Jak płacić w podróży

Wakacje…. Z portfela sypią się denary, dinary, euraki, szekle. Z kieszeni wystają forinty, dolary, ruble. Na wyciągu straszą przewalutowania. Jak i czym płacić w podróży, żeby nie przepłacić? Oto nasz krótki poradnik i przegląd ofert.

Finansowe życie studenta było proste. Głównie dlatego, że prawie wcale go nie było. Człowiek brał co miał, szedł do kantoru, kupował dolary (bo działały wszędzie) i ruszał w drogę. Jedynym zmartwieniem było to, by wpadając do wody kasę mieć nad głową (człowiek wytrzyma te kilka minut pod wodą, pieniądze nie), a śpiąc tu i ówdzie, spać jak w marzeniach, to jest na kasie.

Ale przybywa lat, pojawiają się w życiu mali ludzie, rachunki na wyjazdach mnoży się przez trzy albo i cztery. I tak kwestia organizacji finansów w podróży staje się całkiem żywotna. Jeszcze kilka lat temu nadal sprawa była dość prosta. Albo gotówka, tzn. euro/dolary (najlepiej z kantoru internetowego wypłacone bez prowizji w oddziale swojego banku), albo karta walutowa (np. z nieistniejącego już BZ WBK, gdzie sami pracownicy namawiali: “proszę zamówić kilka tygodni przed wyjazdem, a potem od razu pan ją zwróci, wtedy opłata 10 USD/EUR rocznie naliczy się proporcjonanie co do dnia”. Tak, prawdziwi żywi ludzie, przez telefon albo nawet w oddziale, a nie jakieś boty przez aplikację!).

No właśnie, skoro od dłuższego czasu aplikacje załatwiają prawie wszystkie nasze potrzeby (może poza odstraszaniem komarów – ta aplikacja do trzeciego piwa działa średnio, potem jakby trochę lepiej), to dlaczego nie miałyby sobie poradzić także z w miarę bezkosztowym płaceniem w podróży? Otóż sobie radzą. Co więcej, rozruszały też skostniałe nieco bankowe instytucje, które w końcu zaczęły ogarniać temat.

Jak płacić w podróży

Jak płacić w podróży

Bilon z podróży… trochę się już tego nazbierało

Opcja 1. Gotówką

Co prawda jako główny środek płatniczy na wyjazdach odchodzi w niebyt, ale nadal warto o niej pamiętać i mieć trochę w portfelu. W dawnych czasach szliśmy przed wyjazdem do jednego z 2-3 dobrze dobranych kantorów, porównywaliśmy kursy i kupowaliśmy tyle dolarów, ile planowaliśmy wydać na miejscu. Wymagało to bardzo uważnego budżetowania i elastyczności, bo nie mieliśmy zapasu w postaci karty kredytowej. A że łatwo się bylo za młodu za bardzo rozkręcić, to pod koniec wyjazdów zdarzało nam żyć za kilka dolarów dziennie.

Ogromnym plusem była pełna kontrola nad kosztem wyjazdów, żadnych długich wyciągów z kart, czy debetów na koncie. Wydawaliśmy dokładnie tyle, ile planowaliśmy. Minusem było po pierwsze bezpieczeństwo – zawsze mieliśmy kasę przy sobie, oraz fakt, że już wtedy z planowaniem bywało u nas krucho, i zamiast cieszyć się wyjazdem, odliczaliśmy coraz skromniejsze fundusze. Niezbyt wygodne było też to, że zdarzało nam się kilka godzin chodzić po mieście niby zwiedzając, ale jednocześnie sprawdzając każdy mijany kantor szukając takiego z rozsądnym kursem waluty, by potem pluć sobie w brodę, że ten z najlepszym minęliśmy godzinę temu i już nie chce nam się do niego wracać.

Nie znaczy to jednak, że nie zabieramy już na wyjazdy miejscowej, czasem dość egzotycznej gotówki. Jeśli tylko jest to możliwe, staramy się wziąć równowartość 100-200 zł (tanie/droższe kraje) w lokalnej walucie, tak żeby mieć na bilet z lotniska, albo jedno tankowanie, albo transport z przejścia granicznego do najbliższej porządnej mieściny. W Warszawie od dłuższego czasu korzystamy z jednego kantoru – Diament, na ul. Świętokrzyskiej, niedaleko Dworca Centralnego. Mają kilkadziesiąt walut od ręki i rozsądne kursy. Kupowaliśmy tam wietnamskie dongi, chińskie juany, macedońskie denary, czy serbskie dinary.

