
Z Teksasu pojechaliśmy do Nowego Meksyku. Oczywiście łatwo powiedzieć. Teksas jest jedynym stanem, którego w żadną stronę nie da się przejechać od wschodu do zachodu słońca, więc nasz plan przedstawiał się z grubsza tak: jedziemy na zachód, jak zobaczymy coś ciekawego to się zatrzymamy a jak zachce się nam spać to szukamy jakiegoś darmowego postoju przy autostradzie.
Po drodze mijamy miasteczko Fredericksburg, o którym wiemy tyle, że jest centrum okolic winiarskich, i że jest tam sklep z zabawkami, którego ulotkę znaleźliśmy w Welcome Center na granicy luizjańsko-teksańskiej. Zaciekawieni jaki to sklep zabawkowy, że tak szeroko go reklamują, odkrywamy malownicze niemieckie miasteczko prosto z włoskiego westernu z uroczymi sklepikami, knajpkami. Jest też muzeum wojny o Pacyfik. Sprytnie, bez żadnych uraz gratulujemy niemieckiej pomysłowości w odwracaniu uwagi.

Spędzamy tam ładnych kilka godzin, w sławnym sklepie kupujemy dzieciarni po książeczce (przy okazji pytanie do dzieciatych, czy widział ktoś w Polsce „niezniszczalne” książeczki, o takie?). Potem ruszamy na zachód przez teksańskie pustkowia raz na godzinę czy dwie mijając małe miasteczko ze stacją benzynową. Wieczorem wpadamy na międzystanową 10 na zachód i kończymy dzień na parkingu dla TIRów przy autostradzie. Śpimy bez problemów, na pewno jeszcze nie raz skorzystamy.
Droga przez Teksas to dla każdego coś miłego. Mijaliśmy i pagórki i rozległe równiny, winnice i pustynie, wiertnie i szyby naftowe, góry stołowe i wysokie łańcuchy górskie, i setki kilometrów bez żadnej cywilizacji. Niemal niezauważenie wjechaliśmy w końcu do Nowego Meksyku. Jedyną zauważalną różnicą było pojawienie się zasięgu w telefonie.

Sorry, the comment form is closed at this time.
Mamusia
Czytam z zazdrością 😉
taką pozytywną 🙂