DSC

– Mama, syrenka! – krzyknęła Kalina. Syrenka? Jak to? Przecież jesteśmy w województwie śląskim, a poza tym syrenki nie istnieją! Wchodząc do Leśnego Parku Niespodzianek w Ustroniu, myślałam, że w czeka nas po prostu przyjemny spacer, kilka zagródek ze zwierzętami po drodze oraz parę kiczowato-bajkowych elementów, których zapowiedzią był wielki troll. Ale syrenka? Tego się nie spodziewałam.

DSC04342

I słusznie. Może i Leśny Park Niespodzianek jest pełen – jak sama nazwa wskazuje – niespodzianek, ale syrenek tam nie uświadczymy. Radosny okrzyk Kaliny wywołała łania. Wiecie: syrenka, sarenka, jeden pies. Konia z rzędem temu, który rozróżnia jelenie od sarenek, trzylatce można wybaczyć drobne przejęzyczenie.

DSC04427

Leśny Park Niespodzianek – amerykańskie standardy w Polsce

Do Parku trafiliśmy trzeciego dnia naszej śląskiej przygody. W składzie okrojonym (Maciek i Paweł zaniemogli) i mocno niedospanym (ktoś ich musiał reanimować) Ola z Kaliną i z resztą blogersko-dzieciatej ekipy wyruszyły do Ustronia. Park to 15 hektarów lasu wśród których wytyczono 3,5 km ścieżek. A na nich żubry, jelenie (a.k.a. syrenki), żbiki, szopy, dziki, świnki wietnamskie, a także sowy, orły, jastrzębie, sokoły i wiele innych zwierząt.

Lubimy ogrody zoologiczne. Wiemy, że mają wielu przeciwników, ba, sami nie lubimy oglądać smutnych, apatycznych zwierząt zamkniętych w klitkach-klatkach, w nieludzkich (czy może niezwierzęcych) warunkach, jednak współczesne ogrody zoologiczne coraz częściej zaskakuje nowoczesnymi rozwiązaniami. I to zarówno jeśli chodzi o jak najlepsze dostosowanie się do potrzeb swoich podopiecznych, ale również , pozwalające zwiedzającym dowiedzieć się jak najwięcej o ich mieszkańcach.

Choć mieszkamy niedaleko warszawskiego zoo (na dodatek z okien poprzedniego mieszkania widzieliśmy słynne praskie miśki), a pracujemy niemalże vis a vis bramy głównej, w ostatnich latach bywamy tam rzadko. Zanim otworzyliśmy kawiarnię przy zoo mieliśmy wykupiony bilet roczny do tej jakże szacownej instytucji i na naszej trasie spacerowej często pojawiały się słonie czy małpy, ale ostatnio brak nam na nie czasu. Może wynika to też z tego, że zachłysnęliśmy się ogrodami zoologicznymi w Stanach. I to nie tylko tym największym i najsłynniejszym – w San Diego, ale także mniejszymi, lokalnymi, jak zoo w Brevard na Florydzie, czy zupełnie maleńkimi, nawet nie ogrodami a wyspecjalizowanymi przytłukami dla zwierząt – fermami aligatorów czy schroniskiem dla drapieżnych kotów, które odwiedziliśmy na pustyni Mojave.

DSC04381

Co takiego urzekło nas w amerykańskich ogrodach? To że w każdym, nawet najmniejszym zoo, przy wejściu wisiał grafik karmieniażyraf czy aligatorów (przy czym o ile te drugie raczej karmił wyspecjalizowany personel, to żyrafy za drobną opłatą karmiliśmy sami, stojąc na wysokiej  platformie i patrząc im prosto w oczy!), kilka razy dziennie przy różnych gatunkach ich opiekunowie opowiadali o zwyczajach swoich podopiecznych (i o ile nie były to gatunki lubiące odgryźć komuś rękę, to można było nawet takiego podopiecznego dotknąć), i zawsze, ale to zawsze była zagródka ze zwierzątkami do pogłaskania, choćby nawet była to zwykła owca.

Dlatego wielkim pozytywnym zaskoczeniem był dla nas Park w Ustroniu. Na wejściu można było pobrać torbę pełną kawałków chleba i…karmić zwierzaki! Największą frajdę sprawiały oczywiście łanie, których całe stadka podchodziły bez obaw do zwiedzających, dawały się głaskać i delikatnie wyjmowały z naszych rąk przysmaki. Bardziej niebezpieczne zwierzaki odgrodzone były płotem od ścieżki, ale mogły się poruszać po ogromnym terenie, z czego chyba chętnie korzystały, bo nie wszystkich mieszkańców parku udało nam się spotkać.

DSC04438

Udało nam się też trafić na pokaz lotów ptaków drapieżnych. Bielik amerykański, aguja i sokół przelatywały tuż nad naszymi głowami kursując majestatycznie między opiekunami, po czym poleciały na kilkunastominutową wycieczkę i potulnie wróciły do swoich „domów”, co, nas przynajmniej, przekonało, że życie w niewoli jakoś bardzo im nie doskwiera. Jeśli będziecie w parku, koniecznie sprawdźcie o której godzinie jest pokaz, tej atrakcji nie wolno przegapić, jest absolutnie hipnotyzująca nawet dla dorosłych widzów.

DSC04459

A może jednak to sen…?

W parku jest też niewielkie muzeum pełne wypchanych zwierząt, poroży i skór. Odpuściliśmy sobie natomiast Bajkową Alejkę, i z tego co słyszeliśmy opinie to słusznie zrobiliśmy, oszczędziliśmy Kalinie (a pewnie i Oli) niezłej dawki psychodelicznego kiczu. Dla tych, którzy w parku chcą spędzić nieco więcej czasu niż my jest tam spory plac zabaw i budki z czymś drobnym do przegryzienia oraz punkty widokowe, gdzie można odpocząć z widokiem na Czantorię.

DSC04408

Nie ma tylko syrenek, ale to Kalinie nie przeszkodziło we wzbudzeniu zazdrości w bracie. Gdy kilka godzin później siedzieliśmy w Dworze Skibówki (gdzie nie dość, że karmią rewelacyjnie, to jeszcze widać stamtąd cały Beskid Śląski!), i zarzucaliśmy Maćka informacjami o syrenkach, trollu i sowach, ten nadal lekko nieprzytomny po nocnych przygodach, nie do końca wiedział co z naszych opowieści jest prawdą a co wariacją na temat Harrego Pottera.

(Visited 231 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *