
Całkiem wcześnie jak na nas przystało zebraliśmy się z darmowego noclegu pod tamą na rzece Kolumbii i wyruszyliśmy dalej na zachód. Początkowo planowaliśmy jechać prosto międzystanówką do Idaho, ale Oregon tak łatwo nie wypuszcza. Tym razem skusił nas gazetką z bocznymi trasami widokowymi, czyli „scenic byways”.
O TYM PRZECZYTASZ W TYM WPISIE
Darmowy nocleg nad rzeką Kolumbia
Odwykliśmy od noclegów takich, jak ten. Było ich ledwie kilka w całych Stanach. Darmowych miejsc, w których nocowali nie tyle alternatywni, mobilini Amerykanie wyrzuceni poza tradycyjny American Dream z domem pod miastem, samochodem i pracą dla głowy domu w biznesowym centrum albo emeryci, którzy w poszukiwaniu przygody porzucili łatwe życie kempingach. Takich miejsc, gdzie zalegli ludzie, bo tam akurat zepsuły się im samochody, skończyła kasa na benzynę, czy nie sięgał ich radar banków czy innych zbyt wścibskich i zainteresowanych instytucji.
Przedsmakiem był bardzo tani, ale jednak płatny kemping w Alabamie, gdzie przyczepy wrosły w zarośla, a ilość puszek po piwie w trawie ustępowała tylko plastikowym i metalowym łuskom po nabojach. Mieszkańcy wyglądali tam jak duchy wychodzące z krzaków. Jeśli ktoś widział pierwszy sezon „Detektywa”, to wie, co mamy na myśli.
Potem na takie miejsce trafiliśmy w Utah. Darmowy nocleg w Burrastow Ponds pod miejscowością Mona był bardzo przyjemny – nad wodą, w tle były góry, gdzie chyba nawet rozegrano część zawodów Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City. Ale krotki spacer między sadzawki dał do zrozumienia, że jesteśmy tu tylko gośćmi, a prawdziwi gospodarze zamieszkują te rejony miesiącami.
Szukacie noclegu w Oregonie? Sprawdźcie najlepsze oferty na Hotelscombined:
W Oregonie takim darmowym noclegiem był kemping w Rufus, poniżej Tamy Johna Day’a. Dojechaliśmy tam po zmroku, rozstawiliśmy się kilkadziesiąt metrów od rzeki i najbliższego kampera na dużej polanie, a bardziej piaszczystym klepisku.
Rano okazało się, że miejsce jest popularne wśród wędkarzy, głównie Indian. Ucięliśmy sobie nawet krótką pogawędkę. Okazało się, że pochodzą z Yakimy w Waszyngotnie, sporego miasteczka (jak na te okolice) kilkadziesiąt mil na północ. Przyjeżdżają nad Kolumbię i tygodniami mieszkają nad rzeką. Łowią, patrzą się w gwiazdy i głuchną od hałasu z autostrady i linii kolejowej. I o ile emeryci tam zajeżdżają, tak rodzinny podróżnicy byli już małym wydarzeniem. Przez chwilę nawet myśleliśmy, że będą problemy, takie spojrzenia nam rzucano. Ale potem okazało się, że źle interpretujemy przyjazne zainteresowanie.
Wschodni Oregon, czyli jak ominąć kowbojów
Wschodni Oregon ma mniej łaskawą naturę niż zachód stanu, w związku z czym trzeba bardziej postarać się z marketingiem. Amerykanie wybrnęli z tej zagwozdki po swojemu: nadali kilku trasom miano „scenic byways”, a my postanowiliśmy przejechać się większą częścią dwóch z nich: szlakiem Blue Mountains i Hells Canyon. Jedynym minusem tej decyzji było ominięcie leżącego przy autostradzie miasta Pendelton, które jest okrzyknięte ostatnim prawdziwym kowbojskim miastem na Dzikim Zachodzie. W dodatku akurat jak jechaliśmy odbywały się tam wielkie targi bydła, a więc rodeo, żarcie, rzucanie lassem, różne gunshowy, pewnie tanie piwo lało się strumieniami, czyli wszystko to, co młodzi rodzice z małymi dziećmi z miasteczek środkowego Mazowsza i wschodniego Oregonu lubią najbardziej.
Nie pojechaliśmy tam trochę z przekory. Tak, kochamy Oregon, ale jedno nas w nim porządnie zirytowało. Czy wy też przed przeczytaniem naszego bloga mieliście zerowe pojęcie o tym stanie? Zakładamy, że tak. Tymczasem każda mała mieścina jest tu opisywana jako „słynna na cały świat”, albo „nieoficjalna światowa stolica czegośtam”. A więc, jeśli dobrze pamiętamy, Lancaster na wybrzeżu Oregonu jest „nieoficjalną światową stolicą puszczania latawców”. Aż się ciśnie niesmaczny żart.
Wszystko co związane z Pendelton też jest światowe. O tych majowych targach bydła to szepczą chyba nawet w Londynie, Pekinie i Tłuszczu, tak jest opisany w ulotkach. Samo miasto nie schodzi z języków fanów Oregonu na całym świecie. O miejscowych piwach marzą piwosze w Koluszkach, Mielnie i Łebie. Latarnia w Yoaqinie to „prawdopodobne najczęściej fotografowana latarnia na świecie”. Jeszcze bolą oczy po tej ulotce. Wszystko jest world famous, world capital, world cośtam. Tylko po co tak się napinać, skoro wszystko się broni naturalnym pięknem?
No może poza trasą przez Blue Mountain, ta była po prostu spokojną, pustą drogą. Wiedzie wśród zielonych, trawiastych pagórków, z intensywnie nawadnianymi dolinami, na których pasie się bydło. Wsi spokojna, wsi wesoła… Kiedyś chyba bardziej uprawiano tu różne zboża, ale straszące opuszczone kolektory zbożowe i łąki po horyzont świadczą, że przestawiono się z produkcją.
Na tej trasie zrobiliśmy dwa dłuższe postoje. Pierwszy był w mieście Heppner znanym (pewnie na całym świecie) z dwóch rzeczy, a mianowicie z bardzo malowniczego budynku sądu oraz powodzi, która 110 lat temu przelała się przez miasto i zabiła 250 osób. Poza tym to irlandzkie miasto, więc na głównym skrzyżowaniu ułożono wielki shamrock. Usiedliśmy na kawę w jedynej otwartej kawiarni będącej jednocześnie sklepem z prezentami, mydłem i powidłem i pojechaliśmy dalej. Drugi przystanek to spacer po lasach Blue Mountain, opisany jako trasa do jaskini, która okazała się raczej lekkim zagłębieniem w skale.

(Słynny) budynek sądu w Heppner
Trasę Blue Mountain skróciliśmy w miejscowości Ukiah, żeby odbić na Hells Canyon Scenic Byway. Tę polecano nam już wcześniej, poza tym wprosiliśmy się na nocleg do Lindy z Boondockers Welcome, która mieszkała po drodze.
Trasa wiedzie w cieniu Gór Wallowa, których (a jakże) „ośnieżone szczyty przypominają Alpy”. Takie opisywanie nieznanego przez nieznane, bo ilu z czytelników gazetki z oregońskiego Welcome Center było kiedyś w Alpach? Tu mała dygresja. Kiedyś irytowaliśmy się na Amerykanów, że nie chce im się podróżować i siedzą u siebie. Zmieniło nam się, kiedy zobaczyliśmy co mają u siebie. Skoro w sześć miesięcy my tylko lekko „liźniemy” Stany, to ile potrzeba, żeby zobaczyć to wszystko? Poza tym tu naprawdę jest prawie wszystko i to najczęściej podane w taki sposób, tak że tylko się zachwycać (co niestety kończy się masakrycznymi tłumami w parkach narodowych). Teraz jak ktoś nam mówi, że po Europie to mało jeździł, odpowiadamy: a kto tam by się przejmował tym małym półwyspem na wschodzie skoro tu tak pięknie i życia nie starcza, żeby to wszystko zobaczyć.
Góry Wallowa – pośrodku niczego
Trasa do Hells Canyon zaczyna się w dość ciekawym mieście, ważnym węzłem drogowym i kolejowym, a dodatkowo całkiem sporym ośrodkiem akademickim, czyli La Grande. Wjechaliśmy tam w sobotę późnym popołudniem. Miasto wyglądało na mocno prowincjonalne i wymarłe. Wjechaliśmy na główną ulicę i gdzieś w oddali na placyku zobaczyliśmy jakąś na oko czterdziestolatkę tańczącą z kilkunastoletnimi dziećmi. Majka Jeżowska przyjechała? Podjechaliśmy bliżej i wtedy wyłoniła się scena z długowłosymi szalejącymi młodzieńcami grającymi death-metalową przeróbkę Metalliki z jednej ze starszych płyt. Upadek, zgnilizna moralna, Dziki Zachód…
U podnóża gór Wallowa jest faktycznie pięknie. Nie do końca wiemy, jak porównać je do Alp, bo w Alpach byliśmy w sumie kilka dni, ale pewnie dalekie podobieństwo da się wypatrzyć. Nasza gospodyni miała widok na nie z tarasu. Jakby się ktoś chciał się tu przeprowadzić, to wschodni Oregon kusi cenami. Domek z tarasem da się tam kupić za cenę niedużego warszawskiego mieszkania do remontu. Oczywiście coś za coś. Bezrobocie jest tu polskie i perspektywy marne jak w Radomiu.
Linda przyjęła nas fantastycznie, zostaliśmy u niej dwie noce, zwiedziliśmy okolicę (pojechaliśmy nad jezioro, w którym pięknie odbijały się góry a Maciek miał dużo radości próbując puszczać kaczki). Posiedzieliśmy też na tarasie gapiąc się na góry i przegadaliśmy dwie butelki wina przy ognisku.

Z Lindą na tarasie. W tle Góry Wallowa
Poza tym Lindę poznaliśmy już jakiś czas wcześniej, choć nie osobiście. Jej legenda krążyła po całych Stanach. Opowiadali nam o niej Lois i John dawno temu na Florydzie. Linda długo miała ochotę kupić sobie sporego kampera – około 25-stopową C-klasę. W końcu upatrzyła dobrą okazję na Florydzie i kupiła ją na ebay’u. Lois i John gościli ją u siebie, opowiadali jak dzielnie sprawdzała i oglądała jeszcze u nich swój zakup, a potem wyruszyła do Oregonu.
Linda nadal pracuje, teraz jako opiekun społeczny, ale nie może doczekać się emerytury, żeby wreszcie móc na dobre oddać się podróżowaniu. Jeździ głównie na bliższe, tygodniowe albo weekendowe wycieczki. Rozbija się gdzieś na dziko w lesie i odpoczywa od pracy. Nie stroni też od przygód. Razem ze znajomymi zbudowali wyciąg narciarski, z którego korzystają sobie za darmo, inny znajomy organizuje spływy pontonowe po Snake River. My też, jako pierwsi goście z Boondockers Welcome byliśmy dla niej przygodą. Mamy nadzieję, że całkiem miłą.
Hells Canyon – Wielki Kanion Oregonu
Z oregońskich Alp wyruszyliśmy zobaczyć miejsce, którym na równi chwalą się wschodni Oregon i całe Idaho. To Snake River i wyżłobiony przez nią Hells Canyon. Kanion można zobaczyć najpierw z góry. To w sumie średni pomysł. Na punkcie widokowym gdzieniegdzie jeszcze był śnieg, po horyzont jak okiem sięgnąć góry, kanionu tak za bardzo nie widać. Góry za to niczego sobie. Przede wszystkim Seven Devils leżące już w Idaho. Według indiańskich legend Hells Canyon wyrzeźbił kojot, żeby ochronić Indian żyjących na Blue Mountain od siedmiu diabłów.
Za to sam kanion zapiera dech w piersiach. Żeby go obejrzeć zostawiliśmy przyczepę na jakimś kempingowym parkingu i zrobiliśmy rundkę samochodem. Jedzie się drogą na dnie kanionu niedużo nad poziomem zbiornika utworzonego przez sztuczną tamę. Tak naprawdę to druga droga, bo najstarsza jest głęboko pod wodą. Na widok kanionu zaczęliśmy się zastanawiać, co nie tak jest z mieszkańcami Idaho, że chwalą się swoimi ziemniakami a nie tym? Hells Canyon jest głębszy od Wielkiego Kanionu. W dodatku tamtego nie obejrzeliśmy z dołu, a ten wyglądał niesamowicie.
Kanion zresztą to dopiero początek. Płynąca na północ Snake River to kilkaset mil rzeki oddalonej od cywilizacji. Można nią płynąć i płynąć i próżno wypatrywać ludzi. A o to wbrew pozorom, poza Nowym Meksykiem i środkową Nevadą, już nie tak łatwo w Stanach. Niestety taka przyjemność sporo kosztuje. Jedno z miejsc ogłaszało się, że wycieczki „all-inclusive” mają już od 200 USD za dzień. Pewnie da się to zrobić dużo taniej. Na części rzeki wypada mieć jakieś licencje i certyfikaty, ale część to pewnie zwykłe pozwolenie z Lasów Narodowych, ponton, dobra mapa i można ruszać. W każdym razie rafting albo zwykły spływ po Snake River trafił na listę „do zrobienia w tym życiu w USA”.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na te wszystkie nazwy. Granica Idaho i Oregonu była jednym z bardziej nieprzyjaznych fragmentów wędrówki wszystkich osadników ciągnących na zachód. Rzeka Węży, Piekielny Kanion czy Siedem Diabłów – to nie były nazwy nadawane z sympatii. Wysokie góry, rwące rzeki, które często pokonywano na tratwach, nierzadko tracąc życie, pustynne stepy. To czekało i na tych, co zachorowali na Gorączkę Złota i innych ciągnących do żyznej doliny Willamette na południe od Portland.
Ma jechaliśmy w odwrotnym kierunku. Zanocowaliśmy zgodnie ze wskazówkami Lindy wzdłuż jednego z dopływów Snake River, odbijając z trasy widokowej prosto na południe do Boise. W stolicy Idaho umówiliśmy się z naszymi znajomymi z Libii – Mel i Robem. Nie mieliśmy ochoty na oglądanie miasta. Planowaliśmy tylko ogarnąć się trochę, pogadać, dać Maćkowi pobawić się z jego rówieśnikiem Rocco i ruszać dalej.