
Czeka Was weekend w Wilnie? Nie może podczas niego zabraknąć spaceru po zakątkach wileńskiego Starego Miasta. Możecie ruszyć na miasto bez celu, ale jest kilka miejsc, których po prostu nie można ominąć. Oto nasz pomysł na całodzienny spacer po Wilnie.
Z każdym kolejnym citybreakiem na kilka dni lub weekend obiecujemy sobie, że tym razem spróbujemy spaceru po mieście z przewodnikiem. Takim żywym, co mówi, chodzi i nazywa się inaczej niż Lonely Planet. Zazwyczaj mamy dobre wytłumaczenie – dzieci. No bo przecież zamarudzą, trzeba ich choć trochę pilnować, zmęczą się, a reszta grupy nie poczeka. To oczywiście taka trochę trzecia Tischnerowska prawda, bo jak już we Lwowie udało nam się wybrać na spacer po podziemiach Lwowa, to 4-letnia wtedy Kalina, była idealnym – uważnym i wytrwałym, członkiem wycieczki.
W Wilnie też mieliśmy taki plan. Ponieważ byliśmy szczęśliwymi posiadaczami turystycznej Wileńskiej Karty Miejskiej, która daje możliwość darmowego uczestnictwa w spacerze z przewodnikiem po Wilnie, to naprawdę ostrzyliśmy sobie nań zęby i pucowaliśmy trzewiki. Wycieczka ma tylko jeden haczyk i to w temacie, w którym jedno z nas jest szczególnie słabe: trzeba być w określonym miejscu o określonej godzinie. By wziąć udział w anglojęzycznym spacerze z przewodnikiem (bilet bez Wileńskiej Karty Miejskiej to koszt 10 EUR), musicie się pojawić na Placu Katedralnym obok dzwonnicy punktualnie o 11. Wycieczki po angielsku odbywają się od 1 maja do 30 września, w poniedziałki, środy, piątki i niedziele.
Niestety, nam się nie udało. Przecinając marszobiegiem kolejne przecznice wileńskiego nowego miasta jeszcze naiwnie łudziliśmy się, że 10 minut spóźnienia to nic i na pewno gdzieś przed Katedrą zobaczymy jeszcze charakterystyczą parasolkę albo chorągiewkę przewodnika. Tymczasem, nie było już nikogo. Po placu przechodziły pojedyncze osoby zupełnie jak gdyby nigdy nic, jakby nic się nie stało. Jakby wcale nie odszedł stąd przed chwilą tłum spragnionych wrażeń turystów, pozostawiając innych w cieniu niewiedzy. Spróbowaliśmy się jeszcze podpytać w dzwonnicy Katedry, ale obsługa rozłożyła tylko ręce stwierdzając, że nie mają z tą inicjatywą nic wspólnego.
No to ruszyliśmy na własny spacer. Wyszliśmy trochę za Stare Miasto, doszliśmy do opłotków Antokolu, przeszliśmy przez Zarzecze, a (pisząc zupełnie szczerze) dopiero następnego dnia dotarliśmy na Rossę. Ale mimo wszystko wierzymy, że nasza trasa jest do zrobienia w jeden dzień. A wieczorem polecamy odpocząć przy dobrym litewskim piwie. Najlepszą knajpę wybierzecie z naszego przewodnika po barach w Wilnie.
Spacer po Wilnie. Czego nie przegapić?
Jak już dobiegniecie na Plac Katedralny z wileńską Katedrą św. Stanisława i św. Władysława i nigdzie nie będzie Pana czy Pani z parasolką zbierającą do kieszeni 10 EUR lub wycięte kuponiki z karty turystycznej, to na spacer możecie ruszyć sami. A Plac Katedralny – prawdziwe serce Litwy – to idealne miejsce na początek drogi. Tutaj, w prastarym gaju, jeszcze w XIII wieku, stała pogańska świątynia Perkuna z wiecznie zapalonym świętym ogniem. Według niektórych podań król Mendog po przyjęciu chrztu kazał gaj wyciąć, świątynię zburzyć i na jej miejscu postawił kościół. Wielu historyków nie uznaje tej teorii, bo o pierwszej „katedrze” źródła milczą, ale jeśli była to i tak przetrwała ledwie 10 lat, bo nowa wiara królowi nie przypadła do gustu i starzy bogowie wrócili do litewskich światyń i świętych gajów.
Drugie podejście do chrztu i budowy kościoła nastąpiło dopiero ponad 100 lat później. Mury świątyni zaczęły się piąć w 1387 roku, w rok po chrzcie Jagiełły. Tym razem król w wierze wytrwał, dzięki czemu nowopowstały kośiół przy Zamku Dolnym przeżył poprzedniczka. Wileńska katedra, a od 1925 roku bazylika archikatedralna była wielokrotnie odbudowywana i przebudowywana, i szczęśliwie dotrwała do naszych czasów. Jeszcze na początku XIX wieku wyglądała zupełnie inaczej. Swój obecny – klasycystyczny wygląd otrzymała dopiero w 1801 roku. Historia, która już wcześniej nie oszczędzała budynku dała o sobie jeszcze przypomnieć po włączeniu Litwy do ZSRR. Katedrę zamknięto dla wiernych w 1949 na prawie 40 lat. W 1989 roku świątynię odnowiony i zwrócono katolikom, a w 1996 roku odtworzono posągi na szczycie fasady.
Będąc na Placu Katedralnym nie sposób też ominąć 57-metrowej, samotnie stojącej Dzwonnicy Katedralnej (wstęp: 4,5 EUR, za darmo z Wileńską Kartą Miejską). Zbudowano ją na podstawie baszty obronnej Dolnego Zamku. Podobnie jak katedra była wielokrotnie przebudowywana i podobnie jak ona obecny kształt uzyskała w XIX wieku. Też utraciła religijny charakter za rządów komunistów. Krzyż z dachu wrócił na miejsce w 1989 roku.
Ze szczytu dzwonnicy rozciąga się piękny widok na starówkę i plac. Na kolejnych piętrach można też obejrzeć ekspozycję starych dzwonów, czy stary miejski zegar. Można też posłuchać opowieści w kilku językach (niestety nie po polsku) wilnian związanych z tym miejscem. Niestety, większość z tych opowieści jest… bez sensu. Miały chyba jedynie „budować klimat”, bo nie mówią praktycznie nic o miejscu, w którym stoi dzwonnica, ale zupełnie nas nie przekonały. Za to dzwonnica sama doskonale się broni zarówno klimatem, jak i widokami.
Za katedrą znajduje się Pałac Wielkich Książąt Litewskich, w którego historii odbijają się losy Litwy. Powstał z rozbudowanej rezydencji przy Dolnym Zamku. Czasy świetności przeżywał pod koniec panowania Jagiellonów, kiedy stał się jedną z królewskich rezydencji. Zmierzch jego świetności przyniósł najazd szwedzki. Wilno podzieliło wtedy los wielu polskich miast, m.in. Warszawy. Pałac złupiono, a sam budynek płonął przez 17 dni. Z tej katastrofy się nie podniósł. Ruiny dotrwały do końca Rzeczpospolitej i rozebrano je dopiero przy okazji gruntownego przebudowania katedry. W połowie XIX wieku miejsce po pałacu porastał już park.
Decyzję o odbudowie podjęto w 2001 roku, a budynek otworzył swe wrota dla gości w 2009 roku. Muzeum w Pałacu (wstęp: 3 EUR, z Wileńską Kartą Miejską za darmo) niestety jakoś nie zachęciło opisem swoich zbiorów. Piece z herbami rodowymi, rzeźby, największa w świecie unikatowa kolekcja historycznych kafli piecowych, drewniane sufity, żyrandole, to nie są największe atrakcje, jakie można znaleźć w Wilnie przez kilka dni, a tym bardziej w piękny, słoneczny weekend. Muzeum ma też jednak podobno bogate zbiory z różnych okresów litewskiej historii i współpracuje z wieloma placówkami na świecie, więc nie wątpimy, że potrafi jednak przyciągnąć do siebie zwiedzających, może skusimy się następnym razem…
Nad pałacem i katedrą góruje Wzgórze Zamkowe z pozostałościami Górnego Zamku, w tym XIV-wieczną Basztą Gedymina, z której rozciąga się piękny widok na Wilno. Dodatkowo możecie tam obejrzeć modele wileńskich zamków (w tym Górnego Zamku z połowy XIV wieku) oraz uzbrojenie z tamtego okresu. Niestety, choć mieliśmy w planach wejście na górę, to nie było nam to dane. Latem 2018 roku wieża przechodziła remont i już u podnóży Góry Giedymina powitał nas płot z zamkniętą bramą. Ponieważ tego dnia byliśmy naprawdę zdeterminowani, żeby raz jeszcze rzucić okiem na Wilno z góry, okrążyliśmy Górę Giedymina przy Wilejce i przez most na ulicy Kościuszki (przedwojenna Kościuszki) udaliśmy się w stronę Góry Trzykrzyskiej.
Górę z trzema białymi krzyżami projektu Antoniego Wiwulskiego widać z wielu miejsc w Wilnie. Jest w niej coś uspokajającego. O ile Baszta Giedymina góruje nad katedrą i placem jak groźny kamienny strażnik, tak trzy białe krzyże wśród zieleni są jak wileńskie anioły. Trochę tylko szkoda, że krzyże wydają się lekko zapomniane przez miejskich włodarzy. I o ile ich dba się o ich śnieżnobiały kolor, tak samemu podejściu pod górę i tarasowi widokowemu przydałoby się trochę gospodarskiej uwagi.
Krzyże wzniesiono w tym miejscu w 1916 roku, ale ich drewniane odpowiedniki stawiano już na początku XVII wieku. Miały upamiętniać straconych w tym miejscu franciszkanów. Jak wiele religijnych obiektów, nie przetrwały czasów ZSRR. Wysadzono je w 1950 roku. Kiedy Litwa wybijała się znów na niepodległość, mieszkańcy Wilna odbudowali je w zaledwie 14 dni. Tym razem poświęcono je ofiarom stalinizmu. Odbudowano je prawie wiernie, poza tym, że współczesne krzyże są prawie 2 metry wyższe od oryginalnego projektu Wiwulskiego.
Jeśli już jesteście na Górze Trzykrzyskiej, to warto zejść przez park oddalając się od starego miasta na północ. Po mniej więcej 600 metrach dojdziecie do wielkiego ronda, za którym rozciąga się Antokol, a na samym jego skraju zobaczycie barokowy kościół św. Piotra i Pawła. Jeśli ktoś bardzo niekościelny spytałby się nas, jaka jest jedna jedyna świątynia w Wilnie, do której powinien wejść, to wcale nie powiedzielibyśmy, że jest to katedra. Wskazalibyśmy właśnie na tą barokową perełkę.
Już z daleka widać, że kościół św. Piotra i Pawła to nie jest zwykły zabytek. Jego wagę wyjątkowość (jak wielu innych miejsc) można zważyć liczbą autokrów na polskich rejestracjach oraz polską restauracją przy samym rondzie. Na pewno nie fasadą. Ta jest spokojna, wręcz zwodnicza, jakby chciała do siebie zwabić nieświadomego wiernego. Szczególnie, że sama architektura bryły kościoła to żadne novum. Zwykła trójnawowa bazylika na planie krzyża z kopułą na skrzyżowaniu naw.
Tymczasem dekoracje wewnątrz są jak sen i wręcz obezwładniają zmysły. To około dwa tysiące rzeźb o tematyce biblijnej, mitologicznej i historycznej. Dominuje biel, w kilku ledwie miejscach są polichromie, a obrazy zajmują boczne nawy. W pierwszym momencie trudno sobie poradzić z nadmiarem detali grających ledwie cieniami na białych ścianach. Dopiero kiedy wzrok już się przywyczai i zmysły przygotują się na kontemplację, zaczyna docierać treść rzeźb i ich kunszt.
Kościół ufundował pod koniec XVII wieku hetman wielki litewski Michał Kazimierz Pac jako wotum dziękczynne za zwycięstwo w wojnach z Moskwą i wyzwolenie Wilna. Jego budowa trwała siedem lat, a wykończenie wnętrz kolejne dziewięć. Dwa lata przed końcem prac hetman zmarł i kazał się pochować pod progiem świątyni (jego wolę szanowano przez jakieś sto lat, a potem przeniesiono szczątki do podziemi). Płytę nagrobną można nadal podziwiać przy wejściu. Pac kazał na niej wyryć inskrypcję „Hic iacet peccator” („Tu leży grzesznik”). W kościele warto zwrócić też uwagę na żyrandol w kształcie łodzi, co jest nawiązaniem do zatonięcia ołtarza głównego w trakcie transportu do Włoch. Kościół zresztą pozostawiono bez głównego ołtarza aż do dzisiaj.
Z najsłynniejszej antokolskiej świątyni zrobiliśmy sobie dość długi i nijaki spacer na Zarzecze. Jeśli macie opłacone bilety komunikacji miejskiej, to warto skrócić sobie drogę i podjechać jeden lub dwa przystanki autobusem. Ta druga opcja jest szczególnie wskazana, jeśli chcecie odwiedzić drugi z historycznych wileńskich cmentarzy, czyli Cmentarz Bernardyński. My nie dotarliśmy w jego okolice, ale słyszeliśmy, że choć jest w gorszym stanie niż Cmentarz na Rossie, to ma równie wiele uroku.
Odbiliśmy nieco wcześniej na Zarzecze przechodząc przez osiedla u podnóża Góry Trzykrzyskiej. Bardzo szybko z blokowiska weszliśmy w małą litewską wioskę z urokliwymi drewnianymi domkami. Poczuliśmy się przez chwilę, jakbyśmy zagubili się w jakiejś litewskiej puszczy, gdzie trafiliśmy na ukrytą przed wszytkimi osadę. Tymczasem nadal byliśmy prawie w centrum europejskiej stolicy. Zresztą wrażenie szybko prysło, bo już kilkadziesiąt metrów przed wejściem na ulicę Zarzeczną dało się słyszeć turystów i nagle znaleźliśmy się wśród turystycznej hipsterki, która dość tłumnie nawiedza od jakiegoś czasu to miejsce.
Od 1997 roku Zarzecze (Užupis) nie jest bowiem zwykłą dzielnicą Wilna, ale niezależną Republiką Zarzecza z własnym prezydentem, rządem, biskupem, a nawet konstytucją, którą w kilkunastu językach (w tym na przykład po arabsku) wywieszono na tablicach na ulicy Paupio. O tym, że przekraczacie granicę, poinformuje Was stosowna tablica wywieszona na „moście granicznym” na Wilejce na przedłużeniu ulicy Zarzecznej. A jeśli zdarzy się Wam być w Wilnie w okolicach 1 kwietnia, to nie przegapcie zarzecznego Dnia Niepodległości, kiedy w republice odbywają się liczne imprezy, happeningi i pochód prowadzony przez prezydenta.
Zarzecze dzieli los podobny do krakowskiego Kazimierza, czy warszawskiej Pragi. Przez lata zaniedbywane dostało drugie życie dzięki sztuce i artystycznej bohemie. Za nią przyszły knajpy, turyści, stopniowo w cień usuwały się duchy przeszłości – bezdomni, czy znudzone ekipy stojące w bramach. Teraz w podwórkach miesza się klimat sztuki i architektonicznej dekadencji. O ile bowiem część głównych ulic i budynków przy nich wygląda bardzo porządnie, tak w podwórkach do końca często nie wiadomo czy panuje bazładny czy też może artystyczny chaos. Zarzecze uchodzi jednak (chyba słusznie) za jedną z najbardziej urokliwych dzielnic Wilna.
Na Zarzeczu znajdziecie też kilka knajp, które warto odwiedzić. My zakochaliśmy się w Spunce (Špunce) na Zarzecznej 9, ale warto też chyba poszukać trochę ukrytej Zielonej Gęsi, której nazwa nawiązuje do Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Gałczyński mieszkał w latach 30-tych w długiej kamienicy do której przytuliła się knajpka. Ogromną popularnością cieszy się także kawiarnia Zarzecze nad Wilejką przy samym moście granicznym. Z niej można przejść wypełnionym artystycznym nieładem brzegiem rzeki do pobliskiej Zielonej Gęsi.
Wracając na stare miasto z Zarzecza ma się przed sobą tyle opcji, że aż może rozboleć głowa. Jeśli skręcicie w prawo i pójdziecie wzdłuż Wilejki, dojdziecie do pomnika Adam Mickiewicza stojącego zaledwie 100 metrów od domu polsko-litewskiego wieszcza mieszczącego obecnie muzeum (wstęp: 1,5 EUR). Tuż obok pomnika stoi przepiękny XVII – wieczny kościół św. Anny, wybudowany w stylu płomiennego gotyku gdańskiego. Jego architekturą miał się zachwycić sam Napoleon podczas pobytu w Wilnie, co niestety kontrastuje trochę z inną opowieścią głoszącą, że w kościele stacjonowała francuska kawaleria… Kościół jest uznawany za jeden z cenniejszych zabytków wileńskiej starówki i nie sposób zaprzeczyć, że jego koronkowa fasada, do której użyto podobno ponad 30 rodzajów cegieł, to cudowny i niezwykle delikatny majstersztyk.
Jeśli dom Mickiewicza nie kusi Was wystarczająco mocno, to proponujemy przez ulicę Literacką skierować swe kroki w stronę Uniwersytetu Wileńskiego. Na Rogu Literackiej i Ruskiej nie przegapcie muru z licznymi tabliczkami poświęconymi wielkim literatom z Litwy, Polski i reszty świata. Potem przez skwer Konstantego Skwrida dojdziecie na Uniwersytet Wileński. Wejście dla zwiedzających jest na ulicy Uniwersyteckiej, zamkniętej z lewej strony boczną fasadą Pałacu Prezydenckiego.
Uniwersytet Wileński został założony dzięki przywilejowi nadanemu przez króla Stefana Batorego. Był jedną z głównych placówek akademickich na terenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Nie oszczędziły go niestety zabory i decyzją Mikołaja I na fali represji po Powstaniu Listopadowym został zamknięty. Reaktywacja nastąpiła po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i włączeniu Wilna w granice państwa. Później, działa na zasadach uniwersytetów radzieckich. Autonomię odzyskuje już w niepodległej Litwie.
Bilet na zwiedzanie kampusu uniwersytetu kosztuje 1,5 EUR, dodatkowe 2,5 EUR wydamy na dzwonnicę i Muzeum Nauki. Z biletem możemy przejść przez 13 zamkniętych dziedzińców, które nabierały kształtu i były włączane w obręb uczelni na przełomie setek lat, obejrzeć powstałe ponad 30 lat temu freski przed Centrum Lituanistycznym, czy zajrzeć do księgarni Littera z równie pięknymi i młodymi freskami co w korytarzach uczelni.
Na dziedzińcu Wielkim nie przegapcie kościoła św. Jana Chrzciciela i św. Jana Apostoła Ewangelisty z historycznymi globusami. Podobno sprowadził je Joachim Lelewel, który wykładał na Uniwersytecie Wileńskim historię (w latach 1822-1824). Dwa pochodzą z XVII wieku i są autorstwa Willema Janszoona Blaue’a, dwa pozostałe – Johanna Friedricha Enderscha – z XVIII wieku.
Cofając się ulicą Uniwersytecką dojdziemy do ulicy Szklarskiej ( g.). To teren wileńskiego getta z okresu II wojny światowej. Przed wojną, Szklarską i przyległe uliczki wypełniały sklepik i zakłady żydowskich rzemieślników i kupców. Idąc dalej dojdziemy do Placu Ratuszowego, zamkniętego budynkiem klasycystycznego, historycznego ratusza. Jeśli pomylimy go z główną wileńską świątynią, to nie musimy się wstydzić, bo został on przebudowany przez tego samego architekta, którego pomysł na fasady jak widać był bardzo klasyczny. I tak ratusz od początku XIX wieku to taka bardziej surowa wersja katedry. Zresztą, kilkanaście lat po przebudowie służył już innym celom, bo był w nim teatr, przed wojną planowano umieścić w nim muzeum, a teraz pełni funkcje reprezentacjne.
Jeśli zmęczyły nas spacery, to z Placu Ratuszowego najlepiej skręcić w bulwarową ulicę Niemiecką (), niegdyś zamieszkałą przez bogatych mieszczan i kupców, a teraz pełną knajp i restauracji. Jeśli na niej nie znajdziemy żadnego odpowiedniego dla nas miejsca, to pewno któraś z knajp na Trockiej zachęci do spędzenia kilku dłuższych chwil.
Ale jeśli nogi dalej niosą w miasto, to z Placu Ratuszowego najlepiej pójść ulicą Wielką (w stronę Ostrej Bramy. Zanim Wielka przejdzie w Ostrobramską, po lewej stronie miniemy neoklasycystyczną fasadę ponad stuletniej Filharmonii Narodowej. Stąd dzieli nas tylko kilkaset metrów od Ostrej Bramy. „Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy / I w Ostrej świecisz Bramie!” – każdy zna słowa narodowego wieszcza, który opisywał piękno Litwy i swą tęsknotę do ojczyzny.
O Ostrej Bramie trudno napisać coś nowego. Powstała na początku XVI wieku jako jedna z pięciu miejskich bram. Swą nazwę wzięła od pobliskiego przedmieścia – Ostrego Końca. Jak Ostra Brama stała się kaplicą? Zwyczaj wieszania świętych obrazów w bramach miejskich był powszechny. Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej trafił nad przejazd bramny na początku XVII wieku. W 1655 roku to pod nim modlili się wilnianie o ocalenie przed moskiewskimi najeźdzcami, potem obraz przetrwał też potop szwedzki. Po nim zarządzanie bramą oddano karmelitom. Wiele przewodników pisze dyplomatycznie, że chodziło o opiekę nad świętym obrazem i możliwość zbudowania kaplicy. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna. Po długotrwałych wojnach kasa miasta świeciła pustkami i nie było jak utrzymać obsady bramy. Zwrócono się więc do tych, co nie stracili wszystkiego na wojnie – Kościoła.
Karmelici zbudowali drewnianą kaplicę, która wkrótce spłonęła. Obraz potwierdził swą cudowność i przetrwał pożar. Tuż po nim zakonnicy odbudowali kaplicę. W nowej formie przetrwała ponad 100 lat. W połowie XIX wieku zdecydowano się odbudować bramę i przebudować kaplicę. Cały czas rozwijał się kult maryjny i szerzyła się sława Ostrej Bramy jako sanktuarium maryjnego. Z czasem stała się ona drugim – po Jasnej Górze, najważniejszym centrum pielgrzymkowym w Polsce. W 1927 roku w wileńskiej katedrze koronowano obraz papieskimi koronami, a w uroczystości wzięli udział wszyscy najważniejsi ludzie w państwie, łącznie z Marszałkiem Józefem Piłsudskim i prezydentem Ignacym Mościckim.
Do dzisiaj Ostra Brama przyciąga tłumy pielgrzymów – nie tylko z Polski, ale i z całego świata. W gwarze na ulicy pod obrazem dominuje oczywiście język polski, ale w niewielkiej kaplicy ze świętym obrazem wierni szepczą modlitwy w wielu językach. Wiele osób próbuje poczuć „prawdziwy klimat” tego miejsca wcześnie rano, w świetle poranka lub w nocy, gdy kaplicę oświetlają latarnię i wokół nie ma nikogo. Według nas sanktuaria bez wiernych są zbyt puste i nienaturalne, dlatego jesteśmy pewni, że wywrze ono niesamowite wrażenie niezależnie od pory wizyty, nawet w sporym tłumie polskich wycieczek.
Skoro zawędrowaliśmy aż na sam południowy skraj starego miasta, to wyjdźmy z niego choć na chwilę. Skręćmy w prawo w ulicę Bazyliańską (Bazylionu g.). Po zaledwie 200 metrach dojdziemy do skrzyżowania z ulicą Zawalną (Pylimo g.) Hali Targowej i targowiska „Pod Halą”. Halę wybudowano w 1906 roku, ale handlowano w tym miejscu już od XV wieku. Hala to typowy budynek handlowy z początku XX wieku. Wyrastały one wtedy wszędzie w Europie. Hale Mirowskie w Warszawie wyrosły ledwie kilka lat wcześniej, Hala Targowa we Wrocławiu jest ledwie 2 lata młodsza. W przeciwieństwie jednak do tej ostatniej, którą zbudowano używając zbrojonego betonu, litewska odpowiedniczka ma typową jak na tamte czasy żelazną konstrukcję. Co nie odbiera jej uroku.
Choć nie jesteśmy zakupoholikami, to uwielbiamy takie hale. Z zewnątrz często wyglądają spokojnie, jak wielkie statki leniwie płynące przez miasto. W środku najczęściej uderzają we wszystkie zmysły kolorami, zapachami i smakami. Wileńska Hala Targowa jest przyjemną mieszanką hipsterki i tradycji. Dobra kawa i herbata współistnieją ze stoiskami z regionalnymi serami, wędlinami i mięsami, jak podkreśla turystyczna ulotka, z całej Litwy – Żmudzi, Auksztoty czy Suwalszczyzny.
Skoro jesteśmy już na Zawalnej, to pójdźmy nią dalej. Na jej krańcu, pod adresem Pylimo 66, znajdziecie Kuele Ruke, grillową knajpę ze słynnym muralem przedstawiającym całujących się Putina i Trumpa. Dobre jedzenie, dobre ceny i alternatywny street-art (którego zresztą w Wilnie znajdziecie sporo, na tyle, że w informacji turystycznej znajdziecie poświęconą mu osobną ulotkę) – aż żałujemy, że dotarliśmy tam z pełnymi brzuchami i nie mieliśmy już siły na więcej…
Jeśli w Waszych podróżniczych nogach nie zabrakło jeszcze energii, to ledwie 15-minutowy spacer dzieli Was od jednej z najznamienitszych wizytówek Wilna – Cmentarza na Rossie. Tej założonej w drugiej połowie XVIII wieku narodowej nekropolii nikomu chyba nie trzeba przedstawiać. Pochowano tu wielu profesorów Uniwersytetu Stefana Batorego, m.in. nauczyciela Adama Mickiewicza, wybitnego historyka – Joachima Lelewela, znajdziemy grób rzeźbiarza i architekta, autora Trzech Krzyży – Antoniego Wiwulskiego, poety Władysława Syrokomli. Tu spoczęli ojciec Juliusza Słowackiego – Euzebiusz oraz jego ojczym – profesor patologii August Becu. Znajdziemy też groby osób ważnych w życiu Marszałka Józefa Piłsudskiego – jego brata Adama, siostry Ludwiki Majewskiej i pierwszej żony Marii z Korpolewskich.
To właśnie nazwisko Piłsudskiego często jako pierwsze przychodzi na myśl, kiedy wspomina się Rossę. Serce Marszałka spoczywa obok trumny jego matki w mauzoleum przy wejściu na Starą Rossę. Wokół ich krypty leżą żołnierze polegli w walkach z bolszewikami o Wilno w latach 1918-19 oraz członkowie Armii Krajowej, którzy zginęli walcząc w mieście w 1944 roku. Marszałek sam wybrał miejsce swojego pochówku. Kilka lat przed śmiercią powiedział:
„Nie wiem czy nie zechcą mnie pochować na Wawelu. Niech! Niech tylko moje serce wtedy zamknięte schowają w Wilnie, gdzie leżą moi żołnierze, co w kwietniu 1919 roku mnie jako wodzowi Wilno jako prezent pod nogi rzucili…”
Przy Marszałku leżą też trzej żołnierze polegli 18 września 1939 roku w dzień wkroczenia do Wilna oddziałów Armii Radzieckiej. Piotr Stacirowicz, Wincenty Salwiński i Wacław Sawicki mieli pełnić ostatnią honorową wartę przy grobie. Nie podporządkowali się rozkazowi wyjścia z Wilna i zginęli przy mauzoleum. Ta piękna historia z ostatniego dnia obecności polskich żołnierzy na Rossie jest niestety prawdopodobnie tylko legendą, a trzech żołnierzy zginęło w okolicznych walkach. Pokazuje jednak jak szczególne miejsce zajmuje Rossa w polskiej historii.
Po wojnie, kwatery na Cmentarzu Wojskowym, podobnie jak na Starej i Nowej Rossie były specjalnie niszczone i demolowane. Rossa podzieliła los wielu zaniedbanych cmentarzy opuszczonych po przesunięciach granic, nie tylko na Kresach, ale i Ziemiach Odzyskanych. Była miejscem libacji, kradzieży, aż w końcu przewidziano w tym miejscu trasę komunikacyjną. Na szczęście pomysł przepadł przez protesty Polonii oraz brak środków na realizację projektu. Cmentarz na Rossie doczekał w końcu lepszych czasów i od 1990 roku jest remontowany polskimi i litewskimi siłami.
To propozycja spaceru na pogodny dzień, bez spędzania długich godzin w muzeach i galeriach. Warto jednak wspomnieć, że na trasie znajduje się wiele zabytków i budynków, które mogą Was wciągnąć na długie godziny. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść.
Sorry, the comment form is closed at this time.
Monika
Miałam okazję być w Wilnie raz i zachwyciło mnie miasto! Wręcz urzekło i bardzo chętnie bym do niego jeszcze kiedyś wróciła 🙂
osiemstop
My też!
Stanisław
Kościół Św Anny prawie jak bazylika w Barcelonie ;).