Opcja 2. Kartą z konta wspartego kantorem internetowym

Jak płacić w podróży

Kasa, kasa, kasa

W pewnym momencie naszego życia zarabialiśmy w euro a potem w dolarach. Naturalnie więc, że w naszym życiu pojawiły się konta w tychże walutach. Zniknęły też rozterki jak płacić w podróżach, szczególnie w tych krajach, które używają dolarów i euro. Z kartą walutową BZ WBK przejechaliśmy w sześć miesięcy przez całe USA. Ale w podróż wyruszyliśmy z, jakby to powiedział kiedyś artysta, a obecnie polityk, portfelem wypchanym dolarami. Za gotówkę kupiliśmy samochód i przyczepę kempingową. Dalej życie opłacaliśmy już plastikowo – wirtualną walutą z konta.

Kiedy wróciliśmy z USA i przestaliśmy tak często podróżować po Europie, z kart zrezygnowaliśmy z powodu rocznej opłaty. Zostawiliśmy sobie za to konta walutowe i przy 1-2-miesięcznych podróżach nadal opieraliśmy się przede wszystkim na gotówce. Braliśmy mniej więcej tyle dolarów, ile zakładaliśmy, że wydamy, a w rezerwie mieliśmy zwykłą kartę kredytową w PLN. Nie było to ani szczególnie wygodne, ani szczególnie tanie rozwiązanie, ale się sprawdzało.

Jakie karty walutowe warto polecić? Wielu znajomych blogerów używa karty podpiętej pod konto walutowe w Alior Banku dodatkowo połączone z internetowym kantorem Aliora (też ma dobre kursy, ale nigdy nie wskoczył do pierwszej trójki naszych kantorów). Była to tak naprawdę nie tyle karta walutowa, a wielowalutowa obsługująca USD, EUR i GBP, a płatności w innych walutach rozliczająca wg. kursu bankowego Aliora. Ale teraz bank zmienił trochę ofertę i zaproponował w pełni wielowalutową kartę. Karty jednowalutowe odchodzą bowiem w mroki przeszłości, ale o tym więcej będzie za chwilę.

Koszty obniżaliśmy kupowaniem waluty w internecie. W dawnych czasach, tak prawie dekadę temu, byliśmy fanami Walutomatu – jednego z pierwszych portali, który łączył kupujących i sprzedających walutę. Koszt wymiany między użytkownikami był znikomy, kursy zbliżone do średniego. Potem pojawiły się pierwsze kantory internetowe, które początkowo odstraszały sporym spreadem. To się jednak zmieniło bardzo szybko.

Jakie kantory internetowe możemy z czystym sumieniem polecić? Przez ostatnich kilka lat regularnie walutę kupowaliśmy przez: Amronet, Ergokantor oraz Rkantor, obecnie należący do BNP Paribas. Od pewnego czasu pozytywnie z tej trójki wybija się Rkantor. Przy ostatnich kilkunastu wymianach PLN na USD/EUR/CHF nie udało nam się znaleźć lepszego kursu niż u nich. Nie przepadamy co prawda za jego interfejsem, który jest dla nas zupełnie nieintuicyjny, ale za tę parę groszy, które zostaje w kieszeni jesteśmy w stanie im to wybaczyć.

Opcja 3. Kartą wielowalutową z banku

To rozwiązanie, które opiszemy dla Was z teoretycznego punktu widzenia. Nie mieliśmy okazji go przetestować w praktyce, bo od razu przeskoczyliśmy do kolejnej opcji, czyli aplikacji – w naszym przypadku Revoluta. Ale po kolei. Czym jest karta wielowalutowa? To jedna karta, która automatycznie rozpoznaje walutę, w jakiej płacicie i ściąga należność z odpowiedniego konta walutowego. A jeśli nie macie konta w tej walucie lub jest ono puste, to z innego konta, np. z najwyższym saldem przeliczając ją po odpowiednim kursie. Zazwyczaj diabeł tkwi w tym szczególe – po jakim kursie bank dokonuje przewalutowania – czy jest to kurs organizacji płatniczej, średni NBP, a może jest to kurs banku z ich własnej tabeli. W zależności od tego właśnie czynnika Wasz rachunek może się różnić o kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt procent.

Ważne są też dodatkowe zapisy – czy zasady są takie same 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, czy może np. w weekendy pojawiają się dodatkowe opłaty. Jak jest z wypłatami z bankomatów – czy są w pełni darmowe, czy jest limit wypłat/sumy wypłaconych pieniędzy. No i oczywiście czy samo konto i karta coś kosztują.

Jakie są zalety kart wielowalutowych? Po pierwsze, fakt, że jest jedna. Niby nic, a cieszy. Jeśli jedziecie przez Europę i przejeżdżacie przez 5-10 krajów z różnymi walutami (zaczynając od Polski, dorzucając np. strefę euro, Wielką Brytanię, Bałkany), to nie musicie brać ze sobą całego portfela różnych kart walutowych. Co więcej, jeśli limit darmowych wypłat z bankomatów jest dla Was odpowiedni, to nie zapłacicie nic za wyciągnięcie gotówki. My i tak namawiamy, żeby zawsze mieć żelazny zapas lokalnej gotówki ze sobą jako polisę ubezpieczeniową.

Jak dojechać samochodem do Grecji

Karta wielowalutowa od Alior Banku

Jakie banki mają teraz w ofercie dobre karty wielowalutowe? To przede wszystkim wspomniany już Alior Bank. Konto Jakże Osobiste jest darmowe, za kartę też zapłacicie okrągłe zero, o ile wydacie nią co najmniej 300 zł miesięcznie. Co najważniejsze w ramach konta dostajecie jeszcze transakcje w 152 walutach bez prowizji banku. Oznacza to, że przeliczane są one według średniego kursu NBP dla dolara, euro i funta brytyjskiego oraz kursu Mastercard dla pozostałych walut. Ten ostatni zazwyczaj jest niewiele wyższy od średniego kursu na rynku forex.

Do konta za darmo możecie sobie dorzucić jeszcze darmowe wypłaty z bankomatów za granicą, a za 3,5 PLN miesięcznie dodatkowo jeszcze ubezpieczenie w podróży, choć takie ubezpieczenia w pakiecie do karty to zazwyczaj nie jest szczególnie bogata opcja. Co ważne, warto pamiętać, że kiedy bank obiecuje 0 zł za wypłaty z bankomatów, to mówi tylko za siebie. Operator bankomatu może mieć własne prowizje, aczkolwiek powinien o tym poinformować przed wypłatą.

Niewielkim minusem jest fakt, że by utrzymać brak opłat za kartę i korzyści, trzeba trochę kombinować. Na wyjazd wyłączać sobie np. darmowe wypłaty z bankomatów w Polsce i przełączać się na darmowe wypłaty za granicą, włączać/wyłączać przewalutowania, itd. To jednak niewielkie niedogodności jak na taką ofertę.

Osobną kwestią jest jeszcze wsparcie od banku w razie problemów, a te w podróżach się niestety zdarzają. Nie korzystaliśmy nigdy z usług Alior Banku, więc nic tu mądrego nie napiszemy. Opinie znajomych blogerów są jednak całkiem pozytywne. Bank rozpatruje reklamacje szybko i zazwyczaj pozytywnie.

Karta wielowalutowa od mBanku

Jak płacić w podróży

Kasa, kasa, kasa…

Jesteśmy wiernymi fanami mBanku od samego jego początku. Z czasem porzuciliśmy mbankowe rozwiązania oszczędnościowe, bo tu zupełnie przestali się starać, ale tu nadal mamy nasze podstawowe konta i karty kredytowe. Z ich bardziej zaawansowanymi rozwiązaniami mamy jednak problem. Zazwyczaj wyglądają naprawdę dobrze i dopiero gdzieś pod koniec oferty pojawia się jakaś porządna regularna opłata, która niweczy wszystkie wyliczenia. Co wielowalutowego w ofercie ma teraz mBank?

To przede wszystkim karta Visa Intensive. Karta niestety kosztuje 10 PLN, ale do 31 sierpnia w promocji dla nowych klientów jest za darmo przez 2 lata! Do tego wypłata z bankomatów na całym świecie za darmo i płatności “w ponad 180 walutach” z przewalutowaniem bez prowizji po kursie Visa (bardzo bliskim średniemu kursowi forex). Niestety, jak to w mBanku usługa wygląda naprawdę dobrze, ale jest haczyk. Karta jest wydawana wyłącznie do konta Intensive, a to, jeśli nie macie 100.000 PLN aktywów, albo wpływów ponad 7.000 PLN kosztuje jedynie… 49,5 PLN miesięcznie! Jeśli jednak spełniacie te warunki, to opcja zdecydowanie warta rozważenia.

Budżetowym rozwiązaniem w mBanku jest jeszcze usługa wielowalutowa, czyli możliwość zintegrowania swojej karty z kantorem mBanku. Daje to możliwość zasilania rachunków w 11 walutach (podstawowe europejskie plus USD i JPY) w mKantorze i automatyczną płatność z w tej walucie z kantorowego rachunku. mKantor swoimi kursami nas nigdy nie zachęcił (są trochę gorsze niż w kantorach internetowych i wyraźnie gorsze niż np. kursy Visa) i nigdy z niego nie skorzystaliśmy. Za to cokolwiek się mówi o obsłudze klienta w mBanku, my radziliśmy sobie z nią (albo ona z nami) świetnie. Reklamacje zdarzało nam się składać i nawet w problematycznych sytuacjach wychodziło na nasze.

Usługi wielowalutowe w innych bankach

Z innych banków, które mają karty lub usługi wielowalutowe warto wspomnieć nasz narodowy skarb, czyli PKO BP, gdzie każda karta PKO Express ma możliwość włączenia usługi wielowalutowej (np. wydana do konta Inteligo). Podobnie jak w mBanku daje ona możliwość obsługi 11 podstawowych walut z rachunkami z internetowego kantoru PKO BP.

Przy tej usłudze niezwykle ważne jest, kto wydał kartę. Jeśli to Visa, to transakcja albo rozliczy się zgodnie z walutą rachunku, a jak to będzie niemożliwe to zgodnie z kursem Visa. U Mastercarda jest trochę inaczej. Jeśli nie mamy na danym rachunku środków, to transakcja zostanie przeliczona zgodnie z kursem banku, a jeśli bank nie ma tej waluty, to zgodnie z kursem Mastercard na euro, a potem z euro na PLN zgodnie z kursem banku. Usługa wielowalutowa dla kart wydanych przez Mastercard wygląda więc raczej niezachęcająco.

Bankiem z całkiem rozsądną ofertą jest BNP Paribas. Karta wielowalutowa w tym banku nazywa się Otwarta na Świat. Daje możliwość płatności w ponad 160 walutach po kursie Mastercard (lepszym niż Visa). Do tego bezpłatne bankomaty w ponad 50 krajach (ale tylko w oddziałach BNP Paribas lub banków partnerskich) i darmowe ubezpieczenie. Dodatkowo w promocji dostajecie do 31.12.2019 darmowy internet od Xoxo. Koszt karty? 10 PLN miesięcznie.

Bankiem, który jak się wydaje może najmocniej konkurować z Aliorem w kategorii kart wielowalutowych jest Pekao S.A. Do darmowego Konta Przekorzystnego (w dodatku w promocji można wyciągnąć 200 PLN premii za założenie) możecie wyrobić sobie Kartę Rewolucyjną (ach ci marketingowcy z Pekao i ich nazwy produktów). Darmowe wypłaty z bankomatów za granicą, płatności po kursie Mastercarda i darmowa karta przy wpływach co najmniej 500 PLN miesięcznie oraz jednej płatności kartą. Wymagania dość niewygórowane, a opcja bardzo rozsądna.

A może… Niemcy? N26 – bankowość zza Odry!

N26 to niemiecki pomysł na mobilnego klienta, który najchętniej zapomniałby o przewalutowaniach, prowizjach, spreadach i po prostu ruszył przed siebie. To “tradycyjny” niemiecki bank z licencją, ochroną kapitału, prawdziwym kontem z niemieckim IBANem, który od listopada 2018 roku oferuje swoje usługi również po naszej stronie Odry. Niestety, robi to po angielsku lub niemiecku. Brakuje mu jeszcze polskiego wsparcia, polskiej strony internetowej czy tłumaczenia aplikacji. Ale pewnie niedługo uda mu się w końcu spolszczyć, szczególnie, że Polacy bardzo lubią finansowe nowinki i pewnie uda mu się złapać trochę klientów z naszego kraju.

Zacznijmy od tego, że skoro N26 to tradycyjny, niemiecki bank, to procedura otwierania w nim konta do najłatwiejszych i najszybszych nie należy. Nie przechodziliśmy przez nią, ale korzystając z doświadczeń Maciej Samcika wiemy, że trzeba przejść wideoweryfikację (a więc rozmowę z żywym człowiekiem po angielsku lub niemiecku) i potwierdzić tożsamość dokumentem. Potem trzeba jeszcze sparować telefon z kontem i… uzbroić się w cierpliwość, bo poza zasileniem konta do czasu przyjścia karty niewiele można zrobić.

Co z podróżniczego punktu widzenia daje nam N26 (bo kwestią oszczędności, czy kredytów nie bedzięmy się tu zajmować)? Konto w podstawowej wersji jest darmowe, ale zasilimy je w rozsądny sposób tylko przelewem w EUR, więc co najmniej 5 PLN (za przelew SEPA) będziemy musieli wydać. Kartę otrzymamy zawsze za darmo. Płatności bezgotówkowe po kursie międzybankowym są bez żadnych limitów. Tochę gorzej wygląda to z bankomatami – pięć wypłat miesięcznie w strefie euro jest za darmo, ale każda kolejna obciążona jest prowizją 2 EUR. Za to poza strefą euro już od pierwszej wypłaty dorzucimy do niej 1,7% ekstra. Wydaje się, że o ile jeszcze pół roku temu N26 mógł wygrać z polskimi bankami, tak teraz trochę mu już do nich brakuje.

Opcja 4. Aplikacja

A może nie tradycyjny bank a coś innego? Na przykład Revolut, który w zeszłym roku wręcz opanował blogi podróżnicze? Rosyjsko-brytyjski start-up promował się prawie wszędzie i gdyby się dało otworzyć w wirtualnej przestrzeni puszkę sardynek to pewnie by z niej wyskoczył. Nasz blog to szaleństwo ominęło głównie dlatego, że w wakacje z rożnych powodów (w tym finansowych) odpuściliśmy egzotyczne wyjazdy. No dobra, byliśmy w Wilnie, gdzie najbardziej polską świątynią jest katedra ormiańska a Polonia od lat w wyborach flirtuje z komunistami, co i tak nie ma większego znaczenia, bo ostatnio największą siłą polityczą są Zieloni. Jak dla nas brzmi to całkiem egzotycznie. Ale jeśli chodzi o finanse to Litwini nadal płacą w Euro. Mieliśmy jeszcze resztki tej waluty na koncie, więc przed wyjazdem udaliśmy się do banku i w knajpach na Zarzeczu drenowaliśmy portfele realne a nie wirtualne.

Kiedy jednak w tym roku na majówkę wymyśliliśmy sobie wyjazd samochodem do Grecji (a właściwie to córka nam go wymyśliła… dobra rada: podsuwajcie dzieciom do czytania/słuchania pana Samochodzika a nie mity greckie, to będziecie jeździć na Mazury a nie pod Olimp), to przyszła pora na wypróbowanie Revoluta. Tak naprawdę wymusiła to na nas efektywność energetyczna. Ogarnianie winietek, opłat, zielonych kart, noclegów, nie mówiąc już o atrakcjach, jest już tak obciążające czasowo i stresowo, że przejmowanie się dodatkowo walutami przepełnia czarę wyjazdowej goryczy. A jadąc samochodem do Grecji, właściwie co kilka-kilkanaście godzin płaci się w innej walucie.

Czym jest Revolut i jak działa

Revolut to postrach bankowców”! To odpowiedź ludu na krwio- czy raczej złotówkopijcze zapędy wielkich insytytucji finansowych. Trzeba przyznać, że wejście Revoluta na rynek to była rewolucja. Ten brytyjsko-rosyjski fintech z małego startupu w ledwie kilka lat urósł do firmy zatrudniającej setki ludzi i obracającej miliardami dolarów. Zrobił to w typowym ostatnio stylu – na dziko, załatwiając “na bieżąco” licencje i pozwolenia.

Teraz Revolut już nieco okrzepł. Jeszcze niedawno firma zastrzegała bardzo mocno, by nie pisać, że jest bankiem, nawet “wirtualnym”. Revolut działał jako brytyjska instytucja finansowa. Licencji bankowej nie miał. Otrzymał ją w grudniu 2018 roku… na Litwie. A więc Wasze oszczędności, jeśli zaniesiecie je do Revoluta, będą chronione przez rząd Litwy do kwoty 100 tys. EUR. Oczywiście można się zastanawiać, czy kraj, który ma mniej mieszkańców niż Revolut klientów jest wypłacalny. Szczególnie, że tych licencji Litwini rozdali ostatnio naprawdę sporo

Dzięki licencji bankowej dużo łatwiej opisać mechanizm działania Revoluta. To wirtualny bank oparty (jak dla nas niestety) wyłącznie na aplikacji powiązanej z telefonem bez jednoczesnego dostępu z innych urządzeń. To wbrew pozorom jest całkiem istotnym rozróżnieniem. Na przykład w trakcie pisania tego tekstu telefon, na którym mieliśmy aplikację, padł. Oczywiście fizyczna karta działa, możemy nawet przelewać pieniądze na konto/a w Revolucie. Ale dalej nic nie zrobimy, nie wymienimy pieniędzy, nie podejrzymy transakcji. I tak będziemy sobie funkcjonować, dopóki nie zainstalujemy aplikacji na nowym telefonie. Jeśli podróżujemy większą ekipą i mamy kilka telefonów, to damy radę. Ale samotny podróżnik opierający się wyłącznie na Revolucie może po utracie telefonu poczuć się nieswojo. Może to kwestia starości, ale nie czujemy się dobrze mając dostęp do swoich pieniędzy tylko i wyłącznie przez jedno urządzenie.

Jak działa Revolut krok po kroku? Ściągamy aplikację, zakładamy sobie w niej polskie konto, które możemy doładować przelewem, albo zasilić z karty kredytowej. Uwaga: podobno niektóre banki traktują doładowanie Revoluta kredytówką jako płatność specjalną, obciążoną dodatkową prowizją. Warto więc po testowym zasileniu spojrzeć uważniej na wyciąg. W aplikacji od razu możemy też założyć konta we wszystkich popularnych walutach i wirtualną kartę, którą od razu jest gotowa do płatności w internecie.

Ta wirtualna karta ma od razu podstawową zaletę Revoluta, tzn. jest wielowalutowa i inteligentna. Sama zidentyfikuje walutę, a potem ściągnie należność z odpowiedniego konta, a jeśli tam nic nie znajdzie z konta o najwyższym saldzie. Zrobi to po kursie międzybankowym (bez spreadu i prowizji) – w wersji darmowej aplikacji do sumy 20.000 PLN. Niestety, w weekendy rynek międzybankowy nie funkcjonuje, dlatego Revolut (podobnie jak wiele instytucji finansowych) zabezpiecza się i pobiera prowizję od 0,5% (najpopularniejsze waluty, w tym PLN), przez 1% (większość walut świata) do 2% (Ukraina i Tajlandia). Powyżej limitu 20.000 PLN opłaty rosną. Przed prowizjami za przewalutowanie można się zabezpieczyć, wymieniając w tygodniu pieniądze w aplikacji i umieszczając je na odpowiednim koncie (tylko przy ukraińskich hrywnach i tajskich batach dalej będzie opłata – 1%). Tu znajdziecie pełną tabelę opłat Revoluta.

Co jeszcze daje Revolut? Darmowe wypłaty w bankomatach, ale tu wiele osób na niego narzeka, bo limit darmowych wypłat ustalono na zaledwie równowartość 200 EUR/800 PLN. Jeśli chcemy wypłacić więcej, będzie nas to kosztowało 2% transakcji. Poza bankomatami warto jeszcze wspomnieć o ubezpieczeniu podróżnym, które samo wie, kiedy się włączyć oraz o możliwości generowania “jednorazowych” numerów kart, które mogą się przydać przede wszystkim do zakupów w internecie.

Co zrobić, by podnieść limity darmowych wypłat w bankomatach i płatności oraz przelewów między kontami? Wyjściem jest wersja Premium – koszt to 30 PLN miesięcznie / 300 PLN rocznie lub Metal (ze specjalną metalową kartą) – 50 PLN miesięcznie / 500 PLN rocznie. Warto jednak pamiętać, że limity darmowych wypłat z bankomatów nie znikną, tylko zostaną nieznacznie podniesione – do 1600 / 2400 PLN. Wyższe wersje to także darmowa wysyłka karty. W wersji podstawowej kosztuje ona 10 PLN, ale w aplikacji zdarzają się promocje na darmową wysyłkę karty.

A może Monese?

Kiedy trafiliśmy na pierwsze informacje o Monese wydawało się, że to może być dobra konkurencja dla Revoluta. Okazało się jednak, że Monese ma właściwie tylko jedną przewagę – bardzo dobry program polecający:) Podając przy rejestracji kod z poleceniem, zarówno polecający, jak i korzystający z kodu otrzymują po 10 funtów po pierwszej płatności kartą (czy to w “realu”, czy “wirtualu”). Do tego w promocji są jeszcze 3 miesiące płatnej wersji za darmo. Dalej niestety nie jest już tak różowo.

Po pierwsze Monese nie ma żadnej licencji bankowej i działa jako brytyjska instytucja finansowa. Po drugie, w porównaniu do Revoluta ma dość rozbudowaną procedurę weryfikacji konta: należy im wysłać skany dwóch dokumentów potwierdzających tożsamość. Jeśli widoczne adresy, będą się zgadzały z tym podanym w aplikacji i wszystko będzie jasne i czytelne, weryfikacja automatyczna pewnie zadziała. Jeśli nie, można się spodziewać wideorozmowy po angielsku (podobno prostej). Potem można przejść do założenia konta.

Monese powstało jako rozwiązanie problemu założenia konta w Wielkiej Brytanii bez brytyjskiego adresu. I właśnie w tej walucie oferuje podstawowe usługi. Inną opcją jest euro. Operacje w każdym innym pieniądzu opierają się niestety na przewalutowaniu. Czyli nawet za doładowanie konta kartą/przelewem w PLN zapłacicie coś ekstra. Podobnie za przelew międzynarodowy w EUR (choćby SEPA), czy w GBP. Darmowe przelewy w SEPA dostaniecie za to w drugą stronę. No ale z pustego to i Salamon nie naleje.

Inne opłaty to: wypłata z bankomatu – 1 GBP/EUR, przewalutowanie – 2% wartości transakcji. W płatnej wersji aplikacji – Plus, za 4,95 GBP/EUR otrzymuje się sześć wypłat miesięcznie z bankomatów za darmo, niższe koszty przewalutowania oraz darmową kartę. Tą ostatnią jednak można mieć za darmo używając kodu polecenia, których znajdziecie sporo w sieci.

Podsumowując, o ile nie pracujecie w Wielkiej Brytanii lub nie wybieracie się tam na dłużej, to Monese nie jest konkurencją dla innych aplikacji. Podróżnicy znajdą raczej lepsze rozwiązania.

Curve: aplikacja, która zrobi z twoich kart “wielowalutówki”

Jak płacić w podróży

Jedna karta do wszystkich kart i walut?

Curve (tak, tak nazwa równie trafiona w naszym heheszkowym kraju, co Osram), to aplikacja, która w przeciwieństwie do Monese naprawdę może stanowić konkurencję dla Revoluta. Tutaj jest jeszcze prościej i szybciej, choć niektórzy pewnie uznają, że za prosto i za szybko jak na aplikację, z którą dzielimy się swoimi finansami.

Ale po kolei. Curve to mobilny portfel – parasolowa karta, która pozwala zintegrować wszystkie posiadane plastiki w jeden. Nie jest to wirtualny bank, a łącznik między kartą Curve i wszystkimi naszymi kartami. Przy płatnościach daje nam bowiem wybór, która karta ma być obciążana. Zamiast więc nosić pełen portfel kredytówek i debetówek i wachlować nimi, jak dobijemy do debetu, wystarczy nam Curve i decyzja w aplikacji, skąd tym razem ma pójść płatność. Co ważne, Curve rozpoznaje kody MMC, a więc naliczają nam się wszystkie zniżki, punkty w programach partnerskich, itd.

Nas jednak Curve interesuje przede wszystkim jako rozwiązanie na podróże. Nie mieliśmy niestety okazji go przetestować, ale kiedy już to zrobimy to na pewno zaktualizujemy ten tekst. Pierwszym plusem Curve’a jest szybkość instalacji. Po ściągnięciu aplikacji wpisujemy swoje dane, dane karty lub kart, które chcemy z nią połączyć, aplikacja ściąga nam testowe kilkadziesiąt groszy i… już. Trzy minuty i z głowy.

Teraz musimy już tylko poczekać, aż dojdzie do nas fizyczna karta (od Mastercarda), co powinno zająć kilka dni. Co dostaje w Curve za darmo? To przede wszystkim przewalutowania po kursach międzybankowych do kwoty 500 GBP (potem 2% prowizji) oraz darmowe wypłaty bankomatów do 200 GBP (potem 2% lub 2 GBP, co większe). Ta pierwsza suma niestety nie robi wrażenia, bo ok. 2.400 PLN to znacznie mniej niż 20.000 PLN w Revolucie. Druga wartość jest porównywalna z Revolutem (950/800 PLN).

Co dla jednych będzie zaletą (prostota) a dla innych wadą (bezpieczeństwo, kontrola wydatków), Curve’a się nie doładowuje. Sam ściąga należność z wybranej karty. Tu Revolut ma jeszcze jedną zaletę. Jak już było powiedziane oba rozwiązania opierają się na kursie międzybankowym, a ten rynek w weekendy jest zamknięty. Stąd używając Curve’a zawsze zapłacicie prowizję – 0,5% jeśli podpięta karta i transakcja są w USD, EUR lub GBP lub 1,5% jeśli występują też inne waluty. Warto też pamiętać, że prowizje się sumują, a więc weekendowa transakcja wykonana powyżej limitu może was kosztować nawet 3,5% (2+1,5) więcej. Tymczasem Revolut dawał szansę uniknięcia tej opłaty – otwarcie subkonta w walucie, której potrzebujemy i zasilenie go w dni robocze po kursie międzybankowym bez prowizji.

W przypadku korzystania z bankomatów sytuacja z Curve nieco się komplikuje. Jeśli macie podpiętą w systemie kartę kredytową i to z niej wypłacacie pieniądze, to taka sytuacja może zirytować zarówno Curve jak i wasz bank. Ten pierwszy może wam zablokować aplikację, ten drugi może zakwalifikować tę operację jako gotówkową i naliczyć wam czasem całkiem porządne opłaty. Tu Revolut ma tę przewagę, że “odcina” transakcję od banku, który nie wie, co dalej robicie z pieniędzmi w aplikacji. Coś za coś – tracicie wtedy wszelkie moneybacki, itp. ze swojego banku. Co więcej, tu Curve pozwala na podwójną nagrodę – nie dość, że nie zabiera wam bonusów powiązanych z waszą kartą, to jeszcze dorzuca swoje – przez 90 dni w planie darmowym dostajecie zwrot 1% wydatków z trzech wybranych sklepów, np. w Polsce za zakupy w Auchan, Carrefour, czy Leroy Merlin, ale też chociażby za abonament Netflixa.

Co dostajecie w płatnej wersji (10 GBP/10 EUR miesięcznie). To podniesienie limitu wypłat z bankomatów do 400 GBP, nielimitowane bezpłatne przewalutowania oraz ubezpieczenia: podróżne oraz sprzętu elektronicznego. To już opcja, która naprawdę może powalczyć z Revolutem.

Curve ma też całkiem prosty i zachęcający system poleceń. Jeśli ktoś skorzysta z waszego linka to zarówno wy jak i osoba korzystająca, zarobicie na tym 5 GBP. A jeśli spodobało wam się nasze zestawienie ofert i zdecydujecie się na instalację aplikacji Curve, to namawiamy do skorzystania z naszego kodu polecającego: NVJX5WPN.

Podsumowanie

Czas na krótkie podsumowanie. Znów sporo się rozpisaliśmy, a tak naprawdę o wielu finansowych rozwiązaniach nawet nie spomnieliśmy. Są przecież jeszcze Mistertango, Monzo, Starling, Atom i wiele innych. Opisanie ich wszystkich to jednak materiał na całego oddzielnego bloga:) A co według nas najlepiej nadaje się do płatności w podróży? Jak zwykle, to zależy od naszych potrzeb, zwyczajów, poczucia bezpieczeństwa.

1. miejsce – Alior Bank

Wydaje nam się, że choć Revolut wyskoczył kilka długości przed wszystkimi, to wystarczyło ledwie kilka miesięcy, by dogonił go Alior Bank ze swoim Kontem Jakże Osobistym i kartą wielowalutową. Przy darmowym koncie i darmowej karcie mamy jeszcze dwie dodatkowe usługi za darmo. W kategorii podróżniczej możemy wybierać spośród trzech: darmowego przewalutowania transakcji, 0 PLN za wypłaty z bankomatów i ubezpieczenia w podróży (limit wydatków medycznych: 75.000 PLN, limit NNW: 60.000 PLN). Jeśli zdecydujemy się na wszystkie trzy, to konto będzie nas kosztowało 3,5 PLN miesięcznie. Co ważne, choć ubezpieczenie Aliora ma bardzo niskie limity, to w OWU nie ma zapisów o ograniczeniu czasowym podróży. A to ostatnio standard. Jeśli to dla was ważna kwestia, to zalecamy jednak dodatkowe sprawdzenie tych informacji bezpośrednio w Aliorze.

2. miejsce – Revolut

Revolut ma u nas nadal silną pozycję za łatwość instalacji i obsługi oraz fakt, że jest zupełnie darmowy. Minusy dla nas to brak dostępu do konta przez komputer oraz niski limit wypłat z bankomatów. Jeśli jednak podróżujecie po krajach, gdzie płatności kartą są popularne, to powinniście dać radę.

3. miejsce – Curve

Curve to aplikacja, o której w ogóle można zapomnieć. Żadnych doładowań, nadwyżek na subkontach po wyjeździe – po prostu jedna karta w portfelu, która ściąga to, czego potrzebuje i przewalutowuje to sobie po swojemu. Minusów jest jednak trochę więcej niż plusów – to niskie limity (jak na rodzinne podróżowanie) oraz niemożność uniknięcia prowizji za przewalutowanie w weekendy.

Ciekawą opcją jest za to wersja płatna (10 GBP/10 EUR), która podnosi limity na rozsądny poziom oraz daje całkiem dobre ubezpieczenie podróżne (z limitami idącymi w miliony funtów, ubezpieczeniem odwołania podróży, wynajmu samochodu, odpowiedzialności cywilnej, itd.). Znów, jeśli ubezpieczenie podróży to dla Was istotny temat – wczytajcie się w warunki. W przypadku Curve’a istotną informacją wydaje się fakt, że jest to ubezpieczenie “drugiego stopnia”, tzn. może zadziałać dopiero wtedy, kiedy wyczerpiemy ochronę z innych polis dla danego zdarzenia. Pamiętajcie, by skorzystać z naszego kodu polecającego: NVJX5WPN, na którym wy również zarobicie 5 GBP po pierwszej transakcji.

A wy jak radzicie sobie z finansami? Korzystacie z któregoś z opisanych przez nas rozwiązań, czy może macie inne, własne sposoby? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach!

To nie jest wpis sponsorowany. Opiera się wyłącznie na naszych doświadczeniach, opiniach, obserwacjach i wiedzy. Zawiera za to trochę reklam i linków afiliacyjnych, z których utrzymujemy bloga. Dzięki temu, że na nie klikacie i zamawiacie przez nie różne usługi/produkty, wpada nam niewielka prowizja, za co serdecznie dziękujemy.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Super zestaw możliwych opcji płacenia podczas podróży. My od ubiegłego roku praktycznie wszędzie korzystaliśmy z Revoluta – działał bez zarzutu na całych Bałkanach, Ukrainie, w Maroku i Tunezji. Spotkaliśmy jednak w Albanii polskich podróżników, którzy tam mieli problem z korzystaniem z karty, nas ominęły jakiekolwiek problemy. Warto jednak zawsze mieć przy sobie trochę eurasów czy dolarów, gdy zawodzą płatności elektroniczne. Serdecznie pozdrawiamy!

    • O, to ciekawe z tą Albanią, chętnie sprawdzimy w praktyce, bo po ostatnim wyjeździe w tamtą stronę – do Grecji przez Serbię i Macedonię, mamy wielką ochotę, żeby wrócić i zwiedzić więcej krajów regionu 🙂

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *