“Szukacie pięknego szlaku w Tatrach z dziećmi? Koniecznie Rusinowa Polana!” – napisała nam w komentarzu na Instagramie znajoma, o której wiemy, że góry zna i kocha. Nie zastanawialiśmy się długo. Gdy tylko pogoda przestała straszyć deszczem, poszliśmy.

Ale najpierw poszliśmy na przystanek autobusowy. Transport na tatrzański szlak w Zakopanem bywa większym wyzwaniem niż sama wędrówka w górach. Przy tym jest on zupełnie pozbawiony jakichkolwiek pozytywnych wrażeń i powoduje potężną frustrację, niewskazaną przecież na wakacyjnym wyjeździe.

Wędrówka na Rusinową Polanę miała być przy tym jedyną w trakcie naszego tygodniowego pobytu w Zakopanem, kiedy planowaliśmy wyjechać poza miasto prywatnym busikiem. Co nie znaczy, że zupełnie porzucaliśmy zakopiański transport publiczny. Nadal, mimo naszych traumatycznych przeżyć, wiązaliśmy z nim jakąś przyszłość. Taki, jakby to powiedziała nasza dawna znajoma, syndrom szwedzki. W naszym przypadku zakopiański. Plan po krótce był taki: jedziemy busikiem na Wierch Poroniec, górami dochodzimy do Toporowej Cyrhli, tam łapiemy autobus do Drogi do Olczy, skąd wrócimy na Pardałówkę na własnych nogach. A po drodze będziemy pić napoje z wielorazowych butelek i to bez użycia słomki. A co!

Rusinowa Polana. Na szlaku

W drodze na Rusinową Polanę

Najtrudniejszy szlak? Pardałówka – Jaszczurówka!

No więc najpierw przyszła pora na wydostanie się z Pardałówki. “Na Morskie Oko?” pytał kierowca busiko-taksówki czekających ludzi. “Przez Słowację jedziemy, korek jest na 4 kilometry stania. Przez Słowację tylko 7 kilometrów więcej będzie, a dużo szybciej dojedziemy”. No cóż, z jednej strony nam to zupełnie nie pasowało, bo Wierch Poroniec, skąd chcieliśmy wyruszyć na Rusinową Polanę, jest, patrząc od strony Słowacji, za Morskim Okiem. Z drugiej jednak, przyniosło trochę radości, bo te cztery kilometry oznaczały, że patrząc od Zakopanego korek zaczynał się tuż za naszym przystankiem. A więc jak już trafimy na patriotę, co słowackich dróg nie uznaje (Polacy nie gęsi, swoje drogi mają), to do celu dojedziemy w miarę sprawnie.

Gorzej, że patriotyczne busy były zapchane po kokardki. Oczywiście rezerwową opcją było podjechanie miejskim autobusem do skrzyżowania Drogi do Olczy z Drogą Oswalda Balzera i łapanie tam busików jadących z centrum Zakopanego, ale to był już ten moment, kiedy przestaliśmy wierzyć w zakopiańską komunikację publiczną. Zerknęliśmy na mapę. Do skrzyżowania wychodził kilometr. Ale przecież… niewiele więcej dzieliło nas na przełaj od Jaszczurówki. I nawet Google pokazuje, że przejdziemy tę trasę całkiem szybko, idąc przez las, wzdłuż strumienia. Prawie jak u Tolkiena. A więc… challenge accepted, ruszamy przez Hobbiton na Jaszczurówkę!

Wędrówki po Zakopanem

Z Pardałówki na Jaszczurówkę… Na przełaj

Poszliśmy zatem. Przez kilkadziesiąt metrów po zejściu z asfaltu droga była całkiem przyzwoita. Potem jednak Google zrzucił nas z niej w bok w zarośniętą ścieżkę. Nie jest źle, całkiem porządnie wydeptana, wiadomo gdzie iść. Dopiero potem nas oświeciło, że może to ślady fanów map Google’a a nie zdrowego rozsądku, a ścieżka jest dobrze wydeptana, bo zaliczona przez wszystkich dwa razy (do ślepego zaułku i z powrotem). I tak dróżka doprowadziła nas na podmokłą łąkę, wydającą coraz bardziej niepokojące dźwięki przy każdym kroku. Kiedy pierwszy but został wciągnięty, zdecydowaliśmy się wycofać na strategiczne pozycje, czyli pokryte lasem wzgórze. Okazało się, że ta pozycja była zajęta przez sarenkę, która jednak oddała nam ją bez walki.

Niepotrzebnie, bo choć nogi mamy jak sarenki (takie zgrabne), to i tak 10 minutach przedzierania się przez krzaki zdecydowaliśmy się na odwrót. Druga próba doprowadziła nas nad strumień, który, jak się później okazało, winniśmy raczej nazywać kanałem. Po jednej jego stronie rosły wysokie krzaki a grunt znów był zbyt podmokły, żeby przejść go suchą nogą. Z drugiej strony rosły podejrzanie wyglądające liście. Na kanale znak “zakaz wstępu”. Jak żyć, jak iść?

Z Pardałówki na Jaszczurówkę

Nie ma drogi? Nie szkodzi, damy radę!

No Pasaran! (przez Olczyski)

Znak zniechęcał, bo jednak mamy trochę w sobie szacunku dla prawa. Liście też nie zachęcały. “Słuchaj, jak wygląda barszcz Sosnowskiego?” zapytał Paweł, gdy Ola była już w 1/3 ścieżki, porośniętej po obu stronach cholernym zielstwem. “No chyba nie tak…?” odpowiedziała niepewnie Ola. “Yyyy, nie byłbym taki pewien” odpowiedział Paweł wpatrując się z lekkim przerażeniem w ekran telefonu.

Była jeszcze opcja przedzierania się w dół, w stronę zabudowań nad potokiem (Olczyskim), gdzie czekały na nas już jakieś groźnie wyglądające owce czy inne barany. Ten kierunek zresztą zamknęła nam gospodyni budynku za potokiem, dając nam do zrozumienia, że tędy nie przejdziemy. Zakrzyknęła nam ze swojego tarasu “No Pasaran!” po góralsku, co (cytując z pamięci) brzmiało mniej więcej tak: “Tędy nie przejdziecie!”.

Jaszczurówka

Niby blisko a daleko…

No to może barszczyk? Pewnie był to najlepszy pomysł, zważywszy na fakt, że zielsko rosło radośnie po obu stronach ścieżki, niedaleko zabudowań, przez nikogo nie ścinane, a Ola mimo bliskiego z nim kontaktu nie zauważyła żadnej reakcji skórnej. Ale na wszelki wypadek niechętnie się wycofaliśmy, tacy z nas odpowiedzialni rodzice.

Trzecia próba poprowadziła nas ścieżką przez las. Wróciliśmy do małego niepozornego budynku, skręciliśmy w lewo, doszliśmy do jakiejś całkiem malowniczej rudery, a potem już prosto między drzewa. Z każdym kolejnym śmieciem – plastikową butelką, torebką po czipsach czy pozostałościami rozbitej flaszki, czuliśmy – poza oczywiście ciężkim niesmakiem – coraz większą pewność, że idziemy w prawidłowym kierunku. Są śmieci – musi być jakaś cywilizacja. Najpierw doszliśmy do budynku, który na mapach Google’a jest, ale w rzeczywistości już go nie ma (stare drewno podobno w cenie), potem odbiliśmy w prawo, pokręciliśmy się to tu, to tam, i w końcu trafiliśmy na mostek na potoku Olczyskim. I tak w końcu zameldowaliśmy się na Jaszczurówce.

Zakopane. Las między Jarszczurówką a Pardałówką

Nasi tu byli 🙁

Błądząc wokół… elektrowni

Zupełnie przypadkiem okazało się potem, że nasze problemy to nie tylko kwestia nierównomiernego rozrastania się Zakopanego, które dewelopersko atakuje jedne tereny, a drugim oszczędza życie omijając je szerokim łukiem. Teren na wschód od potoku Olczyskiego w stronę Pardałówki, choć wygląda na oddany naturze, jest jednak miejscem przemysłowej działalności człowieka. Kanał i niepozorny budynek należą do… Elektrowni Wodnej Olcza. Nie jest to szczególnie duży obiekt, ale ma całkiem ciekawą historię.

Jej budowę rozpoczęli Niemcy w 1944 roku, kierując wody kanału Olczyskiego w bok, najpierw otwartym kanałem, potem w rurach. Ich pracę dokończono już po wojnie. Prąd produkowały w niej turbiny Francisa. Pierwszą uruchomiono jeszcze w 1945 roku, drugą pięć lat później. Pracowały bez żadnych poważniejszych remontów aż 60 lat! Dopiero w 2007 roku wymieniono je na nowe. Wtedy też wprowadzono w pełni automatyczny tryb pracy i może dlatego nie spotkaliśmy nikogo w okolicy. Mały, niepozorny budynek, który omijaliśmy w pewnym momencie naszej wędrówki to miejsce, w którym kanał elektrowni schodzi pod ziemię. Budynek elektrowni z turbinami jest 1,5 km dalej w Mrowcach.

