6-8 dni jazdy, co najmniej 5 noclegów po 80-100 PLN (przy bardzo budżetowych rozwiązaniach)
  • 3600 km jazdy, czyli 20-25 godzin
  • ok. 1500 PLN za benzynę, 265 PLN za autostrady,
  • kilka godzin na granicach.

Razem (nie licząc wyżywienia i ubezpieczenia granicznego dla zapominalskich w Macedonii z racji braku Zielonej Karty) wycieczka samochodem do Grecji wyniesie Was ok. 2200 PLN, czyli przy 4-osobowej rodzinie 550 PLN na głowę. Mniej więcej tyle, ile może Was kosztować bilet taniej linii lotniczej w normalnej cenie z dopłatą za bagaż i miejsce przy dziecku. Wydaje się, że konkluzja jest dosyć jasna: niezbyt się to opłaca. Ale lecąc samolotem…

  • nie trafilibyśmy do Barana Jana, nie zobaczylibyśmy Skopje i tych wszystkich bezimiennych wojowników na koniach, czy twierdzy w Petrovaradinie.
  • nie zatopilibyśmy zębów w pleskawicy, dalej byśmy myśleli, że burek to dobre imię dla psa, a nie pysznej przekąski.
  • pewnie nie spędzilibyśmy dwóch nocy na dziko na greckich plażach, bo ani namiot, ani śpiwory nie zmieściłyby nam się do bagażu.
  • nie opowiedzielibyśmy dzieciom, stojąc w czterogodzinnej kolejce na granicy serbsko-węgierskiej, jak to drzewiej bywało i dlaczego otwarte granice to taki świetny wynalazek.

Czasem droga jest ważniejsza od celu.

Od dawna wyznajemy zasadę, że droga jest równie ważna co cel, do którego się dąży. I to nawet jeśli jest nim Olimp. Poza tym, patrząc z czysto finansowego punktu widzenia, to lecąc samolotem musielibyśmy mocno ograniczyć bagaż, na miejscu i tak wynajęlibyśmy samochód, co by nas kosztowało co najmniej kilkaset złotych, nie nocowalibyśmy na dziko, Serbia czy Macedonia byłyby nadal tymi dzikimi, wojowniczymi krajami na mitycznych Bałkanach. A tak mamy je jako-tako oswojone. I wiemy, że chcemy tam wrócić oraz chociażby odwiedzieć Albanię, której szczyty mogliśmy dotrzec z Ochrydy.

Lecąc samolotem do Grecji na pewno zyskalibyśmy sporo czasu na zwiedzanie ruin, dotarlibyśmy do Sparty, nie odpuścilibyśmy Olimpji. Cały Peloponez byłby nasz. A tak, dwa tygodnie w Grecji zamieniły się bardziej w bałkańską przeplatankę. Pytanie tylko czy kolejny amfiteatr czy kolejna zrównoważyłaby bałkańskie doświadczenia. Mamy wątpliwości. Wybór więc należy do Was, a my tylko pokazujemy, że da się, nie kosztuje to worków złota i coś (poza bolącymi plecami od godzin spędzonych w samochodzie) można z tego wynieść.

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *