
Wyoming to był Dziki Zachód pełną gębą. Zielone, nudne wzgórza po których kiedyś biegały stada bizonów, a teraz pasą się czarne krówska. Pięknie to wygląda z daleka i na ulotkach, ale z bliska jest trochę nudne i śmierdzące. Przez dwa zupełnie wyjątkowe miejsca – Wieżę Diabła i Yellowstone, trudno się jednak było rozstać z tym stanem.
Ale droga wzywała, więc ruszyliśmy dalej. I przeskoczyliśmy do Południowej Dakoty. Długo w ogóle nie wierzyliśmy w istnienie tego stanu. Podobnie zreszt
ą jak w istnienie Północnej Dakoty. Dakota to imię dobre dla kota, albo do potężnego kiedyś plemienia, o którym poczytać można w jakiejś mitologii, zapewne indiańskiej. Mityczna kraina, coś za ostatnim kręgiem w 13. piętrze, miejsce, do którego nigdy się nie dociera. A jednak my dotarliśmy. I okazało się, że nie tylko my, ale też setki tysięcy innych ludzi.
Północna Dakota przeżywa obecnie bowiem prawdziwy boom dzięki poszukiwaniom ropy. I zjeżdża tu tyle ludzi, że tu i ówdzie widać porównania z gorączką złota. Oraz podobny boom we wszystkich usługach, które zaspokajają potrzeby współczesnego ludzkiego tsunami. Co krok rosną Walmarty, ludzie na kontraktach kupują masowo przyczepy (nam też radzono, żeby tam jechać, bo sprzedalibyśmy Eddiego bez większych problemów). Nawet senna Południowa Dakota zmienia się w zaplecze na sąsiada i w okolicach Rapid City widać większe i mniejsze firmy zajmujące się wierceniami czy dostarczające sprzęt.
Południowa Dakota. Mt Rusmore i Góry Czarne
Witając się z Południową Dakotą trafiliśmy na… welcome center Wyoming. Było to chyba najlepsze Welcome Center na naszej trasie przez całą Amerykę. Szybkie, nierwące się WiFi, mnóstwo ulotek i pomocnych osób, do tego ponton przy fototapecie (do zrobienia sobie zdjęcia z raftingu), koń na macie (do zdjęcia z rodeo), dinozaury, filmy. Dziki Zachód, disco polo, lepiej niż na odpuście w Kobyłce…
W sumie spędziliśmy tam kilka godzin, nadrobiliśmy zaległości blogowo-fejsbukowo-meilowe, znaleźliśmy nocleg na parkingu sklepu Cabela’s i ruszyliśmy do Mount Rushmore. Droga z Rapid City jest dość stroma i kręta, na szczęście, żeby 3 miliony zwiedzających rocznie nie utknęły w korkach, droga jest dwupasmowa. Można więc jechać sobie spokojnie prawym pasem nie narażając się na otrąbienie i wrogie spojrzenia podkreślane zamiast nerwowym machaniem rzęs rownie nerwowym pulsowaniem długimi światłami.
Mt. Rushmore to co prawda pomnik narodowy, do którego wstęp jest za darmo z kartą America the Beatiful, ale sprytnie parking jest już obowiązkowo płatny. Jeśli więc wybieracie się tam rowerem albo Pekasem, to nie zapłacicie nic. Jeśli jednak jedziecie tam tak, jak amerykański Bóg przedmieść przykazał, czyli wielkim samochodem, najlepiej z podczepioną przyczepą, to zapłacicie jedynie… 11 USD. Jak przystało na takie atrakcje parking jest ogromny. Samochody parkują na kilku piętrach, a rv wzdłuż drogi. Nam się miejsce udało znaleźć dopiero kilkaset metrów od wejścia, ale i tak byliśmy szczęśliwi. Być może już udzielał nam się amerykański sen: daleko od centrum, starym samochodem, ale wszystko zależy ode mnie, więc z uśmiechem na ustach ruszę w tłumie przed siebie.
Do głów prezydentów prowadzi szeroka aleja, przy której jest sklep z pamiątkami, restauracja oraz informacja, gdzie Maciek dostał swoją kolejną odznakę Młodego Strażnika. Chyba już piętnastą. Po cichu liczymy, że zaliczą mu te wszystkie nabyte funkcje potem do emerytury i przynajmniej za jedno w życiu dziecko nam podziękuje. Do podnóża góry prowadzi szlak, częściowo dostępny dla wózków, więc jakbyście planowali zrzucić wasze lenistwo na najmniejszych członków rodziny, to nikt już się nie nabierze. Warto się nim przejść, bo z bliska widać dużo więcej detali. Koniecznie trzeba też zobaczyć wystawę o powstaniu głów i ich twórcy Gutzonie Borglumie. I to nie tylko dla jego nazwiska.
Na liście osób, które pracowały przy Mt. Rushmore można też znaleźć polskie nazwisko – rzeźbiarza Korczaka Ziółkowskiego, który postanowił przebić dawnego pracodawcę i stworzyć w pobliżu jeszcze bardziej monumentalne dzieło: pomnik Szalonego Konia – wodza Lakotów. Indianie sami zgłosili się do niego z propozycją pisząc: My, wodzowie, chcielibyśmy by biały człowiek wiedział, że czerwony człowiek też ma swoich herosów.
- Mt. Rushmore
- Mt. Rushmore
- Północna Dakota
Biały człowiek z Polski okazał się dobrym rzeźbiarzem, ale dużo gorszym zbieraczem funduszy i poparcia niż jego były (czeski zresztą z pochodzenia) przełożony. Ziółkowski tworzył pomnik z przerwami aż do swojej śmierci w 1982 roku. Jego pracę kontynuuje teraz wdowa wraz z dziećmi. Niewykluczone, że skończą dopiero ich dzieci, bo założenie jest naprawdę monumentalne. Skończona jest dopiero głowa, a jeszcze została wyciągnięta ręka, tors i koń, na którym siedzi wódz. Rzeźbione 14 lat głowy prezydentów są trochę mniejsze i mogłyby się schować Szalonemu Koniowi pod pachą (o ile kiedykolwiek uda się ją skończyć).
Po tym jak zasiedzieliśmy się u prezydentów uznaliśmy, że mamy za mało czasu na wizytę u Szalonego Konia. Poza tym rodzina Ziółkowskiego liczy sobie 10 USD od dorosłego za wizytę. Trochę sporo jak na nieskończoną głowę Indianina i zalążek pachy. Może wpadniemy tam za kilka dekad, jak Szalony Koń zacznie się bardziej wychylać ze skały.
[mks_pullquote align=”left” width=”300″ size=”20″ bg_color=”#000000″ txt_color=”#ffffff”] Przeczytaj nasz reportaż: „Dlaczego Amerykanie kochają flagę” [/mks_pullquote] Mt. Rushmore to świątynia amerykańskiego patriotyzmu ze swoim wieczornym obrzędem. Zostaliśmy na nim trochę przypadkiem. Byliśmy mocno zmęczeni, ale z drugiej strony do zaplanowanego noclegu mieliśmy naprawdę niedaleko. Uznaliśmy, że nie ma co dojeżdżać wczesnym wieczorem na wielki parking między ogromnym sklepem a autostradą. Woleliśmy odpocząć na ławkach amfiteatru i zobaczyć co się będzie działo po czujnym spojrzeniem prezydentów. A działo się naprawdę wiele. Opisaliśmy to już w reportażu (tak, tak wielkie słowo) dla dziennik.pl. Dodaliśmy tam jeszcze trochę informacji o historii Mt. Rushmore. Nie będziemy go tutaj powtarzać, ale serdecznie polecamy tym, co jeszcze nie mieli okazji. Nam się naprawdę podoba.
Z Mt. Rushmore wyjechaliśmy po godz. 23 zupełnie wyczerpani. Na parking przy Cabela’s dotarliśmy już po północy. Zaparkowaliśmy przy kilku innych rv i poszliśmy spać. Cabela’s, podobnie jak niektóre kasyna, jest znane z tego, że można tam zupełnie legalnie zaparkować. Co więcej, ponieważ to sklep skierowany między innymi do rv-owców to ma specjalnie wyznaczone skośne miejsca dla RV z bardzo szerokim i łatwym wjazdem. I, last but not least, podobno można się tam podłączyć do prądu (w latarniach są gniazdka). Na naszym parkingu ich nie widzieliśmy, choć też nie szukaliśmy szczególnie wytrwale. Po naprawdę intensywnym dniu padliśmy na łóżko i zasnęliśmy snem sprawiedliwych. A następnego dnia, jak się miało okazać, przyszedł czas na pozbycie się naszego Eddiego:(