EW Olcza ma moc 0,3 MW. Ile taka elektrownia wodna może wyprodukować prądu? Po ostatniej modernizacji ok. 1,3 GWh rocznie, czyli tyle, ile potrzebuje mniej więcej 400 domów jednorodzinnych. Niewiele? Dla porównania, żeby uzyskać tyle prądu z fotowoltaiki potrzebne byłyby dwa hektary (20 000 m2) terenu z panelami. Poza tym i tak to nie rozmiar jest ważny, ale ilość dwutlenku węgla i innych gazów, które nie trafią do atmosfery i naszych płuc. Warto też pamiętać, że turbiny na Potoku Olczyskim działały bez większych przerw i żadnych poważniejszych remontów przez 60 lat! Bloki węglowe w tradycyjnych elektrowniach mogą tylko pomarzyć o takim wyniku.

Z Pardałówki do Jaszczurówki

Kto ścieżki skraca do domu nie wraca, czyli jak przejść prawie 5 kilometrów zamiast 2.

Z Wierchporońca na Rusinową Polanę

Jaszczurówka postanowiła nam oszczędzić dalszych wrażeń. Na busa nawet nie czekaliśmy. To on musiał czekać, aż dobiegniemy do przystanku. Za 8 zł od osoby (niestety, oczywiście bez zniżek dla dzieci) zawiózł nas na Wierch Poroniec, gdzie minąwszy niedużych rozmiarów parking pełen samochodów, uiściwszy opłatę za wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego, i przystemplowawszy pieczątkę w książeczkach GOT, ruszyliśmy wreszcie zielonym szlakiem w stronę Rusinowej Polany.

Dlaczego ruszyliśmy na Rusinową Polanę z Wierchporońca a nie z na przykład z Cyrhli czy Jaszczurówki? Wiedzieliśmy, że czeka nas całkiem długi spacer, dlatego woleliśmy zacząć raczej wyżej niż niżej. Wierch Poroniec przewyższa Jaszczurówkę o około 100 metrów. To oznacza o tyle szybsze i mniej uciążliwe podejście. Uznaliśmy więc, że widoki będą równie ładne, a szlak dużo łatwiejszy do ogarnięcia dla młodzieży.

Rusinowa Polana. Na szlaku

W drodze na Rusinową Polanę

Rusinowa Polana – tłumnie lecz pięknie

Droga na Rusinową Polanę z Wierchporońca jest bardzo łatwa. Prowadzi wygodną ścieżką, którą można pokonać nawet z wózkiem. Nie ma się więc co dziwić, że cieszy się dużą popularnością. Jednak mimo sporych tłumów widoki były tak fenomenalne, że nie zamierzamy narzekać. Po mniej więcej godzinie doszliśmy do polany i bacówki, w której ponoć można zjeść najlepsze w Tatrach oscypki. No cóż, nie sprawdziliśmy, nie chciało nam się stać w kolejce. Znaleźliśmy swoje miejsce na rozległej polanie i odpoczywając próbowaliśmy napatrzeć się na zapas na rozciągającą się przed nami panoramę Tatr.

Gęsia Szyja – czyli gdzie sięgają turyści

Kolejnym punktem na naszej trasie była Gęsia Szyja. Podejście jest dość męczące – 50 minut pod górę, po schodkach, w dość rodzinnym tłumie, więc co bardziej ambitne dzieciaki mogą łatwo znaleźć punkt odniesienia i napędzać swojego wewnętrznego zdobywcę gór. Cóż, u naszych nie jest z tym łatwo. Skończyło się chwilowym buntem, odmową współpracy i zdecydowanym zwolnieniem dobrego jak na ten dzień tempa. Ale dzięki temu my mogliśmy wprawiać się nie tylko we wspinaczce, ale też w filozofii ZEN. I tak, mając jedno oko na niepokorną młodzież, a drugie na piękne widoki, szukaliśmy równowagi i spokoju ducha.

Na szczycie Gęsiej Szyi poczuliśmy się znów trochę jak na Nosalu. Tłum z kijkami do selfie przepychający się na skałkach dla jak najlepszego ujęcia. Ostre skały z wąskimi, wydeptanymi przejściami. 10 minut na sesję zdjęciową, zero konstatacji, że może ktoś inny też czeka na dobre ujęcie. W tłumie (nadal bardzo rodzinnym) sprośne żarciki, kilka uwag o pięknych widokach przetykanych słowem na k…, czyli sielankowa, turystyczna atmosfera. No cóż, tak to już w sezonie w Tatrach jest. Przyjemnym zaskoczeniem był natomiast fakt, że znakomita większość turystów po selfiku na Gęsiej Szyi zawróciła. A my, w bardzo nielicznym gronie udaliśmy się w dalszą wędrówkę.

Powrót przez Waksmundzką Równię i Psią Trawkę był chyba najprzyjemniejszą wędrówką w czasie całego wyjazdu. Pogoda dopisała, widoki może nie aż tak zapierające dech w piersiach jak te z Rusinowej Polany czy Gęsiej Szyi, ale też przepiękne. Palce niebieskie od jagód… (tak, wiemy, nie powinniśmy, ale naprawdę nie daliśmy rady się powstrzymać).

Do tego cisza i spokój. Wędrowców których minęliśmy można policzyć na palcach jednej ręki. Dopiero gdy dołączył zielony szlak z Wielkiego Kopieńca, którym szliśmy zaledwie parę dni wcześniej, zrobiło się trochę gęściej. Ale i tak nic to w porównaniu z najpopularniejszymi tatrzańskimi trasami.

Od Psiej Trawki dość długo schodzi się przy potoku Sucha Woda. Choć w sierpniu ledwo co się nim sączyło, to łatwo ocenić potęgę wodnego żywiołu w tym miejscu Tatr. Ogromne głazy, powalone stare drzewa – siła wody potrafi to wszystko ponieść w dół. I choć potok zazwyczaj wygląda cicho i niepozornie, to w czasie ulew, czy wiosennych roztopów pokonuje wszystko, co stanie mu na drodze. Próbowaliśmy pokazać to naszym dzieciom, ale nie jesteśmy przekonani, czy udało nam się dobrze odmalować siły sprawcze kamienno-drzewnego krajobrazu.

Szkoda było schodzić, zwłaszcza że był to nasz ostatni dzień w Tatrach z dziećmi. Wpatrywaliśmy się w mapę, próbując wydłużyć spacer jeszcze o godzinkę czy dwie, jednak ostatecznie zwyciężył rozsądek – było już dość późno, a nasza “godzinka czy dwie” z pewnością rozciągnęłaby się do czterech – mamy prawdziwy dar jeśli chodzi o wydłużanie tras.

Toporowa Cyrhla – wytchnienie dla wędrowców

Zeszliśmy więc do Toporowej Cyrhli i czekając na autobus nr 11, który zawiezie nas z powrotem w nasze okolice (nie wiedzieć czemu dzieci nie chciały wracać “naszym” skrótem;), usiedliśmy jeszcze na obiad w Restauracji 7 kotów. To całkiem popularne miejsce nie tylko wśród turystów mieszkających w okolicy, ale chyba też wśród osób schodzących ze szlaku. Lokalizacja przy samym jego wyjściu, a dodatkowo nieodległy przystanek autobusowy to murowany przepis na tłumy klientów. Jak Restauracja 7 kotów wykorzystuje tą sytuację?

Jak na zakopiańskie standardy, to chyba całkiem nieźle. Ceny są co prawda na standardowym, jak na Zakopane, poziomie, czyli niestety nie przemkną bez echa w naszym portfelu. Za to porcje były przyzwoite, obsługa miła i sprawna, dało się też zauważyć całkiem sporo stałych gości z pobliskich pensjonatów. Dalibyśmy mocne 3,5-4 gwiazdki. Tym bardziej ostatnie bardzo negatywne opinie w Google’u odnośnie obsługi były dla nas dużym zaskoczeniem. Być może doszło do zmiany obsady? W każdym razie podczas naszej wizyty pod tym względem było naprawdę bez zarzutu.

Posileni, ruszyliśmy punktualnie na pętlę “11”, by podjechać tych kilka przystanków bliżej domu. I, werble, autobus odjechał punktualnie! Tak! To się jednak zdarza! Nawet w sezonie! Tak mniej więcej do 9 rano i po 19 autobusy jako tako trzymają się rozkładów. Jeśli więc wyruszacie skoro świt, całe dnie spędzacie na szlakach w bliskiej okolicy Zakopanego i wracacie do centralnie położonego noclegu wieczorem, to autobusy komunikacji miejskiej w Zakopanem będą dla Was jak znalazł. W innym wypadku będą tylko źródłem nerwów i frustracji. Ale te i tak potem ukoicie na szlaku. Może w ten sposób w Zakopanem realizuje się zasada kosmicznej równowagi?

Trasa: Wierch Poroniec – Toporowa Cyrhla | mapa-turystyczna.pl

Za gościnę w Zakopanem dziękujemy Golden Vacation Club należącym do Holiday Travel Center – firmy z ponad 20-letnim doświadczeniem w oferowaniu produktów wakacyjnych najwyższej jakości.